Arthemis
#1
Arthemis - The Damned Ship (2001)
[Obrazek: 17352.jpg]

Tracklista:

1. Quest For Immortality 07:01
2. Voice Of The God 05:20
3. Sun's Temple 06:09
4. Starchild 05:41
5. The Wait 01:05
6. The Night Of The Vampire 06:45
7. Earthquake 04:20
8. Noble Sword 05:07
9. The Damned Ship 05:42

Rok wydania: 2001
Gatunek: Melodic Power Metal
Kraj: Włochy

Skład zespołu:
Alessio Garavello - śpiew
Andrea Martongelli - gitara
Matteo Ballottari - gitara
Matteo Galbier - bas
Alessio Turrini - perkusja

Jest to druga płyta tego zespołu i pierwsza, na której zaśpiewał Alessio Garavello, znany także z brytyjskiego POWER QUEST.
Zespół zagrał tu melodyjny, szybki power metal z elementami progresywnymi i pewną dawką neoklasyki. Album otwierają dwie, bardzo udane kompozycje "Quest For Immortality" i "Voice Of The God" o wyrazistych melodiach i zdominowane przez gitary. Długie, rozbudowane sola gitarowe, w których swobodnie wykorzystane są motywy klasyczne, są ozdobą tych utworów. Jednocześnie mają one wiele punktów stycznych z melodyjnym power metalem niemieckim. Garavello często śpiewa wysoko, momentami naśladując Kiske i odnosi się wrażenie, że mamy do czynienia z ogólną próbą kopiowania HELLOWEEN. Jednak im dalej, tym bardziej to wrażenie się zaciera, bo "Sun's Temple" czy "Starchild" zawierają już więcej cech typowych dla power metalu włoskiego spod znaku LABYRINTH. "The Night Of The Vampire" jest tego najlepszym przykładem i jest to jeden z najbardziej udanych utworów na tym LP, dodatkowo wzbogaconym o nienachalnie podane elementy neoklasyczne. Druga część albumu jest słabsza. Instrumentalny "Earthquake" o charakterze progresywnym wnosi niewiele, a "Noble Sword" to numer power metalowy w rycerskim stylu, jednak niepotrzebnie przekombinowany, choć zawiera kilka bardzo dobrych pomysłów.
W wersji japońskiej dodany jest przyzwoity bonus "Twilight" jako utwór 10.
Album gitarowy, szybki, praktycznie bez wykorzystania instrumentów klawiszowych, bez ballady i wolnych utworów. Bardzo czytelny bas i dobra perkusja, wysokiej klasy solówki.
Wada to jednak pewne zbędne pędzenie do przodu i wciskanie na siłę w jeden utwór zbyt dużej liczby pomysłów, co zamiast urozmaicać, wywołuje czasem wrażenie lekkiego chaosu. Bardzo pozytywne wrażenie robi natomiast klarowne, dopracowane brzmienie.

Ocena: 7.5/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#2
Arthemis - Golden Dawn (2003)
[Obrazek: 30230.gif]

Tracklista:

1. Fire, Set Us Free 04:24
2. Black Rain 04:04
3. The End Of The World 04:18
4. The Traveller 04:13
5. Master Of The Souls 04:53
6. Arthemis 04:14
7. The Axe Is Coming 04:11
8. From Hell To Hell 04:00
9. Golden Dawn 04:21

Rok wydania: 2003
Gatunek: Melodic Power Metal
Kraj: Włochy

Skład zespołu:
Alessio Garavello - śpiew
Andrea Martongelli - gitara
Matteo Ballottari - gitara
Matteo Galbier - bas
Paolo Perazzani - perkusja

Trzeci album Włochów przynosi większe skupienie uwagi na melodyjność w powerowej otoczce. Coś w tym wszystkim jest z POWER QUEST i to słychać. Oczywiście włoskiego grania wciąż więcej i otwierający "Fire, Set Us Free", mimo że stanowi swoistą miksturę, to jednak wciąż przewaga grania włoskiego. Melodyjna, szybka, zgrabna kompozycja daje nadzieję na dobrą płytę. Jedyny zgrzyt to Garavello, uparcie trzymający się wysokich rejestrów... niepotrzebnie. Bardzo dobra muzycznie, powerowa jazda "Black Rain" lekko zepsuta przez zbędne piski. W "The End Of The World" świetne niektóre zagrywki, jak w części z solem neoklasycznym, ale ogólnie nieco chaosu.
Album ogólnie sprawia wrażenie nieco chaotycznego pod względem łączenia stylów i pomysłów. Ktoś mógłby powiedzieć, że przez to jest urozmaicony i nie nuży, jednak obfitość pomysłów, godnych uwiecznienia na dwupłytowym CD, a upchanych w 40 minutach przesadna.
"The Traveller" ma ładną melodię, ale już ani "Master Of The Souls", ani "Arthemis" pod tym względem się niczym nie wyróżniają. W drugiej części płyta siada i mamy bardzo średniej klasy melodyjny power metal z niezłymi solówkami. W tym towarzystwie pozytywnie wyróżnia się szybki "The Axe Is Coming" oraz zdecydowanie inny, balladowy, bluesowy troszkę i jakby teatralny "Golden Dawn" na koniec. To najlepsza rzecz na tym albumie.
Poza drażniącym często wokalem, reszta jest na solidnym poziomie. Ładne sola gitarowe Martongelli i sama współpraca gitarzystów zasługuje na pochwałę. Aktywna sekcja rytmiczna, przy czym bas od czasu wysuwa się do przodu, gęsto wspomagając gitarowe ataki. Brzmieniowo - jak to u ARHTEMIS, też selektywnie i starannie. Pod tym względem zespół nigdy nie nawalił.
Ogólnie dobry album, sporo tu się dzieje... ale ponieważ aż za dużo to...

Ocena: 7/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#3
Arthemis - Back from the Heat (2005)
[Obrazek: 83898.jpg?2939]

Tracklista:

1. Rise Up From The Ashes 03:51
2. Only Your Heart Can Save Us 04:01
3. Free Spirit 03:56
4. Desert Storm 03:52
5. Star Wars 04:34
6. Touch The Sky 03:46
7. Here Comes The Fury 04:14
8. Ocean's Call 03:01
9. The Vampire Strikes Back 05:06
10. Thunder Wrath 04:12

Rok wydania: 2005
Gatunek: Melodic Power Metal
Kraj: Włochy

Skład zespołu:
Alessio Garavello - śpiew
Andrea Martongelli - gitara
Matteo Ballottari - gitara
Matteo Galbier - bas
Paolo Perazzani - perkusja

Czwarty album znanej, włoskiej formacji z wokalistą, występujący także w POWER QUEST i zaraz sprawdza się przysłowie "Miłe złego początki"...
A te początki zwiastują bardzo udany album.
Już na wstępie lekka niespodzianka in plus to "Rise Up From The Ashes" - melodyjny, dynamiczny power metal, oparty o hard rockowe schematy... bardzo fajny numer. Wesoły, zagrany z luzacką radością i do świetne solo gitarowe. Garavello śpiewa nawet tym razem bez pisków .
"Only Your Heart Can Save Us" i dalej prosto, melodyjnie, i do tego żartobliwe odniesienia w riffach do muzyki klasycznej. "Free Spirit" nieco cięższy, ale też całą gamą zagrywek, będących powerową transformacją rocka klasycznego.
"Desert Storm" niestety już słabszy i kompozycyjnie jakby wyciągnięty z płyty poprzedniej.
"Star Wars" z kolei brzmi bardzo przestrzennie i mimo powerowego początku, jest bardziej AOR utworem z wyważonym refrenem, ale niezbyt ciekawym solem, jednym ze słabszych na płycie. "Touch The Sky" jeszcze bardziej idzie w stronę AOR/hard rocka i jest niezły, niestety znów Garavello niepotrzebnie się wspina wysoko. Za to elegancka część instrumentalna godna wyróżnienia. "Here Comes The Fury" to przypomnienie, że panowie też i w POWER QUEST coś robią na boku... ale numer w porządku. Po nim ładna ballada "Ocean's Call" i tu można docenić także bardzo dobrą produkcję tego LP.
"The Vampire Strikes Back" to tylko szybki, melodyjny power metal, nieco podobny do wczesnych nagrań zespołu i bardziej bujający "Thunder Wrath", zamykający album, jest jednak lepszy. Ogólnie jednak druga część płyty mniej interesująca. Początek zwiastował, mimo wszystko, więcej luzu, radości i swobody...
Melodyjny power metal na dobrym, a miejscami bardzo dobrym poziomie, już zupełnie pozbawiony cech progresywnych. Solidne włoskie granie.

Ocena: 7.5/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#4
Arthemis - Black Society (2008)
[Obrazek: 197137.jpg]

Tracklista:

1. Fright Train 04:28
2. Angels In Black 04:09
3. Electri-Fire 04:37
4. Medal Of Honor 04:13
5. Escape 03:43
6. Black Society 07:36
7. Mechanical Plague 03:54
8. Let It Roll 04:06
9. Zombie Eater 05:23
10. Mr. Evil 03:55

Rok wydania: 2008
Gatunek: Power metal
Kraj: Włochy

Skład zespołu:
Alessio Garavello - śpiew, gitara
Andrea Martognelli - gitara
Matteo Galbier - bas
Paolo Perazzani - perkusja

ARTHEMIS kojarzony bywał zazwyczaj z lekka progresywnością, lekką tajemniczością i balansowaniem pomiędzy LABIRYNTH, a głównym nurtem melodic power metalu włoskiego. Jednak rozwijać klawiszowe pasaże i nagrywać wypełnione złożonymi nieraz aranżacjami kompozycje można do czasu, gdy się wyczerpią na to sensowne pomysły lub... gdy moda na podobne granie zaczyna przemijać. Także we Włoszech, gdzie status zespołu był i jest bardzo wysoki, ta fala zainteresowania klawiszowo gitarowym melodic power o progresywnym zabarwieniu zaczęła w końcu opadać i ARTHEMIS, po już nieco odmiennym LP poprzednim, w 2008 zaprezentował zaskakujący album "Black Society". Zaskakujący pod każdym względem, nie tylko z powodu braku klawiszy i ułożonych melodic metalowych refrenów. ARTHEMIS zaczął grać power metal, nie swój własny, ale pożyczony skąd się tylko da, pozbawiony oryginalności i budzący nieodparte skojarzenia z zespołem X lub Y. Power metal jednak nie musi być oryginalny aby niszczyć słuchacza. A ta płyta niszczy.
Wypełniona jest niemal od początku do końca wysokoenergetycznym graniem ze zdecydowaną sekcją rytmiczną i generującym kanonadę metalowych riffów Martognellim, którego po wcześniejszych znacznie łagodniejszych zagrywkach na albumach ARTHEMIS trudno było posądzać o takie zdecydowanie. Nie ma tu nic z ułożonego stylu brytyjskiego POWER QUEST, w którym zarówno gitarzysta jak i wokalista Garavello równolegle występowali w ramach zaciągu zagranicznych pracowników. Owszem, może i inny wokalista by tu zaśpiewał wszystko jeszcze lepiej i ten nie każdemu pasuje pod względem stylu jaki prezentuje, jednak moim zdaniem spisał się tu zdecydowanie powyżej oczekiwań, jakie można mieć w tak zróżnicowanym power metalu, jaki tu w dużej mierze występuje.
Jest w tym graniu dawka pozytywnego zakręcenia zresztą już na samym początku we Fright Train, gdzie jest i prosty przebojowy refren i coś z power thrashowej amerykańskiej stylistyki. Grania na jedno kopyto nie ma, jak to często bywa na podobnych płytach, bo w Angels In Black Włosi przenoszą się nagle do Finlandii i mamy melancholijny suomi metal, taki bardziej pod ENTWINE niż pod SENTENCED. Tu też słychać że Garavello dysponuje głosem stworzonym do takiej muzyki i jako członek Legii Cudzoziemskiej by się odnalazł i w Kraju Tysiąca Jezior. Oczywiście smucić się długo nie wypada i Electri-Fire to już nowocześnie zrobiony power/thrash, gdzie można coś odnaleźć z tego specyficznego nerwowego, ale jakże płynnego riffowania FLOTSAM AND JETSAM. No i ten refren jest tu zrobiony po mistrzowsku. Chórki, zagrywki pod klasyczny heavy metal w powerowej oprawie, piękna podniosła melodia to Medal Of Honor i niemal sabbathowskie przejścia to festiwalu ciąg dalszy. W Escape zaskakują "młodzieżowym" refrenem w stylu BULLETS FOR MY VALENTINE i swobodą rozegrania tego prostego przebojowego kawałka. Coś ze starego ARTHEMIS, ale zagranego ciężej i mroczniej słychać w najdłuższej kompozycji Black Society. Zresztą jakich tu wpływów nie słychać? Jest nawet i typowe dla alternatywnego metalu rozwiązanie partii wokalnych.
Potem już jest melodyjnie i ostro do przodu jak w Mechanical Plague, który brzmi nowocześnie i ponownie ma coś w sobie z tej nowej fali młodych zespołów, o których nie zawsze się mówi że grają metal. Tu jest jednak metal, a w Let It Roll nawet i coś ze speed metalu z dawnych lat, ale bez nadmiaru tej speedmanii, która czyniła czasem tą muzykę mało czytelną. Ta kompozycja jest i melodyjna i czytelna jak cała ta płyta. Także zapożyczenia są czytelne jak to w Zombie Eater, gdzie ARTHEMIS pokazuje jak można zrobić melodic powerowy utwór w oparciu o najstarsze patenty BLACK SABBATH.
No i na koniec mocny strzał w postaci Mr.Evil z wybornym zgraniem może nawet najlepszych na płycie wokali z godnymi podziwu motywami gitarowymi i tu już kłania się nie tylko rokendrol, ale powerowo podany grunge w pewnych przebłyskach. No jak to wspaniale buja.
Znakomity album dograny we wszystkich aspektach, zagrany na luzie i emanujący muzyczną inteligencją.
Takich płyt gdzie przedstawia się znakomitą muzykę nie kryjąc inspiracji nie ma wiele.


Ocena: 9.5/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#5
Arthemis - Heroes (2010)
[Obrazek: 273784.jpg]

Tracklista:
1. Scars on Scars 04:38
2. Vortex 04:52
3. 7Days 04:36
4. This is Revolution 03:45
5. Home 05:51
6. Crossfire 02:47
7. Heroes 06:26
8. Until the End 04:36
9. Resurrection 04:34
10. Road to Nowhere 02:06

Rok wydania : 2010
Gatunek : heavy /power metal
Kraj : Włochy

Skład zespołu:
Fabio Dessi - śpiew
Andrea Martognelli - gitara
Damian Perazzini - bas
Conrad Rontani - perkusja

ARTHEMIS w swoim najsilniejszym składzie utrzymywał się przez lata, stanowiąc na scenie włoskiej jeden z najważniejszych zespołów grających melodyjny power metal w progresywnej miejscami odmianie. w 2008 grupa nagrała bardziej power metalowy album "Black Society" i nagle rozpadła się. Sam na placu boju pozostał tylko gitarzysta Andrea Martognelli i wykazując zarówno silną wole jak i zmysł organizacyjny na przełomie 2009 i 2010 roku zebrał zupełnie nowy skład , złożony z muzyków raczej nieznanych poza grupkami fanów ich wcześniejszych zespołów oraz wokalisty Fabio Dessi , twarzy zupełnie nowej we włoskim metalowym światku.
Martognelli zapowiedział też zmianę stylu muzycznego zespołu , zapowiadany był thrash metal i to mocno ostudziło zapał i zainteresowanie dotychczasowych wielbicieli tego bandu.
Album ukazał się bez wielkiego szumu i pompy w czerwcu 2010 i jakoś przeszedł bez większego echa , a szkoda.
Ten album pokazuje jak powinna wygląd solidna płyta heavy power thrashowa , choć tego thrashu tu tyle co w pewnej riffowej rytmice . Wspaniała część instrumentalna w otwierającym ten album dynamicznym Scar To Scar i nowoczesny wyładowany energią Vortex z niemal modern melodic death metalowej konwencji to godny podziwu początek płyty , różnorodnej i kryjącej liczne niespodzianki.
Sola na tym LP są wyborne , co więcej oddają one ducha starego ARTHEMIS . Bardzo dobrze że Andrea Martognelli zachował ten swój styl zagrywek , naturalnie dostosowany do realiów tego nieco odmiennego grania.
Album nawiązuje w pewnych rozwiązaniach do amerykańskiej stylistyki melodyjnego heavy/power/thrashu w podobnej konwencji i nie tylko , bo mamy tu i groove w melodyjnej odmianie w 7Days, mocne i chwytliwe , a równocześnie wykonane z włoską lekkością i swobodą.
Fabio Dessi... skąd oni wytrzasnęli tego gościa ? Doprawdy był to strzał w dziesiątkę i wydobycie na światło dzienne wysokiej klasy metalowego głosu.Niszczy w każdym możliwym stylu w jakim tu przychodzi zaśpiewać. Głos czysty , męski z rockowym feelingiem , i żaden to tam thrashowy wyjec czy szczekacz.Bardzo dobrze wypada nawet w takim średnio udanym This is Revolution gdzie próba przemycenia akcentów progresywnych z dawnych arthemisowych czasów nie przekonuje mnie. Lepiej to wypada w melodyjnym z lekko radiowym refrenem Home , który nieco zmiękcza ten mocny najeżony ciętymi riffami album.
Crossfire to bardzo udany utwór instrumentalny z gitarą w roli głównej ale i basista tu dokłada swoją cegiełkę. Doły ogólnie są świetne na tym LP a perkusista zazwyczaj niszczy , tym bardziej że blachy są cały czas zawzięcie i sensownie tłuczone.
ARTHEMIS zawsze pod względem brzmienia przodował tak jest i tym razem. Album wyprodukowany z wielką starannością i dbałością o szczegóły tyle że teraz zwrócono uwagę na inne rzeczy niż dotychczas. Ogólnie chyba lepiej brzmi niż CD poprzedni.
Pewne zaskoczenie to Heroes . Tu ujawnia się jednak ciągota do grania starej muzyki ARTHEMIS i to wyraża się w momentami budzącej podziw części instrumentalnej , choć sama główna melodia w tej lekko epickiej konwencji rewelacyjna nie jest.Until the End zaczyna się niewinnie ale potem jest tu wszystko co powinno cechować nowoczesną pół balladę graną przez zespół pretendujący do miana parającego się mocniejszym power. Refren porywający .Resurrection to heavy power thrash pełną gębą ,jedynie zabrakło odrobinę lepszego pomysłu na samą melodię. Refren jest taki dwuczłonowy i nie przystaje do całości.
Spokojne zamknięcie w instrumentalnym Road to Nowhere , który aż się prosi o rozwinięcie , tyle że może na tym LP dwa kawałki w stylu Heroes to by było za dużo.
Pierwsza połowa albumu lepsza , druga dobra co najmniej.
Słychać zarówno świeżość nowej ekipy , jak i jej zaangażowanie.Debiutantów w zespole trema nie zjadła , poczynają sobie śmiało i ten luz jaki jest potrzebny aby podobne granie nie męczyło jest tu obecny niemal cały czas. Płyta jest nieco nierówna to fakt , nie ma tu jednak kompozycji zdecydowanie słabych , nie ma też sztampowego nudnego thrash metalu.
Pewien problem stanowi ukierunkowanie tej muzyki na jakąś określoną grupę słuchaczy. Dla fanów klasycznego euro power metalu może być trochę za ciężka i nowomodna miejscami , ci natomiast którzy oczekują od heavy power thrashu ataku pancernej dywizji na pełnej szybkości też tego nie znajdą. Metal fanów środka , ale chyba także i tych , którym podobał się album poprzedni.
Poziom może nie ten,ale udany start nowej ekipy pod starym szyldem.


Ocena : 8/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#6
Arthemis - We Fight (2012)
[Obrazek: 343779.jpg?3156]

Tracklista:
1. Apocalyptic Nightmare 01:05
2. Empire 05:40
3. We Fight 04:46
4. Blood of Generations 04:10
5. Burning Star 04:08
6. Cry for Freedom 03:51
7. Alone 03:55
8. Reign of Terror 04:26
9. Still Awake 04:47
10.The Man Who Killed the Sun 05:30
11.Metal Hammer 03:48

Rok wydania : 2012
Gatunek : heavy /power/ thrash metal
Kraj : Włochy

Skład zespołu:
Fabio Dessi - śpiew
Andrea Martognelli - gitara
Damian Perazzini - gitara basowa

Paolo Caridi - perkusja

Z nowym perkusistą Paolo Caridi z KILLING TOUCH i z nowymi nadziejami w nowym obranym stylu ARTHEMIS  w roku 2012 prezentuje swój kolejny album. 

Progresywność odeszła w cień definitywnie, a thrashowej rytmiki i energii przybyło.
To już na pewno nie jest grzeczne, to jest agresywne  mocne. Mocne zdecydowane i znakomite w power metalowym refrenie jest natarcie w Empire, choć może trochę za dużo tu stylizacji na FLOTSAM AND JETSAM w motoryce riffów w zwrotkach. W końcu jednak firmują się jako grupa inspirująca się thrashem... We Fight. O tak, walczą, trochę jak BULLET FOR MY VALENTINE czy TRIVIUM, ale po raz kolejny jest mocarna melodia i ważne, że refren autentycznie chuligański i buja jak należy. Oj, Martognelli gitarowo niszczy i dewastuje na tym albumie, gra kapitalne dynamiczne i fantazyjne sola, świeże jak szczypiorek przed sekundą wyrwany z grządki. Monumentalna heavy/power/thrashowa moc wyziera z każdego riffu Blood of Generations i jesli ten numer jest bardzo dobry to i tak blednie przy soczystym, potoczystym Burning Star, mocarnym w akordach i bardzo atrakcyjnym w przebojowej melodi.. ARTHEMIS gra z niezachwianym przekonaniem o słuszności swojej sprawy, sekcja rytmiczna nie daje ani chwili wytchnienia, no i ten niesamowity natchniony Andrea Martognelli.
Żeby nie bylo zanadto nowocześnie jest trochę bardziej tradycyjnego power/thrashu w epickiej odmianie w Cry for Freedom z tradycyjnym heroicznym refrenem. Wypada dwa słowa powiedzieć o Fabio Dessi. Wypada powiedzieć znacznie więcej, ale wystarczy to, że jest znakomity. Panuje, góruje na potężną gitarą,w dowolnym momencie jest w stanie bez problemu stanąć na czele bez żadnego problemu. Dessi rządzi, Desssi dewastuje, tak jak na poprzedniej płycie. Także w agresywnym, nerwowym i pulsującym Reign of Terror, gdzie przemycono śladowe ilości neoklasyki.Still Awake dąży do refrenu i taki jest, modern metalowy, rozległy i potężny. Ten numer ma wspaniały fragment instrumentalny, przed rozpoczęciem solo gitarowego. Co za mocarne patetyczne riffy zagrane na absolutnym luzie!
Do monumentalizmu ciągnie chyba wszystkie włoskie zespoły power metalowe, także ARTHEMIS. Tu proponują łagodny modern monumentalizm w postaci The Man Who Killed the Sun, trochę rockowo alternatywny, ale rock alternatywa nie serwuje takich mocarnych gitarowych zagrywek. Na koniec Metal Hammer. Niemal hardcore w power thrashowej otoczce. Może i kontrowersyjne, ale ostatecznie chwyta za gardło.
Trochę dziwi umieszczenie na tym albumie mdłej raczej mocnej ballady Alone. Typowi fani melodic metalu i AOR i tak raczej po ten album nie sięgną, a poza solem Martognelli i bezbłędnym rockowym śpiewem Dessi nie ma tu nic więcej.

Po raz kolejny ARTHEMIS przedstawił płytę o bardzo dobrym, klarownym, ostrym brzmieniu. Pięknie zrobione zostały doły i to słychać, gdy gitara gra niżej, czasem unisono z basem.
Jest moc, jest melodia, jest doskonały wokal i doprawdy niesamowity tym razem Andrea Martognelli. Jest klimat, jest wyborne zgranie zespołu. Jest wszystko!
Nowy, lepszy "Heroes".

ocena 8,5/10

new 03.01.2019
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości