Dream Evil
#1
Dream Evil - Dragonslayer (2002)
[Obrazek: 3298.jpg]

Tracklista:

1. Chasing the Dragon 04:01
2. In Flames You Burn 04:34
3. Save Us 03:39
4. Kingdom of the Damned 03:54
5. The Prophecy 04:14
6. The Chosen Ones 05:02
7. Losing You 05:56
8. The 7th Day 03:33
9. Heavy Metal in the Night 04:54
10. H.M.J. 02:46
11. Hail to the King 03:30
12. Outro 00:15

Rok wydania: 2002
Gatunek: Melodic Heavy Metal/Power Metal
Kraj: Szwecja

Skład zespołu:
Niklas Isfeldt - śpiew
Gus G - gitara
Fredrik Nordström - gitara, instrumenty klawiszowe
Peter Stålfors - bas
Snowy Shaw - perkusja (muzyk sesyjny)

W roku 1999, szwedzki producent i multiinstrumentalista, Fredrik Nordström, podczas swego pobytu w słonecznej Grecji, spotkał młodego gitarzystę Gusa G. W tym czasie był to jeszcze muzyk nieznany, utalentowany, ale dopiero czekający na swoją szansę. Panowie pogadali i powstał pomysł założenia zespołu muzycznego, grającego heavy metal. Nordström uruchomił swoje rozległe znajomości i pozyskał do składu wokalistę Niklasa Isfeldta, który miał swój mało znany zespół PURE X, a z Fredrikiem poznał się w czasie nagrywania chórków do debiutu HAMMERFALL, który Nordström wyprodukował.
Tenże Isfeldt zawołał swojego kolegę z PURE X, basistę Petera Stålforsa i pozostała tylko kwestia obsady stanowiska perkusisty. Tu powstał problem, bo Nordstrom chciał kogoś ze znanym nazwiskiem. Jakoś w końcu udało mu się przekonać do tego pomysłu słynnego Snowy Shawa, który jednak nie bardzo miał chęć angażować się w projekt nieznanych szerzej muzyków i ostatecznie zgodził się zagrać na prawach muzyka sesyjnego i wspomóc grupę na ewentualnej trasie promocyjnej, jeśli czas mu na to pozwoli.

W znacznej mierze całe to przedsięwzięcie miało charakter muzycznego żartu, pewnej drobnej kpiny z eksplodującego z ogromną siłą w Szwecji i Europie melodic power metalu i Kultu Stali jako takiego. Panowie przybrali bardzo true metalowe pseudonimy, a zespół nazwali DRAGONSLAYER. Na tą nazwę nie zgodziła się jednak wytwórnia Century Media, obawiając się, że grupa zostanie potraktowana jako kolejny dumny band ze Smokiem w nazwie.
Panowie nie oponowali zbytnio i nazwali się DREAM EVIL, od tytułu jednej z płyt DIO. Część kompozycji była już gotowa wcześniej, samo nagranie odbyło się w roku 2001, czuwał nad wszystkim oczywiście sam Nordström, który zagrał tu też na gitarze i instrumentach klawiszowych.
Album ukazał się w lipcu 2002 i zapewne byłaby to kolejna płyta, która przemknęła w sezonie ogórkowym gdyby... No właśnie, gdyby nie była aż tak dobra, ba, nawet więcej niż bardzo dobra.

Zespół "znikąd" nagle zawojował serca szerokiej rzeszy miłośników melodyjnego heavy metalu i niemal z dnia na dzień uzyskał popularność, o jaką inni zabiegali latami.
W czym należy upatrywać sukcesu tej płyty i tego zespołu? Na pewno w atrakcyjności samych kompozycji, umiejętnym wyważeniu metalowej mocy i rockowej przebojowości, a także w znakomitym wykonaniu i starannej produkcji.
Atutem DREAM EVIL był tu luz i swoboda. Nie był to zespół, od którego niezliczona armia dziennikarzy i krytyków oczekiwała nagle stworzenia arcydzieła, muzycy nie byli obciążeni zaszłościami swojej poprzedniej twórczości, a nad wszystkim dominowała atmosfera zabawy muzyką i metalowej prywatki.
Można by powiedzieć - owszem, ale takich zespołów z luzem, jajem i dystansem było przecież wiele. Było, ale żaden w tak jawny sposób nie czerpał z tego, co najlepsze w metalowej muzyce - ognistych refrenów, rycersko epickich motywów, tradycji power i klasycznego heavy i do tego nie podawał z taką lekkością.
Muzyczny żart, zwłaszcza, gdy obraca się w sferze heavy metalu, może być ciężki, przyciężki i mało śmieszny. Tu żart jest delikatny, inteligentny i na poziomie. Tak jak poziomie jest muzyka DREAM EVIL na tej płycie, będącej kopalnią i skarbnicą metalowych hiciorów niemal od początku do końca.

Paradę otwiera melodyjny, heavy metalowy "Chasing the Dragon" ze wspaniałym, nośnym rockowym refrenem, podanym z metalową ekspresją, gdzie najlepsze tradycje chwytliwego szwedzkiego grania łączą się z nowszymi trendami w metalu o komercyjnym zabarwieniu... Przebojowo? Bardzo.
No to dalej jest "In Flames You Burn", zaczynający się jako akustyczna ballada, ale przekształcający się w powerowy wymiatacz z po prostu niesamowitym refrenem, po prostu niesamowitym i ten zespół patenty na to miał, a szczególnie Isfeldt, bo to jego kompozycja. Trzeba przyznać, że nawet HAMMERFALL w tych swoich rycerskich numerach nie potrafił tak porywać słuchacza w refrenach. Mocarne bębny rozpoczynają pełen ostrych riffów i bojowych męskich chórków "Save Us" i w tych średnich tempach są tu wyborni. No i ta melodia, rozkwitająca dodatkowo w refrenie. Kapitalne.
"Kingdom of the Damned", z nieco progresywną gitarą Gusa w zwrotkach, zamienia się w killer melodic metalowy w refrenie i to zestawienie jest zaskakujące, a przechodzenie od jednego do drugiego motywu niesamowicie płynne. Gus jako kompozytor pokazuje się w niezwykle zgrabnie zrobionym "The Prophecy" ze speed powerowym echami neoklasycznymi i lżejszym refrenem. A wszystko bardzo true i rycersko-epickie, a przy tym jaka lekkość.
Tempo wyhamowują w "The Chosen Ones", gdzie ciepła melancholia i zaduma przeważa, gdzie element fantasy jest wspierany pewną dawką symfoniki i wyjątkowo udanymi chórami, jest jednak wiele miejsca na true heavy metal, utrudzonego bojem ze smokiem rycerza. W dalszej części albumu proponują granie bliższe standardom hard rockowym i melodic metal w balladowym, z pianinem Nordstroma, "Losing You" i "The 7th Day", który pełen jest ostrych riffów Gusa i zadziornego wokalu, ale chyba tu zabrakło tego super nośnego refrenu i jakby odrobinę tu przekombinował Gus w niezbyt dopasowanym solo.
Najsłabszym ogniwem jest prowadzony w średnim tempie, toporny heavy kawałek "Heavy Metal In The Night" i tu jedynie jeden motyw gitarowy Gusa i dobrze dobrany wokal Istfeldta ratuje sytuację. W 100% Gus rehabilituje się jako kompozytor i gitarzysta w "H.M.J", gdzie zastosowano skrót tytułu, aby uniknąć krytyki ze strony osób, czytających tytuły kompozycji bez słuchania muzyki. Zniszczenie i heavy rockowy luz jest niesamowity. Proste, a wybuchowe. Na koniec poprowadzony w średnim tempie, bardzo dobry "Hail to the King" z jednym z najbardziej wpadających refrenów na tym albumie.
Outro zamyka ten LP jako żart, a jest to fragment strojenia instrumentów przez sekcję smyczkową Orkiestry Symfonicznej z Goeteborga, która tu też miała swój udział w nagraniu albumu. Taki sympatyczny gest ze strony Nordströma.

Co o samych muzykach? Wyłącznie dobre rzeczy. Wokalnie Isfeldt wypadł znakomicie i jest to głos stworzony do takiej muzyki. W HAMMERFALL, gdyby nie to, że robił chórki, mógłby spokojnie zając miejsce Cansa. Gus G. gra piękne, różnorodne sola, jest dynamiczny, melodyjny, pomysłowy i pełen inwencji w rozmaitych konwencjach. Sekcja rytmiczna bez zarzutu, a Shaw gra tu z dużym zaangażowaniem, jak na muzyka sesyjnego, dzielnie wspierany przez pozbawionego kompleksów Petera Stålforsa.
Zapewne członkowie grupy nie spodziewali się sami takiego obrotu sprawy. Zamiast muzycznego bandu-joke pojawił się nagle mocny gracz na metalowej scenie, łączący fanów power i melodyjnego heavy, a także tych, który lubią hard rock i rock na wysokim poziomie. Shaw zaskoczony pozostał w składzie i wsparł grupę jako kompozytor na następnej płycie, panowie z PURE X uznali DREAM EVIL za zespół wiodący, a dla Gusa ta grupa stała się odskocznią do dalszej, bogatej kariery. A Nordström? Ten zajęty jegomość też był bardzo zadowolony, że tak bardzo przyczynił się do zabłyśnięcia nowej gwiazdy, jaką stał się DREAM EVIL.

Dziś ten zespół tworzą już częściowo inni muzycy, sama gwiazda nieco przyblakła, ale to wciąż klasowy zespół czołówki, popularny i wypełniający po brzegi sale koncertowe i stadiony. Zespół, grający przyjazny heavy metal, nawet dla tych, którzy heavy metalu nie lubią.


Ocena: 9.2/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#2
Dream Evil - Evilized (2003)
[Obrazek: 13400.jpg?2102]

Tracklista:

1. Break the Chains 03:32
2. By My Side 03:37
3. Fight You 'Till the End 03:52
4. Evilized 04:43
5. Invisible 02:53
6. Bad Dreams 03:08
7. Forevermore 05:08
8. Children of the Night 04:44
9. Live a Lie 03:26
10. Fear the Night 03:47
11. Made of Metal 03:51
12. The End 04:23

Rok wydania: 2003
Gatunek: Heavy Metal
Kraj: Szwecja

Skład zespołu:
Niklas Isfeldt - śpiew
Gus G. - gitara
Fredrik Nordström - gitara i instrumenty klawiszowe
Peter Stålfors - bas
Snowy Shaw - perkusja

Muzyka zaprezentowana na tym LP powiela schematy z płyty poprzedniej. Grupa szeroko czerpie z doświadczeń muzycznych najbardziej znanych zespołów tradycyjnego heavy metalu, dorzuca jednak jak zwykle więcej przebojowości, chwytliwości poniekąd radiowej i luzu wykonania.

Porównując ten LP z debiutem, wyczuwa się lekki brak pomysłów. Przede wszystkim na zabójcze refreny i takich tu nie ma za wiele. Proste jak konstrukcja cepa "Break the Chains" i "By My Side" otwierają płytę heavy metalowo i czadowo, ale już nieco cięższy "Fight You 'Till the End" obnaża niedopasowanie Isfeldta do takiego stylu. Zdecydowanie lepiej wypada on w "Evilized", numerze spokojniejszym, refleksyjnym, o starannie ułożonej melodii. Taka udana próba odejścia od zaraźliwego heavy metalu z debiutu, próba zagrania czegoś innego... Bardzo fajnie, ale mimo wszystko "Invisible" skrojony na miarę hitów z pierwszego LP wywołuje więcej radości. Płyta zaskakuje. Takim zaskoczeniem jest tu "Bad Dreams", ciężki i ponury, intrygujący i z.... solem Gusa, zagranym w stylu Blackmore'a. Tu zadziwiająco dobrze wyszedł też wokal. Myślę, że najlepszy popis Niklasa Isfeldta na tej płycie. Od połowy album "siada". Trochę z ekipy uszło powietrze, heavy metal gdzieś zaczyna ustępować miejsca graniu melodic metal, około hardrockowym klimatom, a nawet lekko pop rockowym. "Forevermore" to niezbyt udany przykład mdłej ballady przy pianinku i wypada nieciekawie przy także raczej spokojnym "The End", który ożywiony jest kontrastowymi partiami delikatnymi i mocnymi w klasycznej, heavy stylistyce. "Live a Lie" z potoczystym refrenem, to ozdoba drugiej części płyty, gdzie niestety mamy też nieudolne "Children of the Night" i "Made of Metal".
Produkcja, nad którą czuwał sam Nordström, znakomita. Wykonanie również.
Szczególnie wybornie wypada perkusja Shawa oraz wokale, z kolei Gus nie wychyla się tu z żadnymi potężnymi ścianami gitar i samolubnymi popisami, tworząc po prostu znakomite gitarowe granie do przedstawionych kompozycji. Ogólnie to Gus pozwala sobie tu jednak na więcej niż na pierwszym krążku, bo parę solówek zadziwia rozwiązaniami nietypowymi dla prostej muzyki DREAM EVIL.

Mimo wszystko "Evilize" pozostawia uczucie niedosytu. Jakby taka nieprzemyślana do końca ta płyta, wypuszczona za szybko i być może z nadzieją, że to, co słabsze, umknie uwadze słuchaczy.

Ocena: 8/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#3
Dream Evil - United (2006)
[Obrazek: 130151.jpg?2246]

Tracklista:

1. Fire! Battle! In Metal! 03:11
2. United 03:33
3. Blind Evil 04:23
4. Evilution 04:28
5. Let Me Out 04:28
6. Higher on Fire 04:29
7. Kingdom at War 03:11
8. Love Is Blind 04:47
9. Falling 04:01
10. Back From the Dead 04:28
11. Doomlord 04:42
12. My Number One (Elena Paparizou cover) 03:09

Rok wydania: 2006
Gatunek: Heavy Metal
Kraj: Szwecja

Skład:
Niklas Isfeldt - śpiew
Markus Fristedt - gitara
Fredrik Nordström - gitara, instrumenty klawiszowe
Peter Stålfors - bas
Patrik Jerksten - perkusja

Nie wnikając w szczegóły przyczyn dużych zmian w składzie trzeba przyznać, że zespół przetrwał kryzys.
Markus Fristedt, jak się okazało, zastąpił Gusa godnie i bezproblemowo. Zresztą nie było to takie trudne, bo Gus G. cudów w tym zespole nie wyczyniał i wystarczyło po prostu wczuć się w ten przebojowy styl DREAM EVIL. Płyta sławi metal. To już na wstępie duży plus, tym bardziej, że jest to sławienie proste i z zachowaniem żartobliwego dystansu do tych rzeczy.
”Fire! Battle! In Metal!” po prostu. Ten otwieracz to cała filozofia zespołu zawarta w 3 minutach. Dynamit w riffach, chwytliwość w melodii, przebojowe natarcie w refrenie.
Album jednak nie jest tym razem po części upozowanym na heavy metal heavy rockiem, jak to bywało na początku. Ciężaru nie brak i lekkiego mroku też nie, jak w „United”, gdzie ten mrok to zwrotki, rozjaśnione ładnie refrenem. DREAM EVIL to jednak przede wszystkim zespół prostego grania. W „Blind Evil” jest szybko, rytmicznie i z radosnym refrenem tym razem. Niesie i buja... po prostu fajne. DREAM EVIL to jednak też zespół nierówny, bo już „Evilution”, poza ekstatycznym okrzykiem Isfeldta na początku, to nic wielkiego. Trochę szkoda wokalisty tym razem, bo śpiewa wybornie do przeciętnej melodii.
”Let Me Out” zaciera nieco tę wpadkę. Jest tu znacznie szybciej i z tym "czymś”, co tak bardzo przykuwało uwagę na debiucie. Początek wspaniały, szkoda tylko, że refren nie jest tak atrakcyjny jakby się chciało. To jeden z nielicznych utworów grupy, gdzie ten refren jest mniej atrakcyjny od melodii w zwrotkach. Ładne solo, ale numer siada trochę przez zbędne w tym przypadku zwolnienie w środku. „Higher on Fire” to po prostu bardzo dobry heavy metal. Rycząca gitara, kroczący riff z echami JUDAS PRIEST i kolejny melodyjny refren.
Na „Kingdom at War” warto było czekać. Taki numer znajduje się na każdej płycie tego zespołu. Bojowa melodia, mocarna gitara i mocarne bębny oraz Odyn w tle. True granie w przystępnej formie i do tego znakomite chórki zagrzewające do walki. Tak się to robi w Szwecji.
”Love Is Blind” to stwierdzenie zapewne słuszne, ale pchanie się zespołu w rejony heavy power już nie bardzo. Wyszło to tylko poprawnie, a nie o poprawne cięższe granie chyba tu chodzi. W „Falling” zaś powerowo, lżej i z rozmachem w refrenie, przejście do którego zrobione na bardzo wysokim poziomie. Aby nie było za lekko, to znów heavy granie w „Back From the Dead”. Sama melodia może za bardzo atrakcyjna nie jest, ale wykonanie pewne i wokalnie po raz kolejny Niklas spisał się na medal.
”Doomlord” bardzo dobry, ale znów jakby brakowało lepszego rozwinięcia po kapitalnym otwarciu, do tego część "gadana" irytująca. Refren pozbawiony jasno sprecyzowanej melodii, co w DREAM EVIL zdarza się rzadko. Taki trochę niedopracowany kawałek i jakby niefortunnie umieszczony na końcu.
Tak zupełnie na końcu mamy cover, co więcej słyszymy tam zarówno Gusa jak i I Shawa. Takie dodatkowe pożegnanie, przy czym nie ośmielam się ich nazwać dezerterami.
Shawa za bardzo nie brak na tym LP. Patrik Jerksten postarał się o atrakcyjne, dynamiczne, ciekawe i sprawnie zagrane partie perkusyjne i odnoszę wrażenie, że więcej wniósł ożywienia swoimi blachami i bębnami niż to robił Shaw.
Reszta ekipy na swoim solidnym bardzo poziomie. Klawiszy to prawie nie ma, a Nordström skupił się na gitarze i... produkcji, co do której trudno wysuwać jakieś zarzuty.
Melodyjny heavy metal oparty na starych dobrych tradycjach, a podany nowocześnie i z nutka humoru.
Jak stwierdziłem na początku - zrobili co należało i obawy czy zespół bez głównych gwiazd sobie poradzi okazały się płonne.


Ocena: 8/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#4
Dream Evil - In the Night (2010)
[Obrazek: 256523.jpg]

Tracklista:

1. Immortal 04:38
2. In The Night 03:15
3. Bang Your Head 03:51
4. See The Light 03:39
5. Electric 03:50
6. Frostbite 03:30
7. On The Wind 03:45
8. The Ballad 04:51
9. In The Fires Of The Sun 04:41
10. Mean Machine 04:05
11. Kill, Burn, Be Evil 02:51
12. The Unchosen One 03:35
13. Good Nightmare 3:58
14. The Return 3:31
(wersja Limited edition digi)

Rok wydania: 2010
Gatunek: Traditional heavy metal
Kraj: Szwecja

Skład zespołu:
Niklas Isfeldt - śpiew
Daniel Varghamne - gitara
Fredrik Nordström - gitara, instrumenty klawiszowe
Peter Stalfors - bas
Patrik Jerksten - perkusja

DREAM EVIL. Zespół, który za sprawą atrakcyjnego składu i pełnego wszelakich heavy metalowych zapożyczeń stylu zdobył w pierwszych latach XXI wieku spora popularność. Potem przyszły lata nieco chudsze, zmienił się skład, i już kompilacyjna płyta "Gold Medal In Metal", a właściwe trzy nowe kompozycje jakie grupa tam zaprezentowała, pokazała, że DREAM EVIL zmierza w kierunku melodyjnego heavy metalu środka, bez ekstrawagancji, bez jawnych, jakże urokliwych cytatów i bez tego luzu jaki cechował ich muzykę z pierwszych płyt.
Album "In The Night" potwierdza, że ekipa Istfeldta obecnie to solidny zespół tradycyjnego heavy metalu i nic ponadto. Prawie dziesięć lat istnienia grupy i wcześniejsze muzyczne doświadczenia jej członków zaowocowały płytą na dobrym poziomie wykonania, starannie wyprodukowaną według nowoczesnych norm, ale zupełnie pozbawioną jakieś tożsamości. Album jest gładki, wypolerowany, dopieszczony... Jest mocny w brzmieniu, ale zarazem miękki i dostosowany do potrzeb masowego odbiorcy, nie tylko typowego melodyjnego heavy metalu, ale i lżejszych rytmów, tyle że poziom tej przebojowości, jaka cechowała ich nagrania wcześniej, jest dużo niższy. Nie można powiedzieć, że Istfeldt źle śpiewa, bo śpiewa bardzo dobrze, podobnie jak dobra robotę gitarowa wykonuje Varghamme. Złego słowa powiedzieć nie można o wkładzie Nordstroma w ten album, a i sekcja rytmiczna jest głośna, pewna siebie i ładnie napędza wiele z kompozycji na tym albumie. Tyle, że tu brak zupełnie jakiegoś elementu zaskoczenia jaki cechował najeżone wyśmienitymi refrenami o często nieoczekiwanych melodiach nagrania z dawnych lat, a wszystko co zostało zaprezentowane jest przewidywalne od początku do końca, obliczone, przeliczone i pozbawione tego "czegoś' co przykuwa uwagę w tradycyjnym heavy metalu na dłużej. Tej płyty słucha się gładko i miło, jednak za chwilę w głowie pozostaje bardzo niewiele, jakieś strzępy refrenów, kilka riffów i to wszystko. Brak też motywacji, aby zaraz posłuchać ponownie, bo ta prawie godzina grania wywołuje lekkie znużenie. Serce bije najmocniej przy dwóch utworach - In The Fires Of The Sun to taki niezwykle udany powrót do przeszłości i tu jest wszystko co cieszyło zawsze w ich muzyce. Dobre tempo bez pędzenia do przodu, typowy refren dla tej ekipy i ten bujający czynnik, który w takim nastawionym na melodię heavy metalu jest niezmiernie istotny. Znak wysokiej jakości postawić można również przy Frosbite, nieco cięższym i trochę agresywniejszym, gdzieś z echami heavy metalu z USA z lat 80tych z bardzo dobrym solem. Zresztą z całą pewnością do Varghamme nie można mieć całościowo żadnych zastrzeżeń.
Niektóre utwory są jednak kompozycjami niewykorzystanych możliwości i to już słychać na samym początku w Immortal o wspaniałym rozpoczęciu i jakimś potem nieciekawym rozwinięciu z niezbyt atrakcyjnym refrenem i zbędnymi chórkami, a przecież i ten numer należy do bardziej udanych na tej płycie.
Z kolei na przykład Kill, Burn, Be Evil jest formą powrotu do grania z Księgi Heavy Metalu, ale wcale nie jest to powrót zanadto atrakcyjny. Tradycyjnie i tym razem zespół proponuje balladę, tym razem z pianinem, łagodną, nastawioną na pokazanie możliwości wokalnych Istfeldta, trywialną do bólu, wywołującą uczucie deja vu, ale co ciekawie słucha się tego z przyjemnością, jak dawno żadnej ballady DREAM EVIL. No i ten oryginalny tytuł The Ballad. Ładne.
Trudno jest odmówić fajnych momentów krótkim, zwartym heavy metalowym numerom, takim jak judasowy Good Nightmare czy On The Wind, ale w zasadzie są one zbudowane z tego co zespół już wyeksploatował wcześniej. Nie można rzecz jasna oczekiwać, że nagle wymyślą proch w tym co grają od lat, ale ta rzemieślnicza prostota nie pozwala dać tym utworom jakieś niezwykle wysokiej oceny. Próby przemycenia łatwej przebojowości zazwyczaj się udają, tak jak w See The Light i przez to płyta nieco zyskuje. Reszta utworów jest co najwyżej dobra, trochę zapycha ten CD, trochę rozwadnia to co najlepsze. Zależnie od nastroju coś tam w danym momencie chwyta bardziej, ale nastrój na słuchanie tej płyty nie przychodzi za często.
Tak to już jest z albumami dobrymi, nagranymi przez kompetentne na swoim poletku zespoły, które wkładają w granie za mało serca, a za dużo rutyny.


Ocena: 7/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#5
Dream Evil - Six (2017)
[Obrazek: 640519.jpg?1958]

Tracklista:

1. Dream Evil 05:19
2. Antidote 03:24
3. Sin City 04:55
4. Creature of the Night 04:44
5. Hellride 03:40
6. Six Hundred and 66 03:40
7. How to Start a War 04:18
8. The Murdered Mind 03:13
9. Too Loud 03:45
10. 44 Riders 04:57
11. Broken Wings 04:09
12. We Are Forever 05:11


Rok wydania: 2017
Gatunek: heavy/power metal
Kraj: Szwecja

Skład zespołu:
Niklas Isfeldt - śpiew
Markus Fristedt - gitara
Fredrik Nordström - gitara, instrumenty klawiszowe
Peter Stalfors - bas
Patrik Jerksten - perkusja

Po roku 2010, gdy za sprawą albumu "In The Night" popularność tego nastawionego przecież na pełne stadiony zespołu zaczęła słabnąć lider Nick Night czyli Niklas Isfeldt na jakiś czas odpuścił i DREAM EVIL niczego nie nagrywał.
Odszedł Daniel Varghamne, powrócił w w 2013 Markus Fristedt i to właściwie wszystkie wieści o DREAM EVIL przez siedem lat. W końcu jednak wypadało nagrać coś nowego.
No i nagrali.

Jeśli ktoś narzekał na lajtowy heavy metal środka i stadionów z "In The Nihgt" to teraz narzekać już nie może. Mamy tu heavy/power metal z ryczącymi ogłuszająco gitarami w stylu wczesnego MYSTIC PROPHECY, dudniący na poziomie infradźwięków bas i potężną perkusję mogącą przywrócić słuch głuchemu lub ogłuszyć tych ze słuchem wrażliwszym.
No i mamy też Isfeldta śpiewającego nad wyraz wyraźnie, nad wyraz dokładnie i grzecznie, i starannie jak uczeń śpiewający hymn na uroczystej akademii z okazji rozpoczęcia roku szkolnego. Tylko chwilami i momentami jest bardziej plastyczny, ożywiony i podobny do siebie.
W sumie ma tu niczego więcej ponadto. No fakt, jest tu dwanaście numerów z kategorii heavy metal z elementami power, nudnych, sztampowych, opartych na ogranych przez wszystkich riffach, ulatujących z pamięci w chwile po zakończeniu każdego z nich, nie mówiąc już o całej płycie. Brak refrenów, którymi niegdyś DREAM EVIL porywał, ba, brak nawet takiego przyjemnego, relaksującego melodic metalu z LP poprzedniego, bo przecież nie o takie coś chodzi jak  Sin City.Ani o taki płaski numer jak Creature of the Night. Dawno nie słyszałem podobnego knota w tej kategorii. Napuszone, napompowanie sterydami granie o niczym, monotonne, a uważny słuchacz dostrzeże nawet autokopiowanie w obrębie zaprezentowanych kompozycji. Takie coś jak Hellride czy The Murdered Mind jest nie do przyjęcia. No nie róbmy z metalu parodii.
Prymitywne granie w Dream Evil, w Antidote, w 44 Riders. Paskudne chóry, często brzmiące jak z beczki lub piwnicy, ale to chyba tak miało właśnie być.

Manieryczny Niklas Isfeldt został niestety tak ustawiony, że słychać go nawet na sąsiedniej ulicy i rozwalające mózg gitary nie są w żaden sposób w stanie go zagłuszyć. Pod tym względem producent i mistrz dźwięku Niklas Isfeldt spisał się rewelacyjnie.Jako kompozytor nie wyszedł poza miałką poniżej przeciętność. Owszem, są pewne przebłyski w We Are Forever, gdzieś tam jeszcze, ale masa metalowej szarzyzny przytłacza wszystko.
Marne, kompromitujące sola gitarowe, Markus Fristedt nic nie wnosi, Fredrik Nordström po prostu gra i może tylko sekcja rytmiczna coś tam próbuje zrobić więcej ponad minimum. Co tu jednak można zrobić więcej do takiej muzyki...
Przykro jest tak surowo oceniać album tak zasłużonego zespołu, ale to jest po prostu słabe, pozbawione pomysłów granie, które się DREAM EVIL nie powinno przydarzyć.
To nie przystoi ludziom, którzy kiedyś stworzyli album "Dragonslayer". DREAM EVIL się wypalił twórczo, ta długa przerwa nie przyniosła niczego pożytecznego i takie coś jak "Six" nie powinno się nigdy ukazać.


ocena 3,9/10

new 22.10.2018
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości