Dragonsclaw
#1
Dragonsclaw - Prophecy (2011)
[Obrazek: 329153.jpg?4052]

Tracklista:
1. Darkness Within 03:21
2. Fight for Your Life 04:07
3. Angels in White 03:40
4. Defenders of the Skies 04:18
5. Prophecy Is a Lie 04:17
6. Life Through Anubis' Eyes 03:56
7. Rising Power 03:50
8. Devil's Firey Dance 03:34
9. The Unknown Horizon 04:02
10. Revolutionary Suicide 08:53

Rok wydania: 2011
Gatunek: Heavy/Power Metal
Kraj: Australia

Skład zespołu:
Giles Lavery -śpiew
Ben Thomas -gitara
Ray Martens - instrumenty klawiszowe
Aaron Thomas - bas, gitara, orkiestracje


Ben Thomas, gitarzysta PAINDIVISION gdzie współpracuje z ze Stu Marshallem w roku 2007 w Sydney stworzył własny projekt muzyczny DRAGONSCLAW, który jednak realne kształty przyjął dopiero w roku 2010 po dołączeniu innych muzyków w tym klawiszowca Ray'a Martensa z PAINDIVISION oraz wokalisty Gilesa Lavery z Nowej Zelandii. Obok niego gościnnie pojawił się także Blaze Bayley ("Prophecy Is a Lie") oraz Alessandro Del Vecchio ( parokrotnie w tym w "Defenders of the Skies").
W pracach nad tym albumem ważną rolę odegrał Stu Marshall, w którego studio dokonano nagrań i który wystąpił również w roli producenta. Płyta została nagrana bez perkusisty i podawany w składzie "Seed" to kolejny przykład wykorzystania automatu perkusyjnego.
Płyta została wydana w Grecji w końcu roku 2011 i w okresie noworocznym przeszła bez większego echa a tymczasem jest to bardzo udany LP z klasycznym heavy/power metalem wzbogaconym o symfoniczne orkiestracje a przy tym bardzo australijski czyli scalający europejską i amerykańską stylistykę gatunku.

Mocne, momentami bardzo mocne gitary dewastujące amerykańską mocą z tłem klawiszowym raczej typowym dla Europy to wyznacznik główny obok wokalisty Lavery o dramatycznym wysokim i bardzo donośnym głosie wybijającym się ponad heavypowerową ścianę. Na pewno jest to odkrycie na miarę większą niż tylko Australia i ten głos ma przed sobą doskonałe perspektywy na przyszłość.
Utwory są zwarte, czasem tylko łamane klawiszowymi pasażami o lekko progresywnym charakterze jak w "Fight for Your Life" nie brak także wolniejszego rytmicznego heavy metalu z długimi wybrzmiewaniami gitar stojącego na pograniczu twardego grania niemieckiego i amerykańskiego ("Angels in White") przeważa jednak lekko epicki dostojny styl zaprezentowany w bardzo mocnej oprawie gitarowej taki jak w "Defenders of the Skies" czy też w "Prophecy Is a Lie". Tu w roli głównej Blaze i mimo że zaśpiewał nieźle zdecydowanie pozostaje w cieniu Lavery. Blaze tu poniekąd trudno poznać po głosie, śpiewa nisko i matowo w operowej manierze - ogólnie raczej nietypowo dla siebie.
Kompozycje poprzecinane są wybuchowymi solami gitarowymi, czasem dosyć złożonymi i niekiedy aż za bardzo jak na styl muzyczny i to tyczy się najbardziej "Devil's Firey Dance" gdzie lepiej wypadają partie klawiszowe. Masywny miażdżący metal pełen dramatyzmu to "Life Through Anubis' Eyes" i kapitalny w gitarowym miarowym motywie głównym i ornamentacjach "Rising Power" gdzie dodatkowo Lavery pokazuje fantastyczne umiejętności w najwyższych rejestrach.
Nieco łagodniejszy wstęp do "The Unknown Horizon" jest trochę mylący bo dalej mocy przybywa , choć jest to na pewno kompozycja najbliższa tradycyjnemu heavy o epickim wymiarze.
Album zamyka bogato zaaranżowany długi "Revolutionary Suicide" z elementami symfonicznymi, delikatniejszym wokalem Lavery, nastrojowy w części pierwszej i ostry, zdecydowanie heavy power metalowy w rozwinięciu ale wyhamowanym symfonicznym interludium z chórami i z pełną dramatycznych popisów wokalnych i gitarowych końcówką.
Mocny ale melodyjny i przemyślany w najdrobniejszych szczegółach heavy power z Australii i takiej płyty z tego kraju w ramach podgatunku jeszcze nie było jeśli nie liczyć ANARION rzecz jasna.W ostatecznym rozrachunku szala przechyla się na stronę USA i to takiego USA bezkompromisowego ale inteligentnego heavy power młodszej generacji bez nadmiernych wpływów lat 80tych. Choć liderem jest Thomas na plan pierwszy wysuwa się niesamowity Lavery i to on właśnie bardzo podnosi wartość tego albumu.
Marshall w roli producenta spisał się znakomicie i album ma brzmienie rozdzierające na strzępy a przy tym niezmiernie czytelne i selektywne.

Heavy/power wysokiej próby z porcją szlachetnych domieszek i jedna z najbardziej wartościowych pozycji w tym gatunku w roku 2011 przywracająca po części wiarę w możliwości australijskiego metalu , który ostatnio przeżywał niestety regres.


Ocena 8,7/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości