Historia pewnego zespołu -EXCITER (cz.I)
#1
Zespół powstał w 1978 roku w Ottawie pod nazwą HELL RAZOR z inicjatywy Dana "Chucka" Beehlera - wokalisty i perkusisty oraz Johna Ricciego (gitara) i Allana Johnsona (bas). W roku 1980, pod pełną fascynacją Judas Priest przemianowali się na EXCITER. Fanom JP nie trzeba zbytnio tłumaczyć z jakiego albumu pochodzi ten kawałek. Po nagraniu demówki World War III w 1982 roku zespół wchodzi do studia i już rok później wydaje debiut Heavy Metal Maniac. Pierwotnie, album miał nosić tytuł World War III Heroes i już nawet cała kampania promocyjna była ustawiona pod takie hasło, lecz pod naciskiem wytwórni muzycznych zmieniono, jak głosi plotka, pod bardziej chwytliwy marketingowo. Czym zatem urzekli świat na tym krążku ?Przede wszystkim piorunującą dawką speed metalu z thrashowym zacięciem. Brudnym, dzikim, pierwotnym, z dawką niemałej agresji ze świetnym jak na ten czas (przypominam 1983 rok) brzmieniem, bo wiedzieć trzeba, że ich ówczesna wytwórnia Shrapnel Records, do jakiś super fachowców w branży nie należała. Jeśli ktoś szuka czegoś innego niż "Painkiller" a jednocześnie tak bliskiego i mającego kilka punktów stycznych, powinien posłuchać sobie debiutu Kanadyjczyków i uświadomić sobie, który album był pierwszy....Moje nota 9/10 i łatka najlepszej IMO płyty Exciter ever...
Płyta została wydana raz jeszcze w 2005 roku z dwoma bonusami World War III oraz Evil Sinner plus sporą dawką zapisu audio wywiadów z członkami zespołu.
[Obrazek: 2907.jpg]

Kontynuując podróż w czasie wraz z narodzinami exciterowskiego speed metalu, docieramy do roku 1984 i napotykamy tu ich drugi album Violence & Force. O nim można powiedzieć, nie odkrywając przy tym Ameryki, że jest on w prostej linii udaną kontynuacją stylu zagranego na debiucie. Co ciekawe, odnoszę takie wrażenie, że dużo jest tu elementów bezpośrednio nawiązujących do klasycznego...pojęcia heavy metalu. Gdy słyszę motywy w Pounding Metal, Delivering To The Master, czy też w War Is Hell przywołuje mi się wizja NWOBHM. Na szczęście dla Exciter, wciąż pozostali przy swoim szybkim, wściekłym speed metalu, bez fajerwerków technicznych i silenia się na perfekcyjną aranżację. Jest przemoc i siła w muzyce. O to chodzi na tym krążku...8.9/10
[Obrazek: 2910.jpg]

Rok 1985 i speed metalowa krucjata firmy Exciter dumnie kroczy pośród szalonej przedostatniej dekady dwudziestego wieku. W tym czasie, między innymi ukazuje się skromna EPka Feel The Knife. Skromna ale za to jaka ! Dwa kawałki w wersji live, które na scenie brzmią jeszcze lepiej niż w studio: Violence And Force i Pounding Metal. Esencja scenicznego speed metalu i ściana riffów urywająca łeb przy tyłku. Tak się zastanawiam, jak wizualnie wyglądali fani stojący w pierwszym rzędzie. Współczuję, bo efekt suszarki, to mus przy takiej mocy. Inną ciekawostką jest fakt, że trzeci z muszkieterów na tym materiale czyli Feel The Knife to odrzut z sesji pełnego Long Live The Loud. Wielka szkoda, bo utwór rzecz jasna to zacny i...inny ale te kwestię rozwinę przy omawianiu tegoż pełnego LP.
Wspomniane numery live zostały zarejestrowane w listopadzie 1985 na koncercie w Ottawie.

[Obrazek: 2926.jpg]

W tym samym roku przed wspomnianą EPką ukazuje sie pełny LP Long Live The Loud. W tym miejscu zatrzymam się na chwilę i zaproponuję baczne zwrócenie uwagi na okładkę. Jest inna stylistycznie niż pozostałe dotychczas. Subiektywne wrażenia artystyczne podpowiadają nam, że tak nie może wyglądać art zespołu parającego się brudnym speed metalem. Jest to raczej twór stylizowany na heavy metal lub jego lokalną odmianę...NWOBHM. Tak, to nie przypadek. Wszystko zaczęło się od zmiany wytwórni muzycznej. Exciter porzucił współpracę z Megaforce Records na rzecz brytyjskiej niezależnej wytwórni Music For Nation. Nie będę męczył czytelnika proceduralnymi szczegółami zamiany, bo nie o to tu chodzi. Sam fakt jest o tyle istotny, że koncern a raczej muzyczna mentalność producentów odcisnęła na zespole swoje piętno. Exciter wyprawił się do stolicy Zjednoczonego Królestwa a tam na miejscu czekał na nich niejaki Guy Bidhead, prywatnie producent płyt Motorhead oraz zespołów z nurtu NWOBHM. Materiał na trzeci album był już gotowy, pozostała tylko sprawa jego zarejestrowania i brzmienia. I stało się. Long Live The Loud ujrzał światło dzienne i był małym...zaskoczeniem dla fanów. Bardziej heavy metalowy, bardziej brytyjsko heavy metalowy, mniej speed thrashowy. To chyba trafne określenia. Nie powiem, że album jest zły - jest inny, ortodoksyjnie z punktu widzenia takowych fanów inny. No cóż, kwestia gustu. Ja go łyknąłem, chyba też z sentymentu, bo na jakiś czas flagowy skład zespołu uległ zmianie. .Ocena 8/10.
[Obrazek: Exciter-LongLivetheLoud.jpg]

W 1986 roku nastąpiła roszada w składzie zespołu. Wieloletni gitarzysta, jeden z założycieli oraz ząb trzonowy formacji John Ricci postanowił odpocząć od Exciter. Nawarstwiły się problemy osobiste i nie wytrzymał ciśnienia. Gorączkowe poszukiwania nowego wioślarza zaowocowały angażem Briana McPhee, postaci całkowicie anonimowej, na dorobku ale z olbrzymim talentem. Kontrakt z wytwórnią Music For Nation obrodził nowym LP Unveiling The Wicked. Pierwsze, co rzuca się i pieści aparat słuchowy to całkiem nowe brzmienie. W tym momencie Exciter przekracza wrota do bardziej melodyjnego grania, wchodzi na teren dotąd niedostępny i niesłyszalny w swojej działalności. Nie trzeba być myślowym Garrym Kasparovem, by powiązać fakty. Nowy gitarzysta odmienił styl zespołu. Wniósł więcej techniki i polotu w tym, co robi. To, że był bardziej wszechstronnym i lepiej poukładanym technicznie zawodnikiem od Ricciego, to fakt niezaprzeczalny. Miał ten dryg do melodyjnych, czystych riffów nieskażonych dużą dozą speed metalowej maniery. Owszem, ta występowała, ale opakowana w formy bardziej przystępne dla fanów melodii a mniej dla zwolenników korzennego speedu. Gdy usłyszymy otwieracz Break Down The Walls już wiemy, że będzie inaczej. Inaczej, co nie znaczy źle. Doprawdy nazwijcie mnie szaleńcem, ale ten kawałek to jeden z lepszych w dorobku zespołu. Kolejny kiler i dowód klasy McPhee, to Live Fast, Die Young z galopującą heavy metalową gitarą. Palce lizać! Po nagraniu tej płyty, Exciter wyruszył na kolejny podbój Starego Świata, tym razem w towarzystwie grzecznych inaczej muzyków z Motorhead i Manowar. Doprawdy wątpliwe jest, by swój pobyt w Europie ograniczyli tylko i wyłącznie do zwiedzania zabytków architektonicznych.
Na pewno jest to album przełomowy w ich twórczości, coś zupełnie nowego i tylko przez ten fakt stracili część fanów. Niesłusznie i nie do końca sprawiedliwie. Wszak to ten sam Exciter z innym człowiekiem i brzmiący przystępniej. Szok sporego kalibru nastąpił na wspomnianym tournee.
[Obrazek: 2917.jpg]

Za Unveiling The Wicked słusznie wpisuję 8/10...

Dan Beehler nie opuścił zespołu. Przewartościował tylko swoją rolę i postanowił usunąć się w cień. Fama głosiła, że nie do końca zgadzał się z pewnymi zmianami w koncepcji grania Exciter. Jak do końca sprawa wyglądała, można tylko snuć przypuszczenia. Tym nie mniej, na rok 1988 przypadł debiut nowego, jak się później okazało - jednorazowego bohatera Roba Malnatiego, który zacnie wypadł na jedynym albumie kanadyjskich power metalowców z Crypt. Trzeba mu zasłużenie oddać, że wtedy był na topie i jego angaż nie wzbudził większej sensacji. No i właśnie. W tym miejscu pies został pogrzebany. Exciter nigdy nie był i nie będzie zespołem, który power metal ma za pan brat. Tu potrzebny był ktoś, to swoim wokalem zabrudzi i zakurzy powierzchnie. Ktoś, kto wpasuje się do muzycznej filozofii Kanadyjczyków. Malnati taki niestety nie był ale miał szczęście, bo w tym czasie Exciter grał piach - mówiąc żargonem piłkarskim. Ten album, zatytułowany po prostu Exciter lub O.T.T., to najlepszy tego przykład. Nie wiem, może zbyt krytycznie podchodzę do zagadnienia, lecz nie podoba mi się on i już. Gdyby była to formacja, która gra czysty heavy metal i wzbogaca go o szczyptę lub kopkę melodii, słowa bym nie powiedział. Ale kto to jest i jak grał, uwypuklać nie trzeba. Scream Bloody Murder, to świetne nawiązanie do przeszłości a skądinąd bardzo dobry wioślarz Brian McPhee, zagrał tu jak profesor, wspierany przez Beehlera, tym razem tylko i wyłącznie na bębnach. Z pozostałych kompozycji, wyróżniłbym jeszcze I Wanna Be King oraz Eyes In The Sky. Reszta bardzo średnia. Słowem melodie nad brud i tyle w temacie słabości tej płyty. O.T.T. to skród od "Over The Top". No cóż - dość nieszczęśliwe sformułowanie dla fanów, wytwórni Maze Music i samego zespołu wreszcie. Frasobliwie do dzienniczka wpiszę im ocenę 6/10...


[Obrazek: 2928.jpg]

Autor artykułu: Amaranthi Memorius
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości