DC4
#1
DC4 - Electric Ministry (2011)
[Obrazek: 313947.jpg?3222]

Tracklista:
1. Wrecktory 01:31
2. Electric Ministry 03:54
3. XXX 04:04
4. Rock God 05:09
5. 25 To Life 04:40
6. Broken Soul 08:31
7. People 04:17
8. The Ballad Of Rock And Roll 05:25
9. Glitter Girl 04:34
10. Sociopath 03:24
11. Dirty Hands 05:25

Rok wydania:2011
Gatunek:heavy metal
Kraj :USA

Skład zespołu:
Jeff Duncan -śpiew, gitara
Rowan Robertson -gitara
Matt Duncan -bas
Shawn Duncan - perkusja

Rowan Robertson na trwałe zapisał się w historii heavy metalu swoim wspaniałym występem na albumie DIO "Lock Up The Wolves" w roku 1990. Gdy Dio rozwiązał ówczesny skład ten młody utalentowany gitarzysta zniknął z horyzontu metalowego na wiele lat i tak na dobrą sprawę do ekstraklasy już nie powrócił. Grupa DC4,którą stworzył wraz z Jeffem Duncanem z ARMORED SAINT w 1997 nigdy nie osiągnęła poziomu popularności macierzystych formacji i nagrywając sporadycznie pewnym uznaniem cieszy się tylko w USA. W długiej karierze DC4 to trzeci album,którego wydanie przeciągnęło się i w którym pokładane były spore nadzieje.
Rzeczywistość jest jednak szara. Istotą muzyki DC4 były proste rytmiczne heavy metalowe kompozycje zahaczające o hard'n'heavy i hard rock w tradycji przeważnie amerykańskiej , zagrane z pasją i gitarowym polotem nawet gdy poziom ich atrakcyjności był co najwyżej średni.
Tym razem jest to płyta sztucznego ożywienia , wykorzystania w tym wszystkim czegoś z groove i doprawdy mało ciekawych melodii. Co więcej ani Duncan ani tym bardziej Robertson nie błyszczą tu swoim gitarowym kunsztem, a styl jaki prezentują jest bardzo uproszczony, żeby nie powiedzieć prostacki. To co w przypadku MOTORHEAD czy grup z kręgu AC/DC jest siłą i urokiem czyli prostota wykorzystanych riffów tu w DC4 przedstawia się jako wada i minus. Monotonne sa te utwory grane w jednym tempie i zamiast bujać irytują ,także fatalnym wokalem Duncana, który brzmi jak człowiek stary i zmęczony ,który próbuje nieskutecznie wykrzesać z siebie resztki energii.
Sztucznie i nieszczerze wygląda ta rock/metalowa zabawa z publicznością , którą na początku zespół próbuje obłaskawić jedynym autentycznie rozbujanym kawałkiem tytułowym "Electric Ministry". Reszta szybszych numerów to szarobury heavy metal zbudowany na dwóch trzech riffach a ponad ośmiominutowy "Broken Soul" z pretensjami na ponurość w wolnym tempie ma tylko skromne przebłyski w melodii refrenu, skutecznie tłumione słabym wokalem. Chyba jeden jedyny raz Robertson gra tu jakieś bardziej wyraziste solo, ale to zużyta kalka tego zagrać potrafił.
Do kompletu fatalna ballada z gitarą akustyczną i pianinem "Dirty Hands" i kompromitujący song festiwalowy "The Ballad Of Rock And Roll'. Po prostu nie ma czego posłuchać na tym albumie. Nie ma ani dobrego heavy metalu ani dobrego rocka.
Grzmiący bas pasuje tu jak pięść do nosa ,gitary są miękkie i mdłe, perkusja brzmi sztucznie a zagrywki klawiszowe wykorzystane w kilku momentach powinny zostać pominięte wstydliwym milczeniem.
Ta płyta to kompletne muzyczne nieporozumienie i zastanawia tylko fakt czemu nie zauważyli tego jej doświadczeni twórcy.


Ocena :2.5/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości