Annihilator
#1
Annihilator - Set the World On Fire (1993)
[Obrazek: 617.jpg?0839]

Tracklista:

1. Set the World on Fire 04:29
2. No Zone 02:48
3. Bats in the Belfry 03:38
4. Snake in the Grass 04:55
5. Phoenix Rising 03:48
6. Knight Jumps Queen 03:47
7. Sounds Good to Me 04:18
8. The Edge 02:57
9. Don't Bother Me 03:24
10. Brain Dance 04:52

Rok wydania: 1993
Gatunek: Heavy Metal
Kraj: Kanada

Skład zespołu:
Aaron Randall - śpiew
Jeff Waters - gitara, bas
Neil Goldberg - gitara
Wayne Darley - bas (oficjalnie)
Mike Mangini - perkusja
Ray Hartmann - perkusja ( 4 i 7)

Historia powstania tej płyty jest bardzo długa i skomplikowana. Waters i jego ANNIHILATOR zdobył uznanie wąskiej grupy słuchaczy, thrash metal był w odwrocie, a zespołowi z Kanady trudno było zaistnieć na światowym rynku muzycznym, choć cieszyli się dużą popularnością w Niemczech, a swoją flagę pokazali na wspólnej trasie koncertowej z JUDAS PRIEST. Gdy powstawały utwory na nową płytę, którą Waters zamierzał zaprezentować już w roku 1991, odszedł gitarzysta Davis, którego zastąpił Goldberg, a gdy zaczęto ją nagrywać, również perkusista Hartmann, który z muzykowania nie był w stanie utrzymać rodziny.
Znalezienie nowego perkusisty okazało się trudne i Waters zaprosił na prawach muzyka sesyjnego Manginiego, który zresztą potem dołączył na stałe.
Kolejnym i to jeszcze bardziej poważnym ciosem było odejście wokalisty Coburna Pharra w momencie, gdy sesja nagraniowa dobiegała końca.
Teraz trzeba było zaczynać niemal wszystko od początku, na szczęście Waters przypomniał sobie o Aaronie Randallu, który już wcześniej, gdy po nagraniu debiutu odszedł Rampage, starał się dostać do ANNIHILATOR. Gościnnie pojawili się również klawiszowiec Webster i perkusista Fedyk i w końcu wiosną 1993 płyta się ukazała.

Waters tym albumem wielu kompletnie zaskoczył. W momencie, gdy thrashowa czołówka zaczęła nagrywać melodyjne, aczkolwiek ciężkie i monumentalne płyty, ANNIHILATOR zwrócił się ku tradycyjnym formom heavy metalu, podanym w nowoczesny, a w pewnych aspektach niemal wizjonerski sposób i pokazał się jako zespół pełen luzu, fantazji, radosny, przebojowy i lekko zakręcony. Głos Randalla, typowy dla śpiewaka rockowego czy hard rockowego, nadawał utworom zamieszczonym na płycie autentyzmu, a Waters, nie przestając być sobą, w stylu gry największy nacisk położył na atrakcyjność melodii.
Jeśli dwie poprzednie płyty były dosyć przewidywalne w swojej thrashowej stylistyce, to tym razem album kryje mnóstwo niespodzianek, smaczków, szczególików i cieszących ucho drobiazgów. Łatwo je wyłapać, bo mimo tych wszystkich perypetii i niedużych środków, jakie na ten LP wyłożono, brzmienie jest znakomite, bardzo selektywne i nowoczesne, przy czym o tej nowoczesności można mówić nawet i dziś, gdy technika nagraniowa posunęła się bardzo do przodu.
Płyta zaskakuje i wzbudza zainteresowanie od pierwszych sekund już we wstępie do "Set The World Of Fire", jednym z najpiękniejszym wstępów do metalowych płyt. To, co jest dalej to modernistyczny heavy metal z trashowymi naleciałościami, zresztą ta kompozycja robiona była wspólnie z Pharrem. Bogactwo motywów, jakie tu wykorzystano jest ogromne i tymi pomysłami można by obdzielić kilka kompozycji. Perfekcja połączenia tego wszystkiego jest zdumiewająca.
Płytę napędzają zwarte i szybkie kompozycje z obrzeży speed metalu, podane z nastawieniem na melodię i maestrię wykonania gitarowego, takie jak "No Zone" czy "Don't Bother Me" z morderczymi solami Watersa, jakie może zagrać tylko i wyłącznie on. Fantazja i inwencja tego gitarzysty jest tu niemal nieograniczona.

Gdy melodia jest najważniejsza, dostajemy wspaniały melodic metal w postaci przebojowego "The Edge" pełnego młodości i z burzą emocji i Randall plus Waters zrobili tu niesamowity show. Pełen niespodzianek jest dziwnie rozpoczynający się "Bats In The Belfry" i w tej kompozycji jest coś z pierwszych płyt. Zresztą to jeden z pierwszych utworów na ten LP, napisany wspólnie z Hartmannem i Pharrem i pod mocny głos Pharra, ale i tu Randall poradził sobie bez problemu w tym modern post thrashowym numerze. Pięknie brzmi na tym albumie "Snake In The Grass", częściowo akustyczna, łagodna w pierwszej części pół ballada, która potem rozkręca się w kapitalnie mieszane partie z bujającymi riffami i odrobiną kontrolowanego gniewu. Waters totalnie tu demoluje, grając jak gitarowy kameleon.
Waters przedstawił na tym albumie muzykę niezwykle inteligentną, rozwiewająca mit o muzykach metalowych jako szarpidrutach, nawalających byle głośniej.
"Knight Jump Queen" z mocarnym basem prowadzącym całość jest tego najlepszym przykładem. Ta opowieść o szachowej rozgrywce jest w rzeczywistości studium relacji między kobietą a mężczyzną, podanym w formie muzycznej, której się w owym czasie nie słyszało nigdzie indziej.
Chórki, skromna tym razem gitara i doskonały głos Randalla. Popisem całego zespołu jest totalnie zakręcony "Brain Dance" i to jest w formie muzycznej melodyjne wyrażenie nie tylko tańca, ale nawet wstrząsu mózgu. Do tego jest to naprawdę podane z wysmakowanym humorem, zwłaszcza w tej części z "głosami w mózgu". No i gitarowe ozdobniki Watersa...

Pewne kontrowersje mogą wzbudzać dwie łagodne, rockowe ballady, jakie znalazły się na tym albumie, wzbogacone klawiszami, ugładzone i przeznaczone do szerokiej konsumpcji, także na singlach. W mojej opinii, zupełnie subiektywnej i prywatnej, są średnie i nieco pretensjonalne, za słodkie i zbyt komercyjne, ale ich wykonanie jest znakomite i wyrasta ponad poziom tego, jak się takie numery zazwyczaj gra.
Ta płyta jest ponadczasowa z dwóch powodów.
Po pierwsze jest niesamowicie nowoczesna do dziś i w swoich rozwiązaniach nie znalazła w zasadzie odpowiednika... Poza tym, co robił Waters później oczywiście.
Drugi powód jest zapewne bardziej zrozumiały dla tych fanów metalowych melodyjnych brzmień, którzy są obecnie w wieku średnim.
Przechadzając się wśród półek w sklepie muzycznym, wypełnionym brutalnym death metalowym graniem i grunge, znalazłem ten LP i utrzymał on moją chęć podtrzymywania przygody z muzyką heavy metal. Takich osób znam znacznie więcej.


Ocena: 9.5/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#2
Annihilator - King of the Kill (1994)
[Obrazek: 622.jpg]

Tracklista:

1. The Box 05:30
2. King of the Kill 03:13
3. Annihilator 04:28
4. Bad Child 03:40
5. 21 04:25
6. Bliss 00:51
7. Second to None 05:16
8. Hell Is a War 05:20
9. Speed 04:36
10. In the Blood 04:20
11. Catch the Wind 03:50
12. Fiasco (The Slate) 00:09
13. Fiasco 03:56

Rok: 1994
Gatunek: Heavy/Thrash Metal
Kraj: Kanada

Skład zespołu:
Jeff Waters - śpiew, gitara, bas
Randy Black - perkusja

King of the Kill to czwarty album zespołu nieprzewidywalnego i świetnego gitarzysty Jeffa Watersa. Jak poszło tym razem? Jeśli chodzi o ten zespół, to w lepszym jego okresie jak widać trudno było o albumy do siebie podobne, co rusz zmieniał się skład i co album zaskakiwali czym innym - to thrash, to latanie po thrash/heavy rejonach. Co mamy tutaj? 2 osobowy skład, czyli Waters zajął się sprawami gitarowymi i wokalnymi, a perkusję pozostawił dla Randy Black. Jak to wypadło i jaka jest zawartość?

Trochę wszystkiego i ten album jest pudełkiem pełnym różnych pomysłów. Tak przy okazji pudełek, to otwieraczem jest utwór "The Box", który nie brzmi zbyt zachęcająco i bym powiedział, że nawet miernie. Głos wokalisty puszczony przez modulator, to jakieś audycje radiowe - nie brzmi to zachęcająco, a kunsztu gitarowego Watersa ani śladu. Ten kawałek to takie homoniewiadomo. Na szczęście po nim jest totalnie wyniszczający z heavy/speed metalowym i annihilatorowym wykopem oraz gitarami "King of the Kill" i jest to jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy utwór ANNIHILATOR. Dynamika, świetna melodia, niszczące prostotą solo i kapitalny wokal. Perfekcja w każdym calu i wymazuje przykre wspomnienie, jakim jest niemrawy otwieracz. Po nim hipnotyzujący wtrącającym się od czasu do czasu basem, płynną gitarą i rytmem "Annihilator" - utwór zrealizowany kapitalnie. Bardzo dobre akustyki w 2 połowie, które wprowadzają powiew chłodu. Po nim bardzo mocno heavy/hard rockowy "Bad Child", który to jest bardzo chwytliwy i swoją przebojowością wchodzi w głowę bez problemu. "21" zagrany z luzem, z bardzo fajnym basem - też lekki rocker, utrzymany w klimacie albumu. "Second to None" to kolejny udany kawałek, zagrany z polotem, bardzo dobrą melodyką i basem. Solo również bardzo ładne i jakże charakterystyczne dla tego gitarzysty. "Hell is a War" to utwór chybił trafił. Zaczyna się balladowo, całkiem przygnębiająco rodem z albumu Set The World On Fire - i później wchodzi odrobinę lepiej zrealizowana kontynuacja "The Box" skrzyżowanego z "Annihilator" i to już jest powolne, dość nudne smęcenie. Ciekawie zaczyna się robić dopiero w środkowej części, gdy utwór ożywa, przyspiesza i wchodzi solo - szkoda, że to tylko chwila i powrót do nudzenia. Po nim na szczęście speedowy/heavy, luźny i wymiatający... "Speed" - głowa lata sama z siebie, noga tupie, do tego jeszcze odgłosy samochodów i kapitalny bas, do tego jeszcze świetne, melodyjne solo i kolejny wymiatacz na koncie. "In The Blood" to bardzo łagodna ballada - dobra, bardzo fajne, łagodne zaśpiewy Watersa z oddali, jednak słychać, że momentami za bardzo się wczuwa. "Catch the Wind" z wysuniętym basem i łagodnym klimatem oraz rockowo-heavy metalową partią w sumie może być, jednak Waters na swoim koncie miał lepsze popisy i instrumentale. "Fiasco" zaczyna się dość niepokojąco, aby później stać się ostrym i luźnym wymiataczem w stylu "Speed", z kapitalnym, choć dziwnym i lekko jakby "znikąd" refrenowym "fiasco!", do tego jeszcze lekkie i trochę prześmiewcze szaleństwo i kolejny kapitalny numer.

I na tym się kończy zwykła wersja albumu, a bonusem w niektórych edycjach jest "Only Be Lonely", czyli lekko rockowa ballada. Trochę za lajtowa i gdybym miał dokładnie sprecyzować - to coś mniej więcej w stylu "In The Blood", tylko trochę sympatyczniej.

Waters wokalnie znakomity, w formie nie tylko pod względem gitarowym, ale i kompozycyjnym. Mimo że występują potknięcia, to mimo wszystko jest to album udany i bardzo dobry.


Ocena: 8.5/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#3
Annihilator - Refresh The Demon (1996)
[Obrazek: annihilator_refresh_the_demon_front.jpg]

Tracklista:

1. Refresh the Demon 05:26
2. Syn. Kill 1 04:26
3. Awaken 00:53
4. The Pastor of Disaster 05:00
5. A Man Called Nothing 05:52
6. Ultraparanoia 04:29
7. City of Ice 04:18
8. Anything for Money 03:35
9. Hunger 04:53
10. Voices and Victims 04:18
11. Innocent Eyes 05:03

Rok wydania: 1996
Gatunek: Heavy/Power/Thrash Metal
Kraj: Kanada

Skład:
Jeff Waters - śpiew, gitary, bas
Randy Black - perkusja

Waters nie zdecydował się na odbudowę składu zespołu i podobnie jak na albumie poprzednim skorzystał tylko z pomocy perkusisty Blacka. Dodatkowo pojawił się znany ze wcześniejszej współpracy gitarzysta Davis, który zagrał solówki w czterech utworach. Black wniósł tu również dosyć spory wkład kompozytorski.
Płyta jest cięższa niż poprzednia, z dużą dozą klasycznych metalowych rozwiązań i melodii. Jednocześnie w jakiś sposób niepokojąca, bo przebojowość miesza się tu z klimatem jakiego wcześniej nie było. W pewnym stopniu muzyka zawarta na tym LP stanowi skrzyżowanie tego, co usłyszeliśmy w numerze „Annihilator” z tym, co pokazał w „Bad Child” na płycie poprzedniej.
Album otwiera znakomity „Refresh The Demon” z demonicznym faktycznie refrenem. Mamy szybkość, ciężar i pewne industrialne pierwiastki i masywne brzmienie. „Syn Kill 1” podobny w stylu, ale dużo gorsza melodia obniża wartość tej kompozycji.
”The Pastor of Disaster” ma świetne riffy i motyw przewodni, jednak jakiś taki przesadnie wymyślny refren ogólnie trochę psuje wrażenie. Bardzo udane solo Davisa w tym numerze jest znakomitym urozmaiceniem. „A Man Called Nothing”, zrobiony z rozmachem heavy metalowy numer, nawiązuje do klasyki gatunku i jest doskonałą przygrywką do fenomenalnego „Ultraparanoia” – chyba jednego z najlepszych utworów jakie Waters (wspólnie zresztą z Blackiem) stworzył. Potężny riff, potężny refren i doskonały popis wokalny i instrumentalny - ten numer miażdży swoją konsekwencją i nieubłaganym natarciem na słuchacza. Elementy industrialne także są tu wyraźnie uwypuklone w konstrukcji utworu.
”City Of Ice” rozprasza mrok jako jasny i zagrany ze swobodą numer heavy metalowy
z rzeczywiście heavy ciężarem i bujającym refrenem - doskonała rzecz.
”Anything for Money” można oceniać różnie - mieszają się wpływy i style - mnie się bardzo podoba. „Hunger” jest poprowadzony mistrzowsko, a użyty riff w motywie przewodnim zapada na zawsze w pamięć - opowieść z dreszczykiem z fantastycznie ujętym motywem muzycznym. „Voices and Victims” podobnie jak „Anything...” nieco nieokreślony... może zasługiwał by na najwyższą ocenę, ma jednak kilka słabszych momentów - jakby z lekka niedopracowany...
Pozostaje sprawa „Innocent Eyes”. Oczywiście rozumiem motywy Watersa co do umieszczenia tej kompozycji i nadania jej takiej, a nie innej formy, ale na tym LP to po prostu nie pasuje. Jakiś singiel z dedykacją byłby chyba bardziej na miejscu.
Ogólnie - bardzo dobre brzmienie - moim zdaniem lepsze niż na King Of The Kill, kompetentny wokal Watersa, który udowodnił, że potrafi zaśpiewać atrakcyjnie i różnorodnie. Perkusja bez zarzutu, a bas Watersa momentami wyśmienity i nietypowy.
Album z jakieś przyczyny często pomijany i zbywany milczeniem - zupełnie niesłusznie. Cięższa wersja LP poprzedniego, urozmaicona i warta wysokiej oceny.


Ocena: 8.5/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#4
Annihilator - Remains (1997)
[Obrazek: tapa-8.jpg]

Tracklista:

1. Murder 04:27
2. Sexecution 04:35
3. No Love 04:46
4. Never 05:15
5. Human Remains 02:20
6. Dead Wrong 05:13
7. Wind 04:21
8. Tricks and Traps 04:59
9. I Want 04:26
10. Reaction 03:28
11. Bastiage 04:39

Rok wydania: 1997
Gatunek: Power, Heavy, Thrash Metal
Kraj: Kanada

Skład:
Jeff Waters - śpiew i wszystkie instrumenty, programowanie

"Remains" to minimalistyczna okładka i muzyka jakiej w zasadzie się nie spodziewałem, chociaż przeczuwałem, że tak może się w końcu stać.
Tym razem Waters zrobił wszystko sam, rezygnując nawet z pomocy perkusisty. W zasadzie do tego co przedstawił na tym LP perkusista mu niepotrzebny....
Mechaniczne, metalowe techno, industrial - co tam kto uważa. Bezduszne automatyczne granie podkreślone sztucznym brzmieniem tego, co ma udawać perkusję i udziwnionym wokalem Watersa. Nowość to do końca nie jest - już wcześniej takie ciągoty były i gdy album rozpoczyna się od "Murder" w zasadzie nie dziwi to... ot po raz kolejny elektrotechniczny numer ANNIHILATOR na rozgrzewkę, dla kontrastowej zmiany już za parę minut.
Tymczasem niestety nie. „Sexecution”, „No Love”, „Never”, jeden za drugim równie automatyczne, bezduszne, pozbawione melodii i całkowicie zdehumanizowane.
”Human Remains” daje pewne nadzieje dla cierpliwych, ale jest taki krótki... ”Dead Wrong” za to dłuży się niemiłosiernie, atakując słuchacza otępiającą dawką matematycznie wyliczonego łomotu.
Kto wytrzyma ma w nagrodę „Wind.”. Ballada? Pół ballada? Spokojny kawałek? - spokojnie najgorszy tego typu numer Watersa w dotychczasowej karierze.
Gdy poziom zniesmaczenia sięga granicy percepcji, nagle skądś niespodziewanie uderza „Tricks and Traps”! Ludzie, ANNIHILATOR - prawdziwy ANNIHILATOR! To nic, że ten automat perkusyjny i że brzmienie tak nieludzkie, ale jest tu gitara Watersa , jest duch jego muzyki - są te riffy, niby jak zawsze podobne, ale zawsze jednak przykuwające uwagę. Znakomity numer. Perfidnie Waters trzyma nas tak długo w niepewności, ale w końcu nagradza cierpliwość słuchacza w I Want i Reaction.
Dużo, bardzo dużo ANNIHILATOR w ANNIHILATOR. Hity, perełki czy asy z rękawa - a może po prostu Waters w pewnym momencie musiał nieco spasować na tym LP i wziąć pod uwagę czego oczekują słuchacze... Może wziął, ale „Bastiage” pokazuje jasno, że album ma być odebrany tak jak objawił się na początku.
Każdemu wolno nagrywać to co uważa. Nie każdy musi jednak tego słuchać. Trzy numery wyciągnięte jak królik z cylindra magika to za mało, żeby album wyzwał pozytywne emocje. Eksperyment dla eksperymentu pod szyldem legendy.

ocena 3,8/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#5
Annihilator - Criteria For A Black Widow (1999)
[Obrazek: 2a91cp1.jpg]

Tracklista:

1. Bloodbath 05:22
2. Back to the Palace 05:34
3. Punctured 05:50
4. Criteria for a Black Widow 05:57
5. Schizos (Are Never Alone) (Part III) 05:53
6. Nothing Left 04:52
7. Loving the Sinner 04:38
8. Double Dare 05:27
9. Sonic Homicide 04:31
10. Mending 02:46

Rok wydania: 1999
Gatunek: Thrash Metal
Kraj: Kanada

Skład:
Randy Rampage - śpiew
Jeff Waters - gitara, bas
Ray Hartmann - perkusja

Tak więc rok 1999 i nowe nadzieje po tym, co zaprezentował Waters na poprzednim albumie.
Jeff znudzony pykaniem automatu perkusyjnego woła znów Hartmanna, który nieco się ustatkował. Technocore'owe ryki i zaśpiewy nadszarpnęły struny głosowe Jeffa i tym razem z pomocą przychodzi stary druh Rampage, także nieco podleczony z innej choroby. Basu Waters nie oddaje nikomu, i chyba dobrze, bo byłby jeszcze jeden członek pobitej armii.
"Bloodbath' pokazuje że będzie ciężko. Nie w sensie ciężkiej muzy, o nie. Ciężko będzie dosłuchać tego wszystkiego do końca, jeśli oczywiście ujadanie Rampage i pokręcone bezładne granie Watersa nie ulegnie zmianie.
Jakież nadzieje, gdy słyszymy pierwsze riffy z "Back to the Palace"! Jakie rozczarowanie, gdy zaczyna się to na poważnie.
'Punctured' brzmi jak odrzut z sesji płyt poprzednich, "Criteria for a Black Widow" podobnie, przy czym jeszcze szybciej zachęca do natychmiastowego wyłączenia. Solo dosyć drętwe, ale na bezrybiu...
'Schizos' to taki medley wspomnień z dobrych czasów - powspominać zawsze warto, a przecież jest co. W "Nothing Left" najlepsza oczywiście perkusja - szczególnie na początku. "Loving the Sinner" taki annihilatorowy i fajny w sumie, byłby zresztą lepszy jako instrumentalny z przyczyn oczywistych. Oczywiście Waters powinien jakby co pozbyć się wrodzonej nieśmiałości i zaśpiewać to sam.
"Double Dare" zupełnie bez sensu - choć romantyczna część mocuje się z trzecia ligą melodyjnego grania w sposób udany.
Pozostaje polec z honorem w samobójczym ataku "Sonic Homicide". Tym razem desperacko udaje się przebić przez najeżone obojętnością pozycje słuchacza... też jednak w pewnym momencie natarcie się załamuje. Ostatni zryw - solo Watersa i potem już niebawem odgłosy bitwy cichną.
"Mending" towarzyszy smutno resztkom pobitej armii Watersa, która powłócząc nogami odchodzi... czy rozumiejąc jednak własna porażkę?


Ocena: 4/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#6
Annihilator - Carnival Diablos (2001)
[Obrazek: annihilator_carnival_diablos_front.jpg]

Tracklista:

1. Denied 05:24
2. The Perfect Virus 04:44
3. Battered 05:22
4. Carnival Diablos 05:09
5. Shallow Grave 04:22
6. Time Bomb 04:50
7. The Rush 04:50
8. Insomniac 06:15
9. Liquid Oval 03:52
10. Epic Of War 05:47
11. Hunter Killer / Chicken And
Corn(hidden track) 09:10

Rok wydania: 2001
Gatunek: Heavy Power/Thrash Metal
Kraj: Kanada

Skład:
Joe Comeau - śpiew
Jeff Waters - gitara i bas
Ray Hartmann - perkusja

Rok 2001. Żegnamy Rampage witamy Comeau. Ciepło witamy, bo to rasowy wokalista i co najważniejsze bardzo tym razem pasuje do brzmienia jakie wybrał Waters. Cięte riffy, połamane i pokręcone na początku „Denied”... ale jak potem interesująco rozwija się ten numer. Doskonałe solo, praca basu słyszalna i na najwyższym poziomie (oczywiście też Waters), Bardzo dobry urozmaicony utwór, nowoczesny, a jednocześnie głęboko zakorzeniony w starej tradycji ANNIHILATOR.
”The Perfect Virus” perfekcyjnie oddaje sens tego czym jest ten zespół, a raczej czym powinien być zawsze. Znakomity numer. Tymczasem „Battered” szybki i zdecydowanie zagrany nieco rozczarowuje. „Carnival Diablos” o charakterze heavy power trochę blady, choć ta łagodna część to taki ANNIHILITOR z lat 1993-1996 i nieco wyciąga ten numer z dołka.
”Shallow Grave” to oczywiście nic innego tylko ukłon w stronę AC/DC. Podziękuję.
”Time Bomb” to nieco dziwności i eksperymentu - nie jestem przekonany czy wyszli z tego obronną ręką. „The Rush” doskonały i tu najlepiej słychać tą inaczej niż zwykle brzmiącą gitarę Watersa. Riff przewodni niebywale wciągający, tymczasem jednak solo mogło być bardziej przemyślane. „Insomniac” bezwzględnie zabija i jest esencją watersowskiej muzyki. Najlepszy numer na płycie. „Liquid Oval” spokojny rockowy numer instrumentalny... mógł być, mogło go nie być. Wypełniacz bez silenia się na pomysłowość.
”Epic Of War” to druga liga heavy powerowego grania ANNIHILATOR, choć słucha się przyjemnie, mniej więcej do połowy. „Hunter Killer” spełnia wymagania stawiane średniemu numerowi na płycie heavy power z elementami thrashu, ale nic ponadto.
”Chicken And Corn” to zło konieczne (a może właśnie koniecznie do wora?). Nie mam aż tak luzackiego podejścia.
Nowoczesny album, o nowoczesnym brzmieniu gdzie jest eksperyment i próba zrobienia pewnych znanych wcześniej rzeczy nieco inaczej. Nie zawsze to wychodzi jak należy i tu to niestety słychać.
Cóż płyta tylko dobra jednak - bo nierówna po prostu. Wszyscy trzej zrobili co do nich należało, ale zawiódł trochę Waters jako kompozytor... i eksperymentator.


Ocena: 7/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#7
Annihilator - Waking The Fury (2002)
[Obrazek: 777.jpg?3822] 

Tracklista:

1. Ultra-Motion 05:07
2. Torn 05:02
3. My Precious Lunatic Asylum 05:48
4. Striker 05:00
5. Ritual 05:17
6. Prime-Time Killing 04:33
7. The Blackest Day 05:10
8. Nothing To Me 04:35
9. Fire Power 04:54
10. Cold Blooded 03:53

Rok wydania: 2002
Gatunek: Power/ Thrash Metal
Kraj: Kanada

Skład:
Joe Comeau - śpiew
Jeff Waters - gitara i bas
Randy Black - perkusja

Kolejny album ANNIHILATOR tym razem pojawił się nadspodziewanie szybko po poprzednim. Pojawił się także ponownie Black, co zresztą słychać.
Oczywiście nastrój już na początku poprawia „Ultra-Motion”. Wiadomo, SLAYER z niewielką domieszką annihilacji. Z drugiej strony zastanawia nieco ta mocno przesterowana gitara Watersa i mało drapieżny wokal Comeau.Tak , to brzmienie może wielu mocno zaskoczyć, bo pewna krystaliczność czy sterylność jaka była niejednokrotnie wizytówką Watersa, tu praktycznie nie istnieje.
W "Torn" jest solo jakim Waters dawno nas nie uraczył, ale ponadto jakoś nic więcej.
Psychodeliczny i nieco industrialny jak dla mnie "My Precious Lunatic Asylum" zawiera za dużo chaosu. Chociaż proste solo ociera się o geniusz... ach ten Waters ! Potrafi zaskoczyć w najbardziej nieoczekiwanym momencie. Potem "Striker". No denerwuje. Niesamowite zagrywki Watersa i jakoś układne power/heavy w ogólnym zarysie. Perkusyjny popis na tle elektroniki jakoś nie dziwi. Tak należało oczekiwać, że Waters złamie w końcu ten numer czymś nieoczekiwanym. "Ritual "nie złamał niczym. Nuda. "Prime-Time Killing" jest przekombinowany. Jest tu i mechaniczne granie a la Remains i power i jakaś melodia - słyszalna w tle, ale w sumie jakoś mało to się trzyma kupy.
Przy "The Blackest Day" płyta pogrąża się coraz bardziej w otchłani rozlazłych riffów i mało rozpoznawalnych melodii. Rockowy "Nothing To Me" budzi skojarzenia z ... no właśnie ze wszystkim. Taki numer skierowany do wszystkich i do nikogo zarazem.
"Metal anonimowego odbiorcy". „Fire Power” było już na tym LP wcześniej pod innym tytułem - a może mi się tylko zdawało? Żeby było wszystko jasne, że to płyta SLAYER, na końcu mamy "Cold Blooded". Fajne.
Bardzo lubię SLAYER, dlatego za ten LP...


Ocena: 6/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#8
Annihilator - All For You (2004)
[Obrazek: Annihilator+-+All+For+You+%5B%C3%96n%5D.jpg]

Tracklista:

1. All For You 04:29
2. Dr. Psycho 07:03
3. Demon Dance 05:12
4. The One 04:35
5. Bled 06:20
6. Both of Me 08:08
7. Rage Absolute 04:46
8. Holding On 04:06
9. The Nightmare Factory 05:40
10. The Sound of Horror 07:40

Rok wydania: 2004
Gatunek: Heavy Power/ Thrash Metal
Kraj: Kanada

Skład:
Dave Padden - śpiew
Jeff Waters - gitara, bas
Mike Mangini - perkusja

Umartwiajcie się! Oczywiście w ramach pokuty tylko "All For You ".
Wydawać by się mogło, że Remains w swojej koncepcji jest najgorszym pomysłem Watersa, ale pomysłowość ludzka nie zna granic. Pop & rap = metal scrap.
To udowadnia numer tytułowy, jaki serwuje nam pan Padden do spółki z Watersem i panem Mikem Mangini. Przetrwaliście ten numer? "Dr. Psycho" się przyda, bo jest kilka chwil ANNIHILATORA. Oczywiście łzawe zaśpiewy Paddena w refrenach natychmiast otrzeźwiają mających nadzieję... Do tego te ryki, a potem śmiechy itd. Po prostu beznadzieja. Gitara Watersa jest tu ciekawa, ale to nie wystarcza. "Demon Dance" pędzi donikąd... Choć Waters momentami wygrywa cudeńka.
Ja oczywiście rozumiem ogólną intencję. To mam być szalone i psychodeliczne, ale czy koniecznie kosztem zdrowych zmysłów i nerwów słuchacza?
"The One"... Czy to najgorsza ballada ANNIHILATOR - niech romantycy o tym decydują, nie ja. "Bled" posiada wszystkie mankamenty poprzednich utworów, ale niestety nie ma ich zalet. "Both of Me" od około 5 minuty raduje i ratuje, ale to minuta sensownego grania. Nawiązania do Never Neverland wręcz karykaturalnie tu skrzywione...
To, co słychać w refrenie "Rage Absolute" zmusza do zażycia pewnej dawki dowolnych środków uspokajających. Ewentualnie można posłuchać następnego "Holding On" lub - co jest wyjściem lepszym - poprosić kogoś o zdzielenie pałą w łeb w celu pozbawienia przytomności. Zaoszczędzi to nam słuchania scrap rapu w "The Nightmare Factory". W przypadku, gdy jesteśmy jednak przytomni "The Sound of Horror" możemy posłuchać. Nie ma tam Paddena, co już podnosi ocenę tego numeru o punkt lub dwa w górę. Można jedna te 5 minut poświęcić na rozmowę z rodziną lub sprzątanie czy inna pożyteczną czynność.
Winni powinni być ukarani słuchaniem tej płyty, resztę przestrzegam... Godzina straconego czasu.


Ocena: 2,5/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#9
Annihilator - Never, Neverland (1990)

[Obrazek: 614.jpg?3048]

tracklista:
1.The Fun Palace 05:51
2.Road to Ruin 03:42
3.Sixes and Sevens 05:20
4.Stonewall 04:50
5.Never, Neverland 05:29
6.Imperiled Eyes 05:28
7.Kraf Dinner 02:41
8.Phantasmagoria 03:59
9.Reduced to Ash 03:09
10.I Am in Command 03:34

rok wydania : 1990
gatunek : speed/power/thrash metal
kraj : Kanada

skład zespołu:
Coburn Pharr - śpiew
Jeff Waters - gitara
David Scott Davis - gitara
Wayne Darley - gitara basowa
Ray Hartmann - perkusja

Gdy w roku 1989 Randy Rampage opuścił ANNIHILATOR Waters nie załamał się. Podziemny początkowo sukces LP "Alice In Hell" zobligował go do kontynuowania działalności grupy w rozszerzonym składzie. Zaprosił do ekipy nowych gitarzystów tworząc kwintet, na czele którego stanął wokalista Coburn Pharr, z dopiero co rozwiązanego amerykańskiego OMEN. Rampage zaśpiewał na pierwotnych wersjach demo nagrań przewidzianych na "Never, Neverland" i zaśpiewał dobrze, ale Pharr po prostu zniszczył i słychać to w efekcie końcowym na tej płycie.

Połączył się kunszt gitarowy Watersa z potężnym głosem Pharra i Roadrunner Records mógł być dumny z wydania wysokiej klasy płyty, będącej muzycznie czymś więcej, niż tylko tradycyjnym thrash metalem.
Bo też i nie jest tak prosto określić, co właściwie ANNIHILATOR zagrał na tej płycie. Szybkość wskazywała by na speed metal, struktura riffów na thrash, a styl wykonania na power metal, a wszystko w wyjątkowo atrakcyjnej oprawie melodii.
Atrakcyjnych? Mało powiedziane. Styl gry Watersa oraz to, jak współpracuje z Davisem cyzelując te podszyte psychodelią melodie to mistrzostwo ! Tak jak w wywołującym nocne koszmary The Fun Palace... Pharr jest niesamowity!
Pharr to 50% potęgi tej płyty, a Waters to pozostałe 80%. Poniekąd aż do "Remains" Waters nie grał z taką chłodną techniczną precyzją. Tak, tak... Road to Ruin! Co za bezwzględna realizacja gitarowego planu. Jakie sola! Zresztą te skomplikowane technicznie sola Watersa to kolejne 60% wartości tego LP.
Pokręcony Sixes and Sevens, to trochę mniej melodii, więcej kroczącej surowizny, ale jak znakomicie ta posępność i brutalność Pharra wpisuje się w graną przez Watersa pulsującą melodię! Stonewall to bardziej wyrazisty w melodii brat Sixes and Sevens, z tak nagle pojawiającą się jakże łagodnie piękną ornamentacją gitarową oraz tym kontrapunktowym atakiem surowości w chórkach.
Never, Neverland jest smutny. Jest bardzo smutny. Nigdy więcej ANNIHILATOR nie był tak przejmująco smutny.
Chyba także nigdy nie był tak prawdziwie ponury jak w zdecydowanie thrashowym Phantasmagoria. Co za moc atakujących drobnymi wartościami gitar! Zniewala nieprawdopodobna energia tak swobodnie zagranego Imperiled Eyes. Jest to godne podziwu. Progresywność czy raczej punkowe szaleństwo?
Na koniec dwa mega killery czyli Reduced to Ash i niesamowity po prostu riffowo I Am in Command. Huragan, tornado Watersa wycyzelowane w najdrobniejszych szczegółach. Waters morduje, ANNIHILATOR jako całość niszczy. Solo w Reduced to Ash to rockowy popis w krzywym zwierciadle najwyższej próby, a ozdobniki gitarowe obu gitarzystów to coś niesłychanego tutaj.
Skaza na brylancie jest. To Kraf Dinner i od prawie 30 lat czasem sobie zadaję pytanie czemu coś takiego znalazło się na tej płycie? Nie powinno, po prostu ten słaby, chaotyczny numer psuje tu wiele z ogólnego wrażenia muzyki inteligentnej.

Sekcja rytmiczna. Cichy bohater Darley i skromny Hartmann. Jest zrozumiałe, że słucha się przed wszystkim Watersa, ale proszę posłuchać czasem tylko ich. Ktoś pyta co to jest zaawansowany techno speed thrash? To ANNIHILATOR na "Never, Neverland".
Płyta ma znacznie ciekawsze brzmienie niż debiut. Mastering amerykański (studio Sterling Sound, New York), przydał temu wszystkiemu powagi i stanowczości.

"Never, Neverland" to album swoisty, nietypowy, wymykający się klasyfikacjom.
Jaki byłby ANNIHILATOR, gdyby Pharr nie odszedł w roku 1993, a muzyka Watersa nie stała się tak przystępna jak na "Set The World of Fire"? Trudno powiedzieć.
Sam Coburn Pharr po opuszczeniu ANNIHILATOR nie udzielał się już w  muzyce metalowej. Obecnie jest prezesem sporej firmy produkcyjnej. To szanowany, bogaty biznesmen. Jeden raz  w roku 2015 w styczniu, na 70000 Tons Of Metal Cruise Festival zaśpiewał z ANNIHILATOR najsłynniejsze numery z "Never, Neverland" wzbudzając entuzjazm zgromadzonej publiczności.
W dniu 14 sierpnia 2018 muzyczny świat obiegła smutna wiadomość. Tego dnia zmarł na atak serca Randall Desmond Archibald, czyli Randy Rampage. Miał 58 lat.

ocena 9/10


new 14.11.2018
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#10
Annihilator - Schizo Deluxe (2005)
[Obrazek: 94566.jpg?3848]

Tracklista:

1. Maximum Satan 04:36
2. Drive 04:58
3. Warbird 04:42
4. Plasma Zombies 04:45
5. Invite It 04:57
6. Like Father, Like Gun 04:20
7. Pride 04:56
8. Too Far Gone 04:23
9. Clare 06:46
10. Something Witchy 05:22
11. Weapon X 03:33

Rok wydania: 2005
Gatunek: modern thrash/groove/power metal
Kraj: Kanada

Skład:
Dave Padden - śpiew
Jeff Waters - gitara, gitara basowa, śpiew ( "Too Far Gone")
Tony Chappelle- perkusja

W roku 2005 Waters wpadł w objęcia schizofrenii. Oczywiście tylko muzycznie.
Schizofreniczne podejście do nowego w metalu ( nie mylić z Nu- Metalem !) wyraził na albumie "Schizo Deluxe", idąc dalej po niejasnej drodze eksperymentu, z nowym perkusistą Tonym Chapelle. Został Padden, ale co ciekawe akurat do niego pretensji tym razem mieć nie można. Właściwy człowiek na właściwym miejscu i jak ryczy to robi to z gracją, a w monetach boysbendowych zaśpiewów brzmi bardzo przekonująco.

Zasadniczo Padden ryczy przez większa część albumu, wypełnionego przede wszystkim brutalnymi kompozycjami w stylu modern post thrashowymi, których przez wzgląd na sympatię dla Watersa nie będę przyrównywać do thrashcore.
No, po prostu takie nowoczesne napieprzanie wsparte techniką Watersa i słuchowiskowymi wstawkami rodem z tanich horrorów i thrillerów. A to telefon zadzwoni, a to ktoś się tam gorzej na umyśle czuje.. takie tam.
Waters w tym wszystkim jest konsekwentny w braku kreatywności i realnie te kawałki są do siebie mocno podobne, a melodie oczywiście raczej ubogie. Suche granie, przywodzące na myśl "Remains" rozegrany (przepraszam) w metalcore'wej manierze. Pewne nadzieje na lepsze granie daje tylko bardziej konwencjonalny Invite It, który stanowi jakby uwspółcześnioną  reminiscencję czegoś z "Never, Neverland". Bardzo dobre solo Watersa i bardzo dobry wokal Paddena (tak, tak!). Jeden raz Waters sam staje za mikrofonem w Too Far Gone i to jest klasowy kawałek mimo określonej prostoty, jak na styl Jeffa rzecz jasna. Jest to jednak określona moc nieskomplikowania i może w tym kierunku należało zrobić więcej na całej płycie. Plasma Zombies jest kwintesencją tego albumu i wystarczy tylko tego posłuchać, by nie zawracać sobie głowy resztą.
Kawałki bardziej brutalne zawierają nieco groove i te i fragmenty, które je zawierają są przyjemniejsze. Tam jednak, gdzie jest paranoja na siłę jest paskudnie, jak chociażby Clare. Gdzieś tam pojawiają się także od czasu do czasu łagodne zaśpiewy Paddena w ramach wycieczek w kierunku melodic modern metalu w szczątkowej formie.

Waters zagrał świetnie, Padden zaśpiewał jak nigdy dobrze, Chappelle rewelacja.
Nowoczesne wysycone brzmienie bardzo ciekawe zarówno Waters (producent) jak i Chris Coldrick (mastering), zrobili kawał dobrej roboty. W tych aspektach jest wspaniale.
Brakuje tylko dobrej muzyki.
Schizo tak, jest, Deluxe wcale.

ocena 3,5/10

new 6.04.2019
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#11
Annihilator - Metal (2007)
[Obrazek: 145699.jpg?4057]

Tracklista:

1.Clown Parade 05:14
2. Couple Suicide 03:54
3. Army of One 06:01
4. Downright Dominate 05:13
5. Smothered 05:09
6. Operation Annihilation 05:16
7. Haunted 08:05
8. Kicked 05:56
9. Detonation 03:54
10. Chasing the High 06:16

Rok wydania: 2007
Gatunek: modern metal
Kraj: Kanada

Skład:
Dave Padden - śpiew
Jeff Waters - gitara, gitara basowa, śpiew ("Operation Annihilation")
Mike Mangini - perkusja

W roku 2007 Steamhammer wydaje kolejny album ANNIHILATOR, pod jednoznacznie brzmiącym tytułem "Metal".
Waters brutalnie ucina już na wstępie dyskusje o muzycznej zawartości tej płyty. Metal i już!
Na poparcie tej tezy zaprasza do nagrania albumu 19 wokalistów i instrumentalistów, którzy kojarzą się z metalem, a niektórzy nawet bardzo. Wraca tez druh serdeczny Mike Mangini, bo gdzie Mangini, tam Metal (no, może poza DREAM THEATER).

W sumie wyszedł z tego taki trochę WOLFPAKK, tyle że gitarowy, bo Waters pozwala tu zagrać licznym wybitnym gitarzystom i na pewno wcale nie czuje z tego powodu niedowartościowany. Całkiem ładnie spisał też Padden i można powiedzieć, że ten chłopak rośnie i rozwija się, oczywiście pozostając w kategorii Wokalnych Terminatorów. Terminator w tym znaczeniu nie odnosi się jednak do wiadomego mocarnego Terminatora A.S, a jedynie do czeladnika.


W Clown Parade gra Jeff Loomis (NEVERMORE) i jest to taki modern speed power, dosyć ascetyczny z marnym refrenem w stylu modern melodic. O tak solo Loomisa niszczące przy wsparciu core'wych ryków Paddena.
Och, jaki melodic metalcore romantyzm w Couple Suicide! Tu wokale to także Angela Gossow (ARCH ENEMY) i Danko Jones z rockowego DANKO JONES. Na gitarze tylko Waters. No przecież nie mógł pozwolić by ktoś to spieprzył!
W Army Of One wspiera go dzielnie Steve "Lips" Kudlow, filar ANVIL od lat czterdziestu. No, czy może być bardziej metalowy metal?! Kudlow gra tu rewelacyjnie, rzekłbym lepiej niż Waters prezentuje się w solowych zagrywkach. Sam kawałek, no cóż... coś jak SLIPKNOT jak się nie mylę.
W Downright Dominate zagrał Alexi Laiho (CHILDREN OF BODOM) lecz nie mógł tu nic zupełnie zdziałać. Nie w takim graniu "metalowym". To znaczy solo zagrał rewelacyjne, ale z Czildrenów nic nie udało mu się przemycić.
A Smothered zaczyna się z kolei rewelacyjnie i ogólnie jest tu jeden z najpiękniejszych słynnych riffowych układów Watersa i to fajnie zrobiony modern metal na pradawnym pomyśle Jeffa. Gdzieś to się tam potem rozmywa, ale trudno... Tu z Watersem pogrywa wspólnie Anders Björler (AT THE GATES), ale pierwsze skrzypce to jednak Jeff.
W Operation Annihilation zaśpiewał sam Waters, a taki rwany mechaniczny metal już słyszeliśmy w jego wykonaniu nie raz, a najwięcej na "Remains". Tu znakomite solo zagrał Michael Amott (ARCH ENEMY).
W Haunted zagrał Jesper Strömblad (IN FLAMES) i ta długa kompozycja wnosi trochę speed modern thrashu i niezłą część instrumentalną, ale od Jespera można było tu wymagać więcej.
W  Kicked  zagrał nie kto inny jak Corey King Beaulieu (TRIVIUM) i to takie TRIVIUM w watersowskim sosie. Ostro, szybko, modern chórki i wszystko to nadzwyczaj "trivialne".
Detonation to poczatkowo autentyczny heavy metal i brzmi jak cover na tle reszyty,chociaż nim nie jest. Dobre, ale by podbić świat za mało, podobnie jak przeciętna gra nieznanego bliżej gitarzysty Jacoba Lynama. Oczywiście wszystko w pewnym momencie sprowadza się do metalcore'wych ryków.
Na koniec Watres odkrywa karty i  w Chasing the High wraz Williamem Adlerem (LAMB OF GOD) grają sobie metalcore z solem, które Jeff zagrał już kiedyś na innej płycie. Oczywiście Waters zamaskował metalcore plumkaniem romatycznym i kilkoma swoim klasycznymi gitarowymi sztuczkami.

Plastykowe brzmienie ogólne z rzadka jest ubarwione indywidualnym soundem zaproszonych gitarzystów.
Chórki, gdzie można usłyszeć kilka ciekawych postaci kanadyjskiej sceny metalowej (w tym dawnego perkusistę ANNIHILATOR Paula Maleka) solidne, choć z klasycznym metalem mają niewiele wspólnego.
Ogólnie oszustwo.
Niech sobie każdy sam dopisze NU - Metal , albo Metal - CORE. No dobra... MODERN - Metal.


ocena 6/10

new 6.04.2019
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości