Briton Rites
#1
Briton Rites - For Mircalla (2010)
[Obrazek: 271803.jpg]

Tracklista:

1. Carmilla 08:22
2. A Meeting In The Woods 09:31
3. Vampire Hunter, 1600 10:05
4. The Right Hand Of Doom 06:38
5. The Exorcism of Tanith 10:39
6. All-Hallowed Vengeance 08:00
7. Karnstein Castle 13:33

Rok wydania: 2010
Gatunek: Doom Metal
Kraj: USA

Skład zespołu:
Phil Swanson - śpiew
Howie Bentley - gitara, gitara basowa
Corbin King - perkusja

Jest to nowy zespół, ten album to jego debiut, ale ludzie którzy tu grają to muzycy na scenie amerykańskiej znani. Wokalista Phil Swanson to jeden z bardziej interesujących "ozzy-podobnych" wokalistów, który udzielał się, bądź udziela w różnych zespołach, gitarzysta Howie Bentley znany jest z uznawanego gdzieniegdzie za kultowy CAULDRON BORN, a perkusista Corbin King pokazał się z bardzo dobrej strony w KINRICK i VAINGLORY.
Co zaprezentował ten skład?
Mamy muzykę bardzo tradycyjną, oparta o wzory BLACK SABBATH z klasycznego składu, umiejętnie wzbogaconą o ten element energii i świeżości jaki w swoim czasie wniósł do grania w stylu BS zespół WITCHFONDER GENERAL.
Komu taka mieszanka pasuje będzie zadowolony, bo kompozycje są mimo znacznej długości ciekawe, zagrane w absolutnie starym starym stylu i mają tą jakże rozpoznawalny brytyjski szlif, mimo, że to przecież produkt z USA.
Bardzo dobre melodie, nie ma też smęcenia i straszenia na siłę, a czynnik psychodeliczny nie przytłacza. Muzycznie granie wyjęte z lat 70tych i dla fanów tych pierwotnych klimatów sabbathowskich przeznaczony.
"Carmilla" jest jak najbardziej sabbathowskim utworem, ma jednak taki spory heavy metalowy szlif w motoryce, niby tradycyjnej dla doom, ale równocześnie nieodległej od NWOBHM w tym okultystycznym odłamie. "A Meeting In The Woods" to sabbathowanie na całego i od takiego grania zaczynał się doom. Momentami się to lekko łamie i jakby potyka o własne nogi, ale słysząc ten główny motyw, będący podstawą najbardziej encyklopedycznego doomowego grania, z uśmiechem wybacza się wszystko. "Vampire Hunter, 1600" to małe doomowe arcydziełko krzyżujące drogi WITCHFINDER GENERAL i COUNT RAVEN. Przy okazji tej kompozycji już można powiedzieć - płyta wypełniona długimi utworami nie musi się dłużyć.
Świetne sola, także basowe, umiejętne wykorzystywanie powtarzających się motywów w kilku konfiguracjach to jedne z najważniejszych atutów tej płyty.
O "The Right Hand Of Doom" wszystko mówi sam tytuł. Taką rękę można śmiało i szczerze uścisnąć... lekko przymykając oko na słyszalne niedoskonałości wokalu chwilami rzecz jasna.
"The Exorcism of Tanith" to 10 minut powolnego miażdżenia ciężkimi ponurymi riffami z narastającym punktem kulminacyjnym i pełne obojętności średnie tempa. Bentley niewątpliwe rozegrał tu najlepszą partię na całym albumie, podkreślając to wybitnej urody zakręconymi solówkami. "All-Hallowed Vengeance" zbudowany na podobnej podstawie niemal równie ciekawy, a jeśli spojrzeć na to przez pryzmat umiejętności przeflancowania konkretnego riffu BLACK SABBATH do własnego ogródka, nawet bardzo ciekawy.
Tu też chyba najbardziej słyszalny jest ten miły dla ucha gitarowy przester, tworzący wrażenie prostoty ale nie prymitywizmu.
Na koniec najdłuższy "Karnstein Castle", gdzie zaśpiewał Bentley. No ciekawy eksperyment.
Jakie tu basy piękne mamy i jakie świetne długie wybrzmiewania. Jak to się dostojnie toczy.
Fajna prosta perkusja. Co do Bentleya to bym jednak wolał żeby Swanson wrócił na czas do studia.
"Nic to", jak mawiał Pan Wołodyjowski.
Tradycyjny doom metal oparty na klasycznych wzorach brytyjskich zagrany przez Amerykanów ma się bardzo dobrze. Nic tu nie ma takiego, czego byśmy już nie słyszeli wcześniej, ale klasyczny doom nie lubi zmian i eksperymentów.
Dla tych zatwardziałych ortodoxów pozycja obowiązkowa.


Ocena: 9/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości