Judas Priest
#1
Judas Priest - Rocka Rolla (1974)
[Obrazek: 431.jpg]

Tracklista:

1. One For The Road 04:39
2. Rocka Rolla 03:02
3. Winter 01:46
4. Deep Freeze 01:20
5. Winter Retreat 03:27
6. Cheater 02:57
7. Never Satisfied 04:53
8. Run Of The Mill 08:34
9. Dying To Meet You 06:18
10. Caviar And Meths 02:05

Rok wydania: 1974
Gatunek: Heavy Metal
Kraj: Wielka Brytania

Skład:
Rob Halford: śpiew, harminijka
Glenn Tipton: gitara
K.K. Downing: gitara
Ian Hill: bas
John Hinch: perkusja

W 1974 brytyjski zespół Judas Priest, który zdobył już pewne grono fanów w swoim kraju, wyruszył na trasę koncertową do Niemiec i Holandii. Po powrocie grupie udało się podpisać kontrakt płytowy z małą lokalną wytwórnia płytową Gull, która wnet wydała debiutancki album Anglików zatytułowany 'Rocka Rolla'. Złożyły się na niego przede wszystkim kompozycje, które powstały już czasie, gdy wokalistą kapeli był Rob Halford, chociaż kilka - w tym 'zimowa trylogia' czy instrumentalny 'Caviar And Meths' - stanowiły jeszcze plon współpracy Downinga i Hilla z poprzednim wokalistą Alanem Atkinsem.

Spory wkład w ostateczny kształt umieszczonych na płycie utworów miał gitarzysta, Glenn Tipton - świeży nabytek grupy. Jego udział jako drugiego gitarzysty miał wzmocnić i wzbogacić brzmienie na tym albumie, ale czy to się udało? Patrząc z perspektywy czasu na te utwory grane na średnich tempach, o rwanych riffach i dużej ilości niezagospodarowanej przestrzeni w obrębie poszczególnych kompozycji, to nie do końca wytrzymały one próbę czasu. Dotyczy to zwłaszcza 'Rocka Rolla', 'Cheater' czy 'Never Satisfied', w którym co prawda zakończenie jest znakomite i mnie zapadło w pamięć najbardziej chyba ze wszystkiego, co Judas Priest przedstawił na tej płycie. 'One For The Road' wypada bardzo przyzwoicie zwiastując coś dobrego na przyszłość, wtedy jeszcze dla zespołu bardzo nieokreśloną. 'Dying To Meet You' składający się jakby z dwóch odrębnych części, nagradza cierpliwość słuchacza dopiero w tej drugiej, ale w sumie jest też tylko przeciętną, wczesno metalową kompozycją. 'Winter' z przyległościami to typowy produkt tamtej epoki - wyrastający nieco z doświadczeń wczesnego UFO. Kompozycja niby złożona, ale jednak nieuporządkowana. Momentami frapuje, a momentami odrzuca. Niefortunna to raczej próba wkroczenia na ścieżki art rocka. Inaczej sprawa wygląda z 'Run To The Mill'. Zazwyczaj się tego utworu nie docenia, a szkoda. Długa, łagodna, a przecież równocześnie pełna wewnętrznej siły kompozycja z klawiszowymi ozdobnikami Tiptona i doskonałym śpiewem Halforda podnosi wartość tego albumu.

Cała płyta jest w zasadzie wewnętrznie niespójna. Podkreślam – niespójna, a nie zróżnicowana. Doskonałe i żenująco słabe fragmenty przeplatają się nieustannie nasuwając nieodparte wrażenie pośpiechu i niedopracowania zamieszczonego materiału. Wszystko niby poprawne, gitary, sekcja rytmiczna i wyeksponowany wokal Halforda, ale czy do końca przekonywujące? Ubogo ten album wygląda przy pochodzących z tego okresu płytach Wielkiej Trójki czy wysmakowanych kompozycyjnie dokonaniach art rockowych formacji. Heavy metal rodził się jednak dopiero i aby zostać dostrzeżonym musiał przejść jeszcze stosunkowo długą drogę. Debiut Judas Priest pozostał prawie niezauważony przez rockową publiczność. Na szczęście zespół nie poddał się i nie stał kolejną zapomnianą kapelą z zamierzchłej przeszłości.

Do "Painkillera" droga była jednak jeszcze bardzo daleka....


Ocena: 6/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#2
Judas Priest - Sad Wings of Destiny (1976)
[Obrazek: 432.jpg]

Tracklista:

1. Prelude (Instrumental) 02:01
2. Tyrant 04:29
3. Genocide 05:46
4. Epitaph 03:08
5. Island of Domination 04:25
6. Victim of Changes 07:54
7. The Ripper 02:51
8. Dreamer Deceiver 05:54
9. Deceiver 02:43

Rok wydania: 1976
Gatunek: Heavy metal
Kraj: Wielka Brytania

Skład zespołu:
Rob Halford - śpiew
Glenn Tipton - gitara
K.K. Downing - gitara
Ian Hill - bas
Alan Moore - perkusja

Debiut JUDAS PRIEST "Rocka Rolla" nie wzbudził żadnego zainteresowania ani w Wielkiej Brytanii, ani za granicą, choć na festiwalu rockowym w Reading w roku 1975 zespół został przyjęty ciepło. Kondycja finansowa grupy była bardzo zła, co tez było powodem odejścia perkusisty Johna Hincha. Zastąpił go Alan Moore, który już wcześniej w JUDAS PRIEST występował przez krótki czas. Równocześnie zespół pracował już nad kolejnym LP i ukazał się on w 1976.

"Sad Wings Of Destiny" w stopniu znacznie większym niż debiut wyrażał heavy metalową orientację grupy, a same kompozycje tworzyły zwartą całość i już nie sprawiały wrażenia zestawu nieco przypadkowo dobranych utworów.
JUDAS PRIEST nie odżegnał się jednak od wykorzystania elementów typowo rockowych, a nawet można by powiedzieć artrockowych i zarówno "Prelude" jak i "Epitaph" są tu pewną klamrą spinającą heavy metalowy charakter pozostałych kompozycji. Pewnym pokłosiem stylistyki debiutu jest złożony z dwóch części "Dream Deceiver/Deceiver", gdzie poziom skomplikowani aranżacji jest dosyć wysoki i łączenie art rockowych elementów z heavy metalowymi przypomina Zimową Opowieść z debiutu.
W pozostałych numerach wyrażona jednak została już estetyka heavy metalu w czystej postaci, gdzie najważniejszy jest rytm i atak dwóch gitar, tym razem już bardzo śmiały i zdecydowany.
Tipton i Downing chyba jako pierwsi stworzyli podstawy takich dwu gitarowych natarć i dialogów w heavy metalu i utwór "Tyrant" to również jeden z pierwszych, w którym w czystej postaci pojawia się heavy metal dynamiczny, szybki i bardzo skomasowany w formie, dający w przyszłości podstawy do stworzenia najbardziej rozpoznawalnych cech stylu heavy power.
JUDAS PRIEST pokazał również mimochodem, jak ważna jest jasno określona, oparta o uzupełnienie motywu głównego wyrazistym refrenem melodia, bo już zbudowany na przecież podobnym jak "Tyrant" schemacie "Genocide" nie ma aż takiej mocy i siły oddziaływania.
JUDAS PRIEST pokazał również, że dynamiczny heavy metal można rozbudowywać o kompozycje dłuższe, gdzie serie powtarzanych riffów są przetykane mini interludiami i ozdobnikami, a całość ma charakter pewnej opowieści z jasno zaznaczonym finałem, jak to ma miejsce w "Victim Of Changes". Bardzo dobrze wypadł również "The Ripper", krótki i treściwy, stanowiący udoskonaloną wersję stylistyki chociażby "Cheater" z debiutu.

Zespół zaprezentował się tym razem bardzo pewnie. Dobrze zagrał Moore, w sposób prosty, uzupełniając gitarowe ataki, choć te jeszcze nie miały takiej siły rażenia, jak w latach następnych. Starannie dobrane sola są ozdobą wielu utworów i wskazują kierunek, w jakim zespół poszedł pod tym względem we wszystkich następnych latach. Dialogi, pojedynki, wymienność funkcji.
Halford jako wokalista jest zdecydowanie pewniejszy niż na "Rocka Rolla" i tu już mamy wokal mocny, heavy metalowy i znakomity, wzbogacony dawką patosu "Island Of Domination" to przede wszystkim popis samego Halforda właśnie.
Rzecz jasna kompozycje z tej płyty można było wykonać i agresywniej, tak się stało na koncertowym LP "Unleaded In The East", jednak w realiach roku 1976 ten album był wypełniony muzyką prostą, brutalną i hałaśliwą. Płyta nadal nie przyniosła grupie sukcesu i JUDAS PRIEST popadł w poważne kłopoty finansowe.
"Sad Wings Of Destiny" zdobył uznanie dopiero po kilku latach, gdy ekipa z Birmingham stała się sławna i szanowana, obecnie można ją uznać za prekursorski przykład heavy metalu "tradycyjnego" w czystej postaci.


Ocena: 8/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#3
Judas Priest - Sin After Sin (1977)
[Obrazek: 433.jpg]

Tracklista:

1. Sinner 06:45
2. Diamonds and Rust (Joan Baez Cover) 03:28
3. Starbreaker 04:53
4. Last Rose of Summer 05:40
5. Let Us Prey / Call for the Priest 06:14
6. Raw Deal 06:00
7. Here Come the Tears 04:37
8. Dissident Aggressor 03:09

Rok wydania: 1977
Gatunek: Heavy Metal
Kraj: Wielka Brytania

Skład zespołu:
Rob Halford - śpiew
Glenn Tipton - gitara
K.K. Downing - gitara
Ian Hill - bas
Simon Phillips - perkusja

Po wydaniu dwóch płyt w latach 1974-1976, JUDAS PRIEST nadal pozostawał zespołem nieznanym i skromnie pozostającym w cieniu innych. Poważne problemy finansowe w pewnym momencie postawiły jego dalsze istnienie pod znakiem zapytania, wtedy jednak udało się podpisać kontrakt z dużą wytwórnią CBS i kolejny album mógł się ukazać przy większej promocji i większym budżecie.

Zespół kontynuował na "Sin After Sin" granie heavy metalu i co więcej kompozycje na ten album zostały pod względem zestawu dobrane w jeszcze bardziej "klasyczny" dla takich płyt sposób. Pojawia się tu i ballada i cover, ale przede wszystkim jest heavy metal atrakcyjny i urozmaicony.
Otwierający "Sinner", oparty na powtarzanej kombinacji prostych riffów to bardzo dobra kontynuacja kompozycji podobnych z płyty poprzedniej, natomiast "Let Us Prey" to już więcej ekspresji w podaniu nieskomplikowanej melodii. Jeszcze raz wykorzystany został także element łączenia w jedno części muzycznie przeciwstawnych stylistycznie, jak to ma miejsce w w "Call For The Priest/Raw Deal" i tym razem trafili w tym połączeniu idealnie, prezentując kompozycje zarówno finezyjną, jak i bardzo dopracowaną. Pewnego prymitywizmu i toporności nie ustrzegli się jednak w słabszym wyraźnie od pozostałych heavy killerów "Starbreaker", gdzie dodatkowo niezbyt udany refren pogłębia wrażenie, że utwór ten nie został do końca przemyślany.
Jak grać heavy metal agresywny i ostry pokazali w kapitalnym "Dissident Aggresor". Ten utwór w swej prostocie jest genialny, a ile dodatkowej agresji i brutalności można z niego jeszcze wydobyć pokazał SLAYER w swoim słynnym coverze tego numeru.
Sam JUDAS PRIEST na ten LP dobrał cover znakomicie, przekształcając "Diamond And Rust" J.Baez w niezmiernie wysmakowany i elegancji utwór o zdecydowanie heavy metalowej orientacji.
Do najlepszych kompozycji na płycie należy również "Here Come The Tears", gdzie w pewnym stopniu JUDAS PRIEST kładzie podwaliny pod mroczny i bardzo melodyjny przy tym heavy metal, jaki prezentowali w wielu kompozycjach w latach 80-tych.
Można by powiedzieć album bez wad, gdyby nie balladowy "Last Rose The Summer". Ten numer na płycie się znalazł... Niestety. Miał to być ukłon w stronę słuchaczy łagodnych form rocka i próba zainteresowania tym, co grają, szersze grono konsumentów muzyki, ale zupełnie nieudana. Jest to jeden z najsłabszych utworów JUDAS PRIEST zaprezentowanych na płytach grupy.

Poziom wykonania jest tym razem jeszcze wyższy niż poprzednio. Słychać, że to zespół zgrany i doskonale się rozumiejący, a duet gitarzystów poczyna sobie bardzo śmiało w solach i wzajemnym uzupełnianiu się.
Znakomite są partie perkusji słynnego pałkera Simona Philipsa, który poratował zespół w studio, bo Alan Moore po raz drugi opuścił kolegów przed rozpoczęciem sesji nagraniowej. Wysmakowana i pełna finezji gra Philipsa to wielka zaleta tej płyty i do czasów Travisa najlepsze partie tego instrumentu na krążkach JUDAS PRIEST. Do tego pewny siebie Halford, no poza nieudanym śpiewaniem w "Last Rose In Summer" oraz bardzo dobra produkcja, za którą odpowiedzialny był Roger Glover.
Ta płyta, wsparta odpowiednią promocją i występami na żywo, także na trasie koncertowej po USA, wreszcie przyniosła zespołowi upragniony sukces i pieniądze. Zespół z pozyskanym już kolejnym perkusista Lesem Binksem mógł spokojnie zabrać się za przygotowanie następnego albumu.


Ocena: 8.3/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#4
Judas Priest - Stained Class (1978)
[Obrazek: 434.jpg]

Tracklista:

1. Exciter 05:34
2. White Heat, Red Hot 04:21
3. Better by You, Better Than Me (Spooky Tooth Cover) 03:25
4. Stained Class 05:20
5. Invader 04:16
6. Saints in Hell 05:31
7. Savage 03:27
8. Beyond the Realms of Death 06:55
9. Heroes End 05:04

Rok wydania: 1978
Gatunek: Heavy metal
Kraj: Wielka Brytania

Skład zespołu:
Rob Halford - śpiew
Glenn Tipton - gitara
K.K. Downing - gitara
Ian Hill - bas
Les Binks - perkusja

W roku 1978, JUDAS PRIEST miał już dosyć mocną pozycję na rockowym i metalowym rynku po obu stronach Oceanu i teraz na kolejny album czekała z zainteresowaniem nie tylko skromna grupa wiernych od lat i oddanych fanów z Birmingham. Nowym perkusistą został Les Binks, który dobrze się zaprezentował na tournee po USA w 1977, zespół szybko też przygotował zestaw kompozycji na następny LP.
Może trochę za szybko.

Płyta została skrojona według recepty z roku poprzedniego, zrezygnowano jedynie z typowej ballady rock/metalowej, choć kompozycji bardzo spokojnej nie zabrakło. Zabrakło jednak wystarczającej ilości pomysłów na numery naprawdę atrakcyjne w rodzaju "Dissident Aggressor" i pojawiło się tu trochę heavy metalu miejscami zbyt ugładzonego, a miejscami mało atrakcyjnego pod względem melodii. Otwarcie jest znakomite i wielce obiecujące w postaci dynamicznego "Exciter", gdzie zespół nie daje przez pięć minut chwili wytchnienia ani sobie, ani słuchaczom i jest to kwintesencja stylu JUDAS PRIEST w dynamicznych kawałkach z lat 70-tych.
Już jednak tytułowy "Stained Class", choć bardzo dobry, nie ma w sobie takiej iskry, podobnie jak "Savage", gdzie postawiono na prosty, ale bardzo wyrazisty refren. Tam, gdzie nie ma nadmiaru energii, ale jest ciekawy motyw główny, jak w "Saints In Hell", JUDAS PRIEST gra bardzo dobry, typowy heavy metal, jednak już "Heroes End" to numer o klasę słabszy i brak tu jakiegoś konkretnego punktu zaczepienia. Bardzo spuszczają z tonu w słabym po prostu "Invader". Pewną dozę rocka w heavy metalowej oprawie przemycają w dobrym i tylko "White Heat, Red Hot" i utwór ten jest poniekąd wyrażeniem tej łagodniejszej rock/metalowej strony JUDAS PRIEST, jaka ujawniła się w latach 80-tych, choć w większym jeszcze stopniu.
Jako cover wybrany został utwór SPOOKY TOOTH i po raz kolejny JUDAS PRIEST pokazał się jako mistrz metalowych adaptacji, rozgrywając ten numer w porywający, dynamiczny sposób.
Perłą na tym albumie jest stworzony przez Halforda i Binksa "Beyond The Realms Of Death", utwór zarazem łagodny i ciężki, zarazem monumentalny i balladowy, który stał się wzorem takich właśnie dostojnych metalowych songów wszystkich następnych dekad. Wart dodać, że to jedyny utwór w historii zespołu, gdzie wkład kompozycyjny (przynajmniej oficjalnie) miał perkusista.

Słuchając tej płyty i odnosząc ją do poprzedniej, można odnieść wrażenie, że wszystko to zostało zagrane w sposób prostszy i z mniejszym jednak zaangażowaniem niż na "Sin After Sin". Po części wynika to może z uproszczenia samych kompozycji, jednak słychać, że i sola tym razem nie mają w sobie tyle pasji i pomysłów oraz Halford, choć śpiewa bardzo dobrze, nie wkłada tu aż tyle serca i gardła, co na albumie poprzednim.
Spory budżet zapewnił bardzo dobrą produkcję i można już mówić o pewnym jasno określonym soundzie JUDAS PRIEST.
Płyta wspierana kampanią promocyjną sprzedawała się bardzo dobrze, a pozycja zespołu została ugruntowana i oparta na solidnych fundamentach.
JUDAS PRIEST dołączył do metalowej brytyjskiej czołówki i jako jeden z niewielu zespołów z Anglii cieszył się także dużą popularnością w USA.


Ocena: 7.7/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#5
Judas Priest - Killing Machine (1978)
[Obrazek: 514J9hSJ5yL._SL500_AA300_.jpg]

Tracklista:

1. Delivering the Goods 04:16
2. Rock Forever 03:20
3. Evening Star 04:05
4. Hell Bent for Leather 02:39
5. Take on the World 03:02
6. Burnin' Up 04:00
7. Killing Machine 03:02
8. Running Wild 02:57
9. Before the Dawn 03:22
10. Evil Fantasies 04:14

Rok wydania: 1978
Gatunek: Heavy Netal
Kraj: Wielka Brytania

Skład zespołu:
Rob Halford - śpiew
Glenn Tipton - gitara
K.K. Downing - gitara
Ian Hill - bas
Les Binks - perkusja

Rok 1978 był dla JUDAS PRIEST przełomowy. Mało znana lokalna grupa stała się nagle rozpoznawalna i popularna, a liczne koncerty w kraju i zagranicą, wsparte umiejętnie prowadzoną kampanią promocyjną, stanowiły dodatkowy atut.
Zespół postanowił pójść błyskawicznie za ciosem i jeszcze w tym samym, 1978 roku, gdy pojawił się album"Stained Class", przedstawił kolejny LP, powtarzając tym samym wyczyn DEEP PURPLE z roku 1974.

Płyta w związku z popularnością JUDAS PRIEST w USA miał swoje oddzielne wydanie amerykańskie pod zmienionym tytułem " Hell Bent For Leather" w marcu 1979 z dodatkowym bonusem w postaci coveru rockowej klasyki "The Green Manalishi" FLEETWOOD MAC, który po raz kolejny pokazał zdumiewający talent grupy do metalowych interpretacji kompozycji, z metalem nie mających praktycznie nic wspólnego.
Płyta promowana była singlem z kapitalnym metalowym hymnem koncertowym "Take On The World" z fantastycznym refrenem i zdominowanie wszystkiego przez potężną perkusję, jakiej dotąd się w zasadzie nie słyszało. Ta kompozycja stanowi bardzo mocny punkt płyty, była też pierwszym utworem grupy, który wysoko zawędrował na brytyjskie listy przebojów stacji radiowych.
Płyta została bardzo starannie przemyślana i to słychać i widać w zestawie utworów. Tym razem grupa zrezygnowała całkowicie z numerów długich i rozbudowanych, zamykając swoje pomysły w zwartych, trwających przeważnie koło trzech minut utworach, całkowicie niemal zdominowanych przez dynamiczny heavy metal. Niemal, bo jest tu także niestety wyjątkowo nieudany, spokojniejszy i mało atrakcyjny pod względem melodii "Evening Star", trywialny rockowy kawałek, w jakim JUDAS PRIEST nie jest w stanie zaprezentować nic interesującego. Jest tu jednak wspaniała metalowa ballada "Before The Dawn", być może najlepsza w ich karierze, gdzie piękna melodia idzie w parze z emocjonalnym, starannym wykonaniem wokalnym.
Standardowe numery heavy metalowe nie schodzą poniżej dobrego poziomu i tak dobry trzyma i otwieracz "Deliver Of The Gods", i utwór tytułowy "Killng Machine".
JUDAS PRIEST potrafi być na tym albumie drapieżny, grając nie za szybko w " Evil Fantasies', potoczysty w riffach jak w "Running Wild" i rockowo rozbujany w "Burnig Up", a zwłaszcza w niezwykle przebojowym "Rock Forever". Może to i kompozycja lekko komercyjna, ale to numer wyborny z bardzo dobrze dobranym "łatwym" refrenem. Ozdobą tego LP jest mega killer "Hell Bent For Leather", nieco ponad dwie minuty esencji heavy metalu w szybkim tempie, absolutny klasyk dziś i wielokrotnie przypominany w formie coverów przez zespoły grające od hard rocka po death i black metal.
Uniwersalne wyrażenie idei muzyki metalowej, bez wątpienia.

Pod względem wykonania ta płyta cechuje się wyjątkową swobodą, luzem, lekkością i pewnością siebie. Oni się tu po prostu bawią muzyką, prześcigają w realizacji różnych pomysłów, są wszyscy w wyśmienitej formie, z Halfordem na czele, który śpiewa różnorodnie i w oderwaniu od prostych schematów.
Całości dopełnia mocne, rasowe brzmienie, nieco lepsze niż na "Stained Class", zwłaszcza jeśli chodzi o ustawienie gitar i umocowanie w tym wszystkim głosu wokalisty.
Przymykając nieco uszy na "Evening Star" można spokojnie uznać ten album za jeden z najbardziej udanych w pierwszym okresie działalności grupy.
Płyta z muzyką świeżą i heavy metalem niewymuszonym. Album zdobył duże uznanie i popularność, otworzył także zespołowi drogę na rynek japoński.
W 1979 JUDAS PRIEST zarejestrował tam właśnie swój pierwszy album koncertowy, na którym jednak paradoksalnie znalazła się tylko jedna kompozycja z "Killing Machine".


Ocena: 8.4/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#6
Judas Priest - British Steel (1980)
[Obrazek: 437.jpg]

Tracklista:

1. Rapid Fire 04:06
2. Metal Gods 04:01
3. Breaking the Law 02:35
4. Grinder 03:57
5. United 03:34
6. You Don't Have to Be Old to Be Wise 05:04
7. Living After Midnight 03:31
8. The Rage 04:45
9. Steeler 04:29

Rok wydania: 1980
Gatunek: Heavy Metal
Kraj: Wielka Brytania

Skład zespołu:
Rob Halford - śpiew
Glenn Tipton - gitara
K.K. Downing - gitara
Ian Hill - bas
Dave Holland - perkusja

Gdy w 1980 roku nadciągnęła lawina NWOBHM, JUDAS PRIEST był jednym z nielicznych obok BLACK SABBATH zespołów, które w jakiś sposób postanowiły zachować swoje metalowe pozycje na brytyjskim rynku. W tym czasie nowi idole pojawiali się masowo, trwali na szczycie lub byli tylko kometą, która przemknęła po metalowym nieboskłonie.
JUDAS PRIEST był zespołem o ugruntowanej pozycji z rzeszą oddanych fanów i płyta w roku 1980 musiała się pojawić, bo młodzi atakowali coraz śmielej, co więcej, z coraz lepszą muzyką. Sam tytuł albumu, "British Steel", gdy się bardziej zagłębić w jego sens, jest nieco przewrotny, bo judasi muzyką zawartą na tym krążku przedstawiają własną wizję brytyjskiej muzycznej stali, nie do końca zgodną z obowiązującą wówczas modą. Powszechnie pokutuje pogląd, że tym LP zespół próbować się wbić w styl NWOBHM. Nic bardziej mylnego, JUDAS PRIEST grał tu nadal swój british heavy metal i ta płyta jest logiczną kontynuacją albumów poprzednich, szczególnie dwóch poprzednich, gdzie zrezygnował ostatecznie z form złożonych i rozbudowanych, na rzecz agresji i prostoty przekazu.
JUDAS PRIEST na tym albumie zaprezentował muzykę taką, jakiej oczekiwali wierni fani. "Breaking The Law", zapewne najsłynniejsza kompozycja z tego LP, to nie pomnik nowego brytyjskiego grania metalu, ale kolejny judasowy szybki, melodyjny killer, nie mający w riffach i motoryce nic wspólnego z NWOBHM, poza nieco obrazoburczym społecznie przesłaniem, które zresztą przecież na poważnie przez nikogo chyba nie było traktowane. Doskonała kontynuacja "Hell Bent For Leather" i nic ponadto.
"United" to nic innego jak kolejny metalowy hymn do wspólnego śpiewania z prostym motywem przewodnim i łatwym refrenem, ileż mu jednak brakuje do autentyzmu "Take On The World". "Grinder" i "Steeler" to także tradycyjne, heavy metalowe numery, jakich na wcześniejszych albumach nie brakowało, tyle że poziom ich atrakcyjności jest sporo niższy. Grupa stara się dokazać, grając niezbyt szybko, że pozostaje "Metal Gods", ale gdy przychodzi do wydłużenia kompozycji, dają popis bezradności zupełnie pozbawionym treści "You Don't Have To Be Old To Be Wise".
Album ma potężne brzmienie, momentami wręcz nieprawdopodobnie ciężkie jak na tamte czasy. Gdy dochodzi do tego agresja i pomysł na heavy melodię, grupa serwuje opancerzonego, metalowego potwora w postaci "Rapid Fire", przy którym nagrania zespołów NWOBHM to tylko melodyjne rockowe plumkanie. Halford i spółka rezygnują tym razem z grania balladowego, jednak klimat podtrzymuje znakomity "The Rage", utwór niedoceniany, a przecież zawierający w sobie jedne z najlepszych gitarowych riffów JUDAS PRIEST i jeden z najciekawszych popisów wokalnych Roba. JUDAS PRIEST nie jest jednak konsekwentny i na płycie umieszcza także obliczony na szturmowanie list przebojów rockowy "Living After Midnight" z dociążonymi gitarami, jakby w obawie, że radiowe rozgłośnie mogą ich w tym 1980 roku pominąć. Zupełnie niepotrzebnie.
Płyta zawiera nagrania proste i wykonanie tych kawałków dla doświadczonej ekipy w znakomity sposób trudne zapewne nie było. Zwraca uwagę dobre zaprezentowanie się nowego perkusisty, Hollanda, który jako pierwszy zadomowił się w zespole na długie lata.
Album ten stawiany często na piedestale metalowego grania, w dorobek zespołu wnosi niewiele. Nie jest ani niczym nowym, ani też krokiem naprzód w komponowaniu interesujących, heavy metalowych utworów. Kto wie, ilu fanów metalu znało by dziś i ceniło ten LP, gdyby nie nagrał go tak zasłużony i słynny zespół, jak JUDAS PRIEST.


Ocena: 6.8/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#7
Judas Priest - Point of Entry (1981)
[Obrazek: 438.jpg]

Tracklista:

1. Heading Out to the Highway 03:46
2. Don't Go 03:17
3. Hot Rockin' 03:15
4. Turning Circles 03:39
5. Desert Plains 04:31
6. Solar Angels 04:01
7. You Say Yes 03:25
8. All the Way 03:38
9. Troubleshooter 03:56
10. On the Run 03:42

Rok wydania: 1981
Gatunek: Heavy Metal
Kraj: Wielka Brytania

Skład zespołu:
Rob Halford - śpiew
Glenn Tipton - gitara
K.K. Downing - gitara
Ian Hill - bas
Dave Holland - perkusja

Kto tworzył zręby heavy metalu na poziomie światowym? JUDAS PRIEST.
Kto oparł się nawałnicy NWOBHM i pozostał w szyku? JUDAS PRIEST.
Kto w swoich szeregach miał jednego z najbardziej wybornych i rasowych wokalistów heavy metalowych i duet gitarowy demolujący niemal na każdym kroku? JUDAS PRIEST.
Kto z "wielkich" nagrał najbardziej kompromitujący album heavy metalowy?
Też JUDAS PRIEST.
Słabsze momenty zdarzają się wszystkim, tym bardziej jeśli staż jest długi. To oczywiste i zrozumiałe. Są jednak pewne granice, przekraczanie których jest po prostu niedopuszczalne. Tę granicę przekroczył JUDAS PRIEST albumem "Point Of Entry", wydanym przecież w rok po jakże wysoko ocenianym "British Steel".
JUDAS PRIEST jest zespołem heavy metalowym, tym razem jednak przedstawił album heavy metalowy w cudzysłowie. Naturalnie każdy ma prawo do chwili oddechu od Metal Gods czy Rapid Fire, ale taka odskocznia musi być zrobiona z klasą.
Tu nie ma klasy, ani pierwszej, ani drugiej. Jest tylko przedszkole. Przedszkole grania melodyjnego "heavy metalu" czy tez zmetalizowanego rocka. Mamy do czynienia z prymitywizmem w samych kompozycjach, z prymitywnym wykonaniem i paskudnym brzmieniem, które może w surowej heavy stylistyce by się jeszcze jakoś broniło. Tu, gdy mamy kontakt z teoretycznie bujającymi szlagierowymi piosenkami, to pasuje jak pięść do nosa. Toporność wykonania godna ubolewania, tym bardziej, że nagle profesjonaliści zamienili się w amatorów. Drewniane riffy, sola pozbawione jakiejkolwiek rozpoznawalności, łomocząca sekcja rytmiczna i przebijający się przez to wszystko Halford.
Czasem nawet lepiej że się nie zawsze przebija, bo jako radiowo-rockowy showman tu wypada bladziutko. Jeśli jeszcze na samym początku Heading Out to the Highway daje jakieś skromne nadzieje na taki tam średniej klasy album z tradycyjnym dla Judasów metalem, to potem zespół pogrąża się z każdą minutą coraz bardziej, sięgając dna w zawstydzającym po wszystkie czasy You Say Yes. To się zdarzyć nie mogło, ale się zdarzyło.
Koszmar. Koszmarki prześladują na tym LP bez przerwy. Hot Rockin' żenujący, ale choć jest odległe światełko w tunelu, za to Troubleshooter osłabia i dobija. Próby rockowego grania z ambicjami lat 70tych w niektórych miejscach budzą zdumienie nieudolnością.
Co najgorsze - jeśli miał to być LP z przebojowym graniem rock/metalowym to takim nie jest. Przebojów tu nie ma i na metalowych imprezach dużo piwa musi upłynąć, aby zacząć się w końcu wczuwać w te dźwięki pozornie składające się w melodie refrenów.
Jest to też płyta JUDAS PRIEST, która się najbardziej zestarzała i najwięcej straciła na wartości z biegiem czasu. Młode zespoły NWOBHM w tej melodyjnej metalowej konwencji niemal natychmiast zdruzgotały ten krążek, a dalszy rozwój gatunku w UK Europie i USA całkowicie go pogrzebał. Może gdzieś w końcówce 1000 płyt z podobnym melodyjnym rock/metalem te dzieło by się na dzień dzisiejszy znalazło... a może i nie.
Kopać leżącego nie wypada.
Wracając zaś do kwestii - You Say Yes...
Nie nie tym razem. I say no.


Ocena: 2.5/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#8
Judas Priest - Screaming For Vegeance (1982)
[Obrazek: 439.jpg]

Tracklista:
1. The Hellion 00:42
2. Electric Eye 03:38
3. Riding on the Wind 03:10
4. Bloodstone 03:53
5. (Take These) Chains 03:07
6. Pain and Pleasure 04:18
7. Screaming for Vengeance 04:43
8. You've Got Another Thing Comin' 05:10
9. Fever 05:21 Show lyrics
10. Devil's Child 04:48

Rok wydania: 1982
Gatunek : Heavy Metal
Kraj: Wielka Brytania

Skład zespołu:
Rob Halford: śpiew
Glenn Tipton: gitara
K.K. Downing: gitara
Ian Hill: bas
Dave Holland: perkusja

Jeśli przypomnieć sobie rok 1979 i koncertowy album "Unleash In The East" to z pewnością jako pierwsza przychodzi na myśl nieokiełznana energia z jaką wykonane tam zostały te utwory. Utrzymany w umiarkowanych przeważnie tempach "British Steel" czy tym bardziej zorientowany na rock z dociążonymi gitarami "Point Of Entry" mogły wskazywać ,że w dobie eksplozji NWOBHM i pojawienia się masy młodych zespołów grających wysokooktanowy eksplozywny heavy metal JUDAS PRIEST rezerwuje sobie rolę doświadczonej statecznej ekipy grającej dla pokolenia nieco starszego niż buntowniczo nastawieni młodzi.
Tymczasem grupa szykowała cios niespodziewany i na starcie przemyślany jako nokautujący wilczki uważające ,że wyleniałe niedźwiedzie poprzedniej dekady należą do przeszłości.Tym ciosem był LP "Screaming For Vengeance" właśnie i to niezależnie od tego czy ta płyta podoba się komuś w całości czy tylko częściowo.Pojęcie heavy/power metal w roku 1982 oficjalnie jeszcze nie funkcjonowało pewna liczba kompozycji z tego LP do tego podgatunku została zaliczona znacznie później lub przyrównana do power metalu jaki w USA poniekąd wyznaczył pierwszy album JAG PANZER.

"Electric Eye", a już bezdyskusyjnie tytułowy "Screaming For Vengeance", to właśnie takie przykłady demolującego, a przy tym niezwykle melodyjnego i chwytliwego grania. Z jednej strony wytyczyły pewien kanon, a z drugiej stanowiły solidny klaps dany młodym metalowym chuliganom z NWOBHM , którym wydawało się, że grana agresywnie i drapieżnie. Niewątpliwą perełką jest tu także pełen rozmachu "Riding On The Wind", gdzie przy ogólnej masywności wrażenie pędu i przestrzeni jest nieodparte, oraz wolniejszy i wycyzelowany wokalnie "Pain And Pleasure", tchnący heavy metalową siłą i pewnością wykonania. Niezwykle ciekawie jest również skonstruowany doskonały, a czasem pomijany wśród killerów JP "Fever" z zaskakującą konstrukcją refrenu. "Bloodstone" classic metalowy jest dobry, niemniej w towarzystwie wysokoenergetycznego grania z początkowej części tego LP wydaje się z lekka niemrawy. "Devil's Child" przypomina mniej udane numery z wczesnych albumów, mógłby także stanowić element "British Steel, jednak i tam zajął by w rankingu odległe miejsce.
Natomiast metal jaki zagrali w "You're Got Another Thing Commin" rytmiczny, dosyć monotonny albo się lubi albo nie i jest to jeden z najbardziej kontrowersyjnych kawałków zespołu z początku lat 80tych, słynny, jednak w moim przekonaniu nic nie warty.
Po raz pierwszy od kilku lat umieszczono na płycie utwór nie będący dziełem członków zespołu "(Take These) Chains" Halligana Jr. i jest to piękny ciepły melodyjny heavy metal ładnie tonujący ogólnie mocny wydźwięk muzyczny płyty.
A panowie zagrali nie tylko mocno ale wykazali się i perfekcyjnym zgraniem. To wszystko chodzi jak dobrze naoliwiona maszyna gdzie każdy trybik jest wpasowany jak należy i funkcjonuje bez zarzutu. Wyśmienita forma Halforda , który zaśpiewał tu na kilka sposobów, elastycznie i z wyczuciem konwencji od melodic metal po heavy /power.Sola gitarowe duetu Tipton-Downing udane, niemniej tym razem bez nadmiernego cyzelowania szczegółów.Za to sekcja rytmiczna "dotarła" się wreszcie do końca i to ten LP jest początkiem ich w pełni wzorcowej współpracy przez następne lata. Brzmieniowo smakuje to na ostro, a gdzie trzeba z odrobiną ciepłego miodu i ten sound jest jakiś mimo wszystko przyjaźniejszy niż ten chwilami zbyt pancerny z " British Steel".

Niewątpliwa klasyka i niespodziewany psikus zrobiony graczom sceny NWOBHM. To ten album właśnie a nie żaden inny ustawił na brytyjskiej scenie układ JUDAS PRIEST ze "Starej Gwardii" i wszelaka młodzież NWOBHM. Stał się również poniekąd pierwszym gwoździem do trumny Nowej Fali, pokazując, że można grac jeszcze ostrzej, jeszcze szybciej i jeszcze bardziej agresywnie niż najbardziej na to nastawione nowe kapele. Muzyka z tego albumu wyznaczyła również trendy na następne lata i sporo grup, nie tylko zresztą brytyjskich zaczęło styl z tej płyty kopiować i naśladować , z różnym zresztą skutkiem.


Ocena : 8,5/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#9
Judas Priest - Defenders of the Faith (1984)
[Obrazek: 440.jpg]

Tracklista:
1. Freewheel Burning 04:24
2. Jawbreaker 03:27
3. Rock Hard Ride Free 05:36
4. The Sentinel 05:06
5. Love Bites 04:48
6. Eat Me Alive 03:35
7. Some Heads Are Gonna Roll 04:07
8. Night Comes Down 04:01
9. Heavy Duty 02:26
10. Defenders of the Faith 01:32

Rok wydania: 1984
Gatunek: Heavy Metal
Kraj: Wielka Brytania

Skład zespołu:
Rob Halford: śpiew
Glenn Tipton: gitara
K.K. Downing:gitara
Ian Hill: bas
Dave Holland: perkusja

"Screaming For Vengeance" zaskoczył, wyznaczył nowy kierunek i rozbudził apetyty na więcej takiego grania z pogranicza heavy i power. Halford, Tipton i Downing wzieli się za komponowanie kolejnych petard w podobnym stylu jak te z z 1982 i w dwa lata później ukazał się "Defenders Of The Faith", gdzie grupa podążyła w tym samym kierunku co poprzednio, bo styl nadal był świeży, nowatorski i na tle konkurencji z nurtu NWOBHM przeznaczony dla bardziej odpornych uszu.
Wspaniały początek tego LP to szybki i ostry "Freewhel Burning" i niesamowicie melodyjny a przy tym po raz kolejny cholernie mocny "Jawbreaker" z tą nutką epickiej true metalowej dumy, która w pełni rozwinęła się na "Painkiller" kilka lat potem. Tego patosu heavy metalowego najwięcej jest w kapitalnym "The Sentinel", jednej z najbardziej potoczystych kompozycji zespołu, która jest na zasadzie odmienności dzielnie wspierana przez zębaty i melodyjnie brutalny na swój sposób "Eat Me Alive".Kopią, gniotą tłamszą, ale potrafią również zagrać tak piękny i nastrojowy, a zarazem w pełni metalowy song jak "Night Comes Down", przez wielu uważany za najlepszą kompozycję tego rodzaju w karierze grupy.W tych łagodniejszych klimatach bardzo dobrze wypada również podbity hard rockiem rytmiczny "Rock Hard Ride Free", natomiast drugie podejście do kompozycji Halligana Jr. czyli "Some Heads Are Gonna Roll" co najwyżej dobre i ten kawałek jednak jest dużo słabszy od "(Take These)Chains" z płyty poprzedniej.
Ciężki klasyczny heavy w umiarkowanym tempie często Judasom wychodził tak sobie i "Love Bites" nie wyróżniając się niczym to potwierdza.
Rozczarowuje posklejany z dwóch części "HeavyDuty/Defenders Of The Faith" i o ile część pierwsza to ciężkawy klasyczny metal przypominający pewne nagrania z czasów "British Steel" to część druga do tego LP nic nie wnosi i stanowi w zasadzie tylko rodzaj quotro, całkowicie tu zbędnego.
W stosunku do płyty poprzedniej zaproponowano nieco głębsze i bardziej mięsiste brzmienie, niskie tony z ekspozycją basu dopieszczonego.Zadbano również o jakiś rodzaj planu drugiego, słyszalnego zwłaszcza w tych lżejszych i mniej agresywnych utworach. Maszyna JP jako zespół zgrana perfekcyjnie a Halford w formie wyśmienitej, co dokumentuje niezapomniany "jawbreeeaker" i kilka innych jego wokalnych wyczynów z tego LP.

Oczywiście klasyka Judasów i całego heavy metalu z wyraźnymi ciągotami do power jaki formował się w tym czasie w USA. Ten album w pełni odbudował pozycję zespołu po okresie współzawodnictwa o metalowe dusze w czasie inwazji NWOBHM i "staruszkowie" mogli z pobłażaniem popatrzeć z góry na legion zespołów, które nagrawszy jedną czy dwie popularne przez krótki czas płyty musiały powoli lub nieco szybciej zwijać swój interes.



Ocena : 8,7/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#10
Judas Priest - Ram It Down (1988)
[Obrazek: 2730.jpg]

Tracklista:
1. Ram It Down 04:48
2. Heavy Metal 05:59
3. Love Zone 03:58
4. Come and Get It 04:08
5. Hard as Iron 04:09
6. Blood Red Skies 07:51
7. I'm a Rocker 03:59
8. Johnny B. Goode (Chuck Berry Cover) 04:39
9. Love You to Death 04:37
10. Monsters of Rock 05:31

Rok wydania : 1988
Gatunek: Heavy Metal
Kraj: Wielka Brytania

Skład zespołu:
Rob Halford: śpiew
Glenn Tipton: gitara
K.K. Downing: gitara
Ian Hill: bas
Dave Holland: perkusja

Po flircie z amerykańską młodzieżą na "Turbo" JUDAS PRIEST wrócił do grania heavy metalu.
"Ram It Down" z klasyczną "Miażdżącą" okładką miał pokazać, że heavy metal brytyjski ma się dobrze, nadal niszczy, nie potrzebuje ani thrashowego sosu ani progresywnego pieprzyku i że rok 1988 to kolejny Rok JUDAS PRIEST.

Heavy metal jest, jest nawet "Heavy Metal" ale gdyby sądzić tylko po tym klasycznym statycznym i nieco przyciężkawym numerze to zapewne należało by się baczniej przyjrzeć co tam w tym czasie robiły podobnie grające zespoły niemieckie na ten przykład.
Ogólnie ta płyta jest nierówna i jest nierówna na poziomie porównywalnym z "British Steel". Są tu przede wszystkim zaszłości i remanenty z "Turbo", może nie zawsze stanowiące proste kontynuacje, ale filozofia heavy metalu lżejszego gatunkowo kalibru zagranego z dużym ciężarem jest słyszalna w mało atrakcyjnych "Love Zone", "Come And Get It" oraz w nieco mniejszym zakresie w "Love You To Death".Te niedostatki równoważą z nawiązką pozostałe kompozycje i szybki masywny i dynamiczny "Ram It Down" na dzień dobry niezaprzeczalnie jest właściwym muzycznym odzwierciedleniem okładki.
W tak długie numery jak "Blood Red Skies" JUDAS PRIEST nie bawił sie już od dawna i trzeba przyznać,że ten poniekąd ponury i rozbudowany utwór o niezwykle ciekawej ekspozycji pokazuje że zespół umie nawiązać do własnego stylu z początków działalności nagraniowej.Tu tego autentycznego metalu w nowszej oprawie jest znacznie więcej.
Od czasów niepamiętnych zespół nie miał tak rewelacyjnych hymnów jak po prostu wzruszający stalowe serca "I'm A Rocker", niezapomniany w tej pomnikowej melodii i potężny dostojny a zarazem surowy "Monsters Of Rock" odlany z najszlachetniejszego nie poddającego się korozji stopu. Przy tej okazji korozja nie zniszczyła tym razem strun obu gitarzystów i zamiast elektro klawiszy i strzelistych chórków mamy wyjątkowo solidne sola gitarowe, true metalowe, treściwe i treścią nasycone. Te sola sa tym razem bardzo zróżnicowane, starannie dobrane do poszczególnych utworów, nawet tych mniej atrakcyjnych w melodiach.
Pewne wątpliwości budzą dwie rzeczy. Po pierwsze jeśli porównać formę Halforda tu i na albumach poprzednich, to jest jednak to poziom minimalnie niższy niz można by było oczekiwać. W najbardziej melodyjnych hymnowych true killerach wychodzi to OK ale ogólnie są pewne wpadki, które wyłapać można nie zawsze od razu ale z czasem na pewno.Druga sprawa to brzmienie. Trochę to stłumione, lekko rozmyte w pewnych numerach ale najbardziej nasuwa się wniosek, zapewne fałszywy, że niemal każdy kawałek był miksowany w inny sposób. Różnica pomiędzy "I'm A Rocker" a "Monsters Of Rock" jest pod tym względem aż nazbyt słyszalna. Nieszczególna jest ogólnie perkusja. Także cover Chucka Berry'ego na tej płycie niewiele wnosi, a przecież zespół zawsze słynął z wysokiej klasy coverów umieszczanych wcześniej na swoich LP.
Można narzekać ,ale to kawał klasycznego w formie i treści heavy metalu. Płyta rozwiała obawy o ukierunkowanie zespołu na rock/metalową komercjalizację czasów "Turbo" i stała się w wielu momentach zapowiedzią tego co zespół zgotował fanom na kultowym "Painkiller"w dwa lata później.


Ocena : 8/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#11
Judas Priest - Painkiller (1990)
[Obrazek: 465.jpg?5630]

Tracklista:

1. "Painkiller" – (6:06)
2. "Hell Patrol" – (3:35)
3. "All Guns Blazing" – (3:56)
4. "Leather Rebel" – (3:34)
5. "Metal Meltdown" – (4:46)
6. "Night Crawler" – (5:36)
7. "Between the Hammer & the Anvil" – (4:47)
8. "A Touch of Evil" – (5:42)
9. "Battle Hymn" – (0:56)
10. "One Shot at Glory" – 6:46



Rok wydania: 1990
Gatunek: Heavy/Power  Metal
Kraj: Wielka Brytania

Skład:
Rob Halford – śpiew
Glenn Tipton – gitara
K.K. Downing – gitara
Ian Hill – gitara basowa
Scott Travis – perkusja

Biblia heavy metalu – tylko tak można zacząć recenzję tego arcydzieła, jakim bez wątpienia jest album "Painkiller". To, że Judas Priest podążają za modą każdy wie, tak też się stało tym razem i dzięki temu Anglicy popełnili jeden z najwspanialszych krążków w historii.

Krążek otwiera nowy perkusista Scott Travis, który niejako przedstawia się publiczności nadając temu dziełu totalnie rozpoznawalny charakter już na początku. Od razu możemy się domyślać, że płyta będzie nieco bardziej intensywna niż poprzednie. Tak też się dzieje i pierwszy, tytułowy utwór jest tego doskonałym przykładem. Nie będę się rozpisywać nad poszczególnymi utworami bo polegnę całkowicie, bowiem nie sposób jest opisać piękna tej jakże treściwej 45-minutowej płyty. Album "Painkiller" to naszpikowana energią, świetnymi riffami, melodiami, genialnymi wokalami i pasją płyta, której nieznajomość jest grzechem ciężkim. Wokale, riffy i solówki pochodzące z tego wydawnictwa już na zawsze zostały zapisane na kartach muzyki metalowej, stanowiąc niejako niedościgniony wzorzec heavy metalu. Album jest bardzo spójny stylistycznie – nie ma tu miejsca na eksperymenty, jest tylko czysty metal.

Jedynym wyróżniającym się stylistycznie utworem jest "Touch Of Evil” . Jest on utworem najspokojniejszym na płycie, zarazem z najbardziej rozbudowanym i odczuwalnym nastrojem. Utwór wolny niemal balladowy, na poły epicki, z tekstem dość – no właśnie, dość dwuznacznym biorąc pod uwagę teledysk, jak również orientację seksualną wokalisty. W tych okolicznościach utwór nabiera zdecydowanie głębszego znaczenia, co mnie jako słuchacza wprawia w totalne osłupienie – szczególnie fragment kulminacyjny, gdzie Rob Halford, a capella śpiewa „You’re possessing me” – o ciarki na plecach przyprawia mnie sama myśl o czym mógł mówić wokalista. Dalej natomiast płyta wraca do ostrego jak brzytwa heavy metalu.
Tak krótko mówiąc kto nie zna tej płyty powinien się jak najszybciej z nią zapoznać. Można by nawet rzec, że wstyd nie znać tego materiału.
Płyta otrzymała nagrodę Grammy w roku 1990.


Ocena: 10/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#12
Judas Priest - Angel of Retribution (2005)
[Obrazek: 68138.jpg]

Tracklista:

1. Judas Rising 04:13
2. Deal with the Devil 03:54
3. Revolution 04:43
4. Worth Fighting For 04:19
5. Demonizer 04:38
6. Wheels of Fire 03:47
7. Angel 04:24
8. Hellrider 06:23
9. Eulogy 02:53
10. Lochness 13:30

Rok wydania: 2005
Gatunek: Traditional Heavy Metal
Kraj: Wielka Brytania

Skład zespołu:
Rob Halford - śpiew
Glenn Tipton - gitara
KK Downing - gitara
Ian Hill - bas
Scott Travis - perkusja
Don Airey - instrumenty klawiszowe (gościnnie)

Odszedł "Ripper" Owens, skończyła się era ostrego heavy power dla JUDAS PRIEST.
Powrócił Halford i powrócił brytyjski heavy metal. Brytyjski heavy metal w roku 2005 to już tylko wspomnienie dawnej potęgi. Dumny Albion ustąpił miejsca Ameryce, Skandynawii, Niemcom, krajom południa Europy. Stał się sztampowy, nudny, przewidywalny i schematyczny. Stał się zasklepiony w tradycji. Tradycje trzeba szanować, trzeba czerpać z niej inspiracje, ale nie można się w niej zasklepiać i czynić z niej twierdzy w sytuacji, gdy metal idzie do przodu, rozwija się i wzbogaca, także w tych najbardziej klasycznych formach.
"Angel Of Retribution" jest płytą jak najbardziej tradycyjną i klasyczną.
Dla Wielkiej Brytanii i dla JUDAS PRIEST też.

Ten LP często jest rozpatrywany przez pryzmat "Lochness". Prawie 14 minut pogoni za potworem, który istnieje, choć brak na to dowodów czy też nie powinien istnieć z racjonalnego punktu widzenia. Z racjonalnego punktu widzenia i ta płyta mogła też nie powstać. Jest to album, który w dorobku JUDAS PRIEST wnosi najmniej. Jest wtórny, co więcej wtórny pomysłami, niekoniecznie własnymi, choć wynikającymi z brytyjskiej tradycji pojmowania heavy metalu.
"Lochness"... Mówi się, że to nudny tasiemiec pozbawiony treści, pozbawiony mocy, pozbawiony metalu.
Dla mnie nie. To jedyny oryginalny utwór na tym albumie i jedyny, którego refren, ten smutny, melodyjny refren, pełen jakiejś rezygnacji, się wbił na zawsze w pamięć.
"Judas Rising"... Czy na pewno? Ta płyta w swym artystycznym wyrazie to heavy metal jedną nogą pozostający w judasach Rippera, jak w "Judas Rising" "Demonizer" czy "Hellrider", ale bez niego.
Z drugiej to heavy metal środka. No tak, "Judas Rising" jest i nawiązaniem bezpośrednim do "Painkillera", ale tu minęło 15 lat i ta moc bez agresji pokryła się kurzem i przyblakła.
Fakt, ładne sola grają Tipton i Downing, jakoś z Halfordem są bardziej sobą, są bardziej autentyczni i są prawdziwi w przekazie. To słychać i w "Deal With The Devil", zgrabnie wyjętym z grania tego zespołu z 30 lat wcześniej. Tu jest też ślad czegoś nowego, a najwięcej tego jest w "Revolution".
Ten numer niszczy tą bezwzględną heavy metalową konsekwencją i tym nowoczesnym refrenem. JUDAS PRIEST bywał nowoczesny już wcześniej, szkoda, że na tym albumie jednak rzadko. Łagodne przynudzanie w "Worth Fighting For" i "Eulogy" i ten zupełnie bezbarwny brytyjski heavy metal pierwszej dekady XXI wieku w "Wheels Of Fire". Ileż takich samych kompozycji można usłyszeć na płytach angielskich zespołów z tego okresu...
A przecież jest tu też przecudownej urody, wypełniony akustyczną gitarą "Angel" z Halfordem, który śpiewa tak, jak nie śpiewał przez długie lata.

Jakoś mało tu Travisa na tym albumie. Tak do końca nie ma tu często do czego zagrać.
Judas Rising?
Ciężko jest nieraz powrócić, szczególnie, gdy się jest ikoną i gdy próbuje się zadowolić wszystkich. To się nie udało, ale jest przecież "Loch Ness".
Ta płyta to pogoń za potworem, który niepostrzeżenie wyzionął ducha i nie zaatakuje już z otchłani czasu i przestrzeni.


Ocena: 7.7/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#13
Judas Priest - Turbo (1986)
[Obrazek: 455966.jpg?2914]

Tracklista:
1. Turbo Lover 05:33
2. Locked In 04:20
3. Private Property 04:30
4. Parental Guidance 03:27
5. Rock You All Around the World 03:37
6. Out in the Cold 06:28
7. Wild Nights, Hot & Crazy Days 04:40
8. Hot for Love 04:12
9. Reckless 04:21


Rok wydania: 1986
Gatunek : Heavy Metal
Kraj: Wielka Brytania

Skład zespołu:
Rob Halford: śpiew
Glenn Tipton: gitara
K.K. Downing: gitara
Ian Hill: bas
Dave Holland: perkusja

Po tym, jak JUDAS PRIEST dwa razy - w 1982 i 984 - odgryzł się się młodziakom z NWOBHM, nadszedł czas na podbój Ameryki. Zespołom z Wielkiej Brytanii na ogół trudno było przebić się na mocnej już wówczas metalowej scenie amerykańskiej i młodzi obywatele Stanów Zjednoczonych wykazywali dziwny upór w ignorowaniu dobrego grania z Wysp.
Wyjątek stanowiły tu chyba tylko BLACK SABBATH i IRON MAIDEN, może także ekipy Ritchiego Blackmore'a no i rzecz jasna DEF LEPPARD, który się zamerykanizował muzycznie kompletnie, został w Anglii huraganowo wyszydzony, zaś w USA zarabiał godziwe pieniądze przy pełnych hakach i stadionach.

Potrzebna była jednak "amerykanizacja" muzyki i JUDAS PRIEST wziął sobie to do serca. Album został nagrany w studio w Nassau na Bahamach, zmiksowany w Los Angeles prze Downinga i Tiptona, ostatecznie obrobiony przez speców amerykańskich iw efekcie powstało dzieło pod nazwą "Turbo". Warto tu nadmienić, że ten album był jednym z pierwszych na świecie, który ukazał się także wersji CD, także w Japonii.
Szumna kampania reklamowa poprzedziła premierę (14 kwietnia 1986, wytwórnia CBS) i...
No właśnie.
Album wita nas całkowicie bezsensownym Turbo Lover z nieśmiertelnym produktem tekściarskiego debilizmu
"I'm your turbo lover

Tell me there's no other
I'm your turbo lover
Better run for cover"
a potem jest już tylko gorzej. No może tak nie do końca, bo Locked In to numer całkiem przyzwoity, melodyjny w klasyczny judasowy sposób, zdecydowany i w miarę twardy , a Out in the Cold to miły dla ucha spokojniejszy, nieco refleksyjny song ocierający się blisko o ocenę bardzo dobrą.
Niestety, reszta to dno i muł "metalowego" grania, o wyraźnych cechach radiowo- samochodowego glamu stadionowego, po części uderzający w czułe serduszka amerykańskiej młodzieży,a po części probujący w nieudolny sposób komentować pewne sprawy społeczne i wychowawcze:
"We don't need no

No no no
Parental guidance here
We don't need no
No no no
Parental guidance here"
Dramat.

Zewsząd atakują paskudne strzeliste chórki, egzaltowany, niemal popowy śpiew Halforda, ohydne inkrustacje elektroniczne i mdłe brzmienie gitar, o sekcji rytmicznej nie wspominając. Poziom kompozycji mniej więcej odpowiada niesławnemu "Point Of Entry" i nawet pewne pomysły są bardzo podobne.
Oczywiście, nachalna reklama i brak gustu muzycznego pozwoliły na dochodową sprzedaż tego koszmarka, ale już na "Ram It Down" JUDAS PRIEST zrzucił z siebie piętno hańby, jak niektórzy rozgoryczeni fani określili ten LP.
Inni w, tym ja, określiłem go jeszcze dosadniej, ale nie będę tu pisał jak, bo być może kiedyś przeczyta to amerykańska młodzież, rozmiłowana w tym "dziele".

ocena 2,5/10

new 5.10.2018
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości