Tank
#1
Tank - Filth Hounds of Hades (1982)
[Obrazek: 2746.jpg]

Tracklista:

1. Shellshock 03:10
2. Struck by Lightning 03:10
3. Run Like Hell 03:40
4. Blood, Guts and Beer 03:42
5. That's What Dreams Are Made Of 05:32
6. Turn Your Head Around 03:25
7. Heavy Artillery 03:28
8. Who Needs Love Songs 03:05
9. Filth Hounds of Hades 03:56
10. (He Fell in Love with a) Stormtrooper 05:17

Rok wydania: 1982
Gatunek: Heavy Metal (NWOBHM)
Kraj: Wielka Brytania

Skład:
Algy Ward - śpiew, bas
Peter Brabbs - gitara
Mark Brabbs - perkusja

Zespół powstał w Londynie w roku 1980 na rosnącej fali entuzjazmu NWOBHM. Jak wiadomo w owym czasie każdy kto miał większe lub mniejsze pojęcie jak trzymać gitarę lub pukać w perkusję zakładał zespół i grał w garażach, piwnicach i magazynach, a TANK pod tym względem od normy nie odbiegał. Ward był basistą samoukiem, a bracia Peter Brabbs (gitara) i Mark Brabbs (perkusja) także nie mieli ani doświadczenia ani specjalnie dużych umiejętności. Ward nigdy nie ukrywał że do stworzenia zespołu pchnęła go fascynacja muzyką MOTORHEAD, jednak nie jest prawdą jakoby chciał Kilmisterowi i spółce dorównać czy też nimi konkurować. MOTORHEAD w owym czasie był już zespołem uznanym, szanowanym i cenionym i we wczesnej fazie TANK miał być w pewnym sensie tribute bandem, choć oficjalnie utworów MOTORHEAD nie grali.
W tym czasie wydanie czegokolwiek było bardzo trudne i zazwyczaj nie na kieszeń młodych entuzjastów muzyki, jednak rosnące zainteresowanie muzyką NWOBHM pozwoliło grupie nawiązać współpracę z małą wytwórnią Kamaflage, która jesienią 1981 wydała ich pierwszy singiel "Don't Walk Away". Ward nie był za bardzo zadowolony ani uzyskanego brzmienia ani za bardzo z trzech kompozycji jakie się tam znalazły – „Don't Walk Away”, „Shellshock” i „Hammer On”.
”Don't Walk Away” miał stać się lokalnym przebojem, na co liczył Ward, niespodziewanie jednak znacznie większą popularnością cieszył się „Shellshock”.
Koncerty w lokalnych klubach londyńskich przyniosły grupie pewną popularność, przy czym problemem był... brak repertuaru .
W roku 1982 było już z tym lepiej i co znamienne powstał wtedy utwór „Stormtrooper”,
który, jak się potem okazało, wywarł bardzo duży wpływ na dalszy rozwój muzyczny TANK.
Można jednak powiedzieć, że prawdziwym punktem zwrotnym był utwór „Turn Your Head Around” - umieszczony na singlu pod tym samym tytułem w roku 1982.
Ward może nieco nieskromnie, ale żartobliwie mówił, że był pewien, iż ten numer wypali i spodoba się. Muzycznie kombinacja klasycznych riffów NWOBHM z piekielnie zaraźliwym refrenem i ogólnie odległy numer od grania MOTORHEAD zapewnił zespołowi sukces i przyniósł pierwsze bardzo potrzebne pieniądze. Kasa potrzebna była na wydanie debiutanckiego LP, czas gonił, a wciąż nowe zespoły pojawiały się na scenie.
Sukces singla i samego utworu wlał w ekipę TANK wiarę w możliwość odniesienia sukcesu i pracując nad nowymi kompozycjami szykowali się do rejestracji LP dla wytwórni Kamaflage.
”Turn Your Head Around” do dziś należy do najbardziej znanych i najchętniej coverowanych kompozycji NWOBHM - zapewne jedną z najbardziej znanych wersji jest ta zrobiona przez niemiecki SODOM. Także wiele zespołów brytyjskich miało go lub ma w swoim repertuarze.
Album Filth Hounds Of Hades był owocem kilku sesji nagraniowych w studio w Londynie. Grupa zwróciła na siebie uwagę "Fast" Eddie Clarke'a z MOTORHEAD, który podjął się produkcji tego LP. Ward czuł się z jednej strony bardzo usatysfakcjonowany tym faktem, z drugiej jednak miał obawy jak słuchacze przyjmą płytę w pewnym sensie motorheadową, co zresztą było słychać już w procesie produkcji. Clarke ustawił brzmienie pod MOTORHEAD z tego okresu, przybrudzone, nieco niechlujne i zawadiackie. Problem tkwił jednak w samym ustawieniu basu - tu nie mógł on go aż tak wyeksponować i nadać mu tą wiodącą rolę, jaką pełnił bas Kilmistera. Także umiejętności pozostałych muzyków nie pozwoliły na wysunięcie do przodu kogokolwiek, aby uniknąć pewnych "wpadek" i tak zresztą słyszalnych przy uważnym zapoznaniu z muzyką z tej płyty.
W tym czasie TANK miał już przygotowany spory repertuar, wystarczający na nagranie nawet dwóch albumów po około 35 minut standardowego czasu winyla, wyniknął więc pewien problem z doborem tego co miało się na płycie znaleźć.
Ostatecznie album zawierał rozwiązanie kompromisowe - w połowie był motorheadowy, a w połowie raczej NWOBHM z wykorzystaniem nagrań zaprezentowanych wcześniej na singlach.
Wiadome było, że gwoździem programu będzie „Turn Your Head Around”, zrezygnowano jednak z "obowiązkowej" na płytach NWOBHM głównego nurtu ballady gdyż takowej TANK na sensownym poziomie nie umiał nagrać, mimo kilku prób a nawet nalegań osób zaangażowanych w wydanie debiutu.
Jako ciekawostkę podam fakt, że pierwotnie planowany był zamiast „That's What Dreams Are Made Of” numer „Steppin' On A Landmine” z singla TYHA. Ward uważał, ze to kompozycja lepsza, jednak przeważył fakt konieczności wrzucenia większej numerów premierowych. „Blood, Guts And Beer” znany z singla w wersji live po raz pierwszy przedstawiono w wersji studyjnej, minimalnie się różniącej.
Istniał dodatkowy, bonusowy, darmowy singiel do części nakładu tego pierwszego wydania z utworami
1. „Don't Walk Away” (live)
2. „The Snake”
Obecnie ten singiel ma sporą wartość kolekcjonerską. Posiadany przez mnie vinyl z tego wydania LP płytki tej niestety nie zawierał.
Album ukazał się w marcu 1983, przy czym nie udało mi się ustalić dokładnej daty, wiem natomiast, że pierwsze egzemplarze pojawiły się w sprzedaży 9 marca.
Plemienne niby intro jest na tym albumie wstępem do bardzo dobrego „Shellshock” stwarzającego pierwsze wrażenie motorheadowej płyty.
Myślę jednak, że o sile tego albumu stanowią trzy inne kompozycje – „Struck by Lightning”, „Turn Your Head Around” i „Filth Hounds of Hades”, gdzie TANK w fantastyczny sposób pokazał swój własny NWOBHM pazur.
Może wokale Warda nieszczególne, może solówki Brabbsa takie sobie, a perkusja jego brata bardziej młócąca niż finezyjna, ale te numery to po prostu kanon brytyjskiego grania lat 80tych i tyle.
”Stormtrooper” także ma tu swoje znaczące miejsce, choć jeszcze styl w nim zaprezentowany nie stanowi istoty muzyki zespołu.
Do bardzo udanych należą także „Run Like Hell” i minimalnie słabszy „Heavy Artillery” niestety już dwa pozostałe utwory takiej siły rażenia nie mają.
W tym czasie uważano TANK za zespół numerów 3 minutowych i w „That's What Dreams Are Made Of” faktycznie nieco nudzili. Z drugiej strony w „Stormtrooper” poradzili sobie jednak bardzo dobrze.
W kategorii MOTORHEAD przegrywali na starcie z mistrzami, we własnej byli jednak swoiści i bardzo dobrzy.
Płyta została przyjęta bardzo ciepło, a koncerty TANK zbierały pełne sale i kluby.


Ocena: 8/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#2
Tank - Power of the Hunter (1982)
[Obrazek: 2747.jpg?5950] 

Tracklista:

1. Walking Barefoot Over Glass 05:32
2. Pure Hatred 03:51
3. Biting and Scratching 04:41
4. Some Came Running 03:03
5. T.A.N.K. 03:51
6. Used Leather (Hanging Loose) 04:21
7. Crazy Horses (Osmonds cover) 02:52
8. Set Your Back on Fire 03:57
9. Red Skull Rock 04:07
10. Power of the Hunter 04:09

Rok wydania: 1982
Gatunek: Heavy Metal (NWOBHM)
Kraj: Wielka Brytania

Skład:
Algy Ward - śpiew, bas
Peter Brabbs - gitara
Mark Brabbs - perkusja

Po sukcesie pierwszego LP powstało duże ciśnienie na szybką kontynuację. Decydowały o tym głównie względy komercyjne, sam Ward był zaś do tego pomysłu nastawiony trochę sceptycznie. Utworów było przygotowanych sporo, ale w większości stanowiły one rzeczy jakie zespół uznał za słabsze i nie zdecydował się ich umieścić na pierwszym albumie... nie tylko z braku miejsca .
Album "Power Of The Hunter" nagrywany był latem 1982, przy czym zespół nie zawiesił działalności koncertowej. Wydawca była znów wytwórnia Kamaflage i płyta ukazała się w sierpniu (najprawdopodobniej oficjalnie 26). Pośpiech realizacyjny nie wyszedł w tym wypadku na dobre. Mimo pozornie bardziej klarownej produkcji zespół zatracił charakterystyczne dla siebie brzmienie debiutu, w znacznym stopniu wchodząc do grona typowo, choć nie do końca byle jak brzmiących innych grup NWOBHM. Tym razem gitara ustawiona była bardziej rockowo i lekko a perkusja głośniej.
Album dopełniono coverem braci Osmondów „Crazy Horses”, znanym już wcześniej z singla, ale nagranym na nowo.
Powiem wprost. Płyta rozczarowała.
Jedną z nielicznych wartych uwagi kompozycji jest tu „Pure Hatred”, trzymany wcześniej w zapasie oraz niezły instrumentalny T.A.N.K..
Reszta niestety mimo pozorów rokendrolowego luzu, jak w „Crazy Horses” po prostu słaba lub przeciętna. W „Set Your Back on Fire” dziwne podjazdy pod DEEP PURPLE i ogólnie dużo na tym LP odniesień do brytyjskiego rocka lat 70tych i początku lat 80tych.
W sumie, mimo że technicznie muzycy poszli bardzo do przodu, to wszystko brzmi dosyć topornie i mało profesjonalnie. Jaśniejszym nieco punktem był na koniec „Power of the Hunter” zagrany pod MOTORHEAD, ale produkcja Nigela Gray'a pozbawiła ten numer brudku i smrodku spalin ekipy Kilmistera.
Najbardziej wkurzające na tym LP jest brzmienie gitary - raz suche, a to znów jakieś absolutnie niepasujące do obrazu muzycznego zespołu - jak w solówkach.
Płyta wywołała kontrowersje i dyskusje, zresztą sprzedawała się dużo gorzej niż poprzednia. Sam Ward nie był też zachwycony efektem końcowym, a no koncertach utwory z tego albumu pojawiały się rzadko.
W zespole zaczęły pojawiać się zatargi i spory. Bracia Brabbs obwiniali poniekąd Warda za brak sukcesu nowego albumu i pojawiły się dyskusje co dalej.


Ocena: 6/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#3
Tank - This Means War (1983)
[Obrazek: 2748.jpg?0724] 

Tracklista:

1. Just Like Something from Hell 08:30
2. Hot Lead, Cold Steel 05:46
3. This Means War 05:18
4. Laughing in the Face of Death 05:16
5. (If We Go) We Go Down Fighting 05:26
6. I (Won't Ever Let You Down) 04:40
7. Echoes of a Distant Battle 05:03

Rok wydania: 1983
Gatunek: Heavy Metal (NWOBHM)
Kraj: Wielka Brytania

Skład:
Algy Ward - śpiew, bas
Peter Brabbs - gitara
Mick Tucker - gitara
Mark Brabbs - perkusja

W wyniku niezbyt przychylnego przyjęcia poprzedniej płyty Ward postanowił rozszerzyć skład zespołu o drugiego gitarzystę. Został nim Mick Tucker, który wcześniej pogrywał bez większego powodzenia w innych mało znanych zespołach NWOBHM, marnując przy tym swoje niewątpliwe umiejętności.
Wybiegając nieco w nurt wspominkowy pamiętam, jakie wrażenie robił na koncertach i co potrafił pokazać na żywo, nieograniczony ramami kompozycji na studyjnych albumach.
Spokojny i skromny gość nigdy nie narzekający na nagłośnienie sali, sprzęt, niedostrojone instrumenty, czy trudności w dojazdach. Jednocześnie, jak przyznał sam Ward, nieraz wywierał on na niego wielki wpływ w sferze muzycznej prostymi sugestiami i uwagami.
Jak głosi anegdota, której Ward niekiedy odmawia prawdziwości, Tucker obeznany oczywiście z utworami TANK pewnego razu zagrał motywy ze „Stormtrooper” i zaproponował - "nagrajmy album w takim stylu".
Ruszyły prace nad nowym albumem.
Pierwszy "balon próbny" wypuścili w 1983, ale siłami wytwórni Music For Nations. Był to singiel „Echoes of a Distant Battle” zawierający ten utwór i ponadto „Man That Never Was”, który na przygotowywany cały czas LP nie był przewidziany.
Singiel zbyt wielkiego zainteresowania nie wzbudził, sądzono bowiem, że mamy do czynienia z kolejną porcją grania w stylu poprzedniego albumu. Płytka nieco zaginęła w powodzi innych wydawnictw, ale kto ją jednak poznał - a szczególnie grono wiernych fanów - zrozumiał, ze nadjeżdża nowy TANK.
Prace nad nagraniem albumu trwały wiosną 1983 i płyta ukazała się 10 czerwca 1983 nakładem Music For Nation.
Album This Means War ukazał nowe oblicze zespołu i nowe podejście do grania heavy metalu spod znaku NWOBHM. Długie kompozycje oparte o powtarzanych w nieskończoność hipnotycznych riffach, długie wybrzmiewania ... tego wcześniej nie było na taką skalę na żadnej brytyjskiej płycie. Definitywnie złamano tu zasadę dominacji kompozycji 3-4 minutowych i tylko „I (Won't Ever Let You Down)” trwa minimalnie krócej. Utwór ten zresztą jest nieco inny od pozostałych, może nie do końca pasuje do całości i jest słaby według mnie, niemniej były głosy, że i taka kompozycja jest na tym LP potrzebna.
Credo nowego stylu TANK zawarte było w otwierającym ponad 8 minutowym „Just Like Something From Hell”. Jest to bez wątpienia jeden z największych brylantów w koronie NWOBHM, kondensujący w sobie wszystkie cechy najlepszych dokonań NWOBHM zarówno w riffach jak i melodii. Historyczny pojedynek gitarowy Tucker - Brabbs w tym utworze miał wymiar głębszy. Obaj panowie nie darzyli się szczególną sympatią, Brabbs miał bowiem żal do Tuckera o zdominowanie gitarowe zespołu. Dawało się to odczuć na koncertach, gdy ten utwór nieraz rozciągany był do nawet 20 minut i na tle transowej melodii rozgrywała się gitarowa kłótnia w formie dialogu pomiędzy obydwoma gitarzystami.
”This Means War” i „Echoes of a Distant Battle” nieprzypadkowo umieszczony na końcu albumu stanowiły w podobnej stylistyce równorzędne killery - surowe, zimne wręczm bo tak naprawdę jest to płyta muzycznie bardzo wyrachowana. W „Hot Lead, Cold Steel”, utworze bardzo dobrym, nie udało się jednak stworzyć tego niesamowitego klimatu z wymienionych wcześniej numerów.
Natomiast „Laughing In the Face of Death” miał być bardziej melodyjnym, bezczelnym killerem i takim się stał, zapewne głównie dzięki brawurowemu refrenowi.
”If We Go) We Go Down Fighting” następujący po nim siłą rzeczy przegrywa, choć to dobry utwór i na każdej z dwóch poprzednich płyt by się wyróżniał.
Wokalnie Ward w tym okresie nie był w najlepszej formie, stąd jego śpiew ma chwilami charakter niemal melorecytacji, a głos jest surowy i szorstki. Jak się okazało w efekcie taki wokal pasował idealnie, a jego dosyć spore wysunięcie przed gitary było również słusznym posunięciem, chociaż Ward początkowo nie był z tego za bardzo zadowolony. Za to bas został schowany za ścianę dwóch mocnych gitar i płyta ma zdecydowanie gitarowy charakter, a sekcja rytmiczna pełni funkcje dopełniające.
Tym albumem TANK niejako ostatecznie chciał odciąć się od motorheadowych korzeni.
Jak na ironię jednak tydzień wcześniej ukazał się album MOTORHEAD - "Another Perfect Day" z Robertsonem i kto zna obie płyty dojdzie do prostego wniosku że ten inny TANK nieświadomie zbliżył się do filozofii grania ekipy Kilmistera...
Jedyny zarzut jaki można postawić albumowi This Means War jest taki, że nie zawiera kompozycji na jednakowo wysokim (czytaj najwyższym) poziomie.

Przyjęcie albumu było znakomite, na co płyta zdecydowanie zasługiwała. Pozycja obowiązkowa dla miłośników brytyjskiego heavy metalu.


Ocena: 8.5/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#4
Tank - Honour & Blood (1984)
[Obrazek: 2749.jpg]

Tracklista:

1. The War Drags Ever On 08:14
2. When All Hell Freezes Over 05:56
3. Honour and Blood 06:31
4. Chain of Fools 04:08
5. W.M.L.A. 05:17
6. Too Tired to Wait for Love 04:37
7. Kill 08:00

Rok wydania: 1984
Gatunek: Heavy Metal (NWOBHM)
Kraj: Wielka Brytania

Skład:
Algy Ward - śpiew, bas
Cliff Evans - gitara
Mick Tucker - gitara
Graham Crallan - perkusja

Ostatecznie po nagraniu "This Means War" LP bracia Brabbs opuścili zespół.
Nie chce tu wchodzić w szczegóły i plotki, jak zawsze prawda leży gdzieś pośrodku....
Ward i Tucker mieli już przygotowane nowe kompozycje, zespół był na fali. Należało szybko pojawić się z nowym LP, tym bardziej, że zainteresowanie NWOBHM wyraźnie zaczynało słabnąć.
Dodatkowych muzyków wybrano dosyć szybko i w składzie znaleźli się drugi gitarzysta Cliff Evans oraz perkusista Graham Crallan, obaj bez większego doświadczenia w metalowej branży. To zresztą słychać na kolejnej płycie. Evans jest całkowicie zdominowany przez Tuckera i sprowadzony do roli wyłącznie gitarzysty rytmicznego, nie zagrał też ani jednej solówki. Perkusista taki sobie, o umiejętnościach niewykraczających poza te, jakie prezentowali brytyjscy gracze amatorzy NWOBHM. O zmarłych jednak wyrażać się źle nie należy. Crallan zmarł w roku 2008 wskutek obrażeń głowy doznanych przy upadku.
Kontrakt z Music For Nations był ważny, jednak budżet przeznaczony na realizację albumu niewysoki. Był to jeden z czynników, który zadecydował, że tym razem odpowiedzialnym za produkcję był Ward.
Album był najdłuższym jak do tej pory LP zespołu. Miał też słynna okładkę, która dziś uważana jest za kultową.
Mimo, że krążek trwa około 43 minuty, to zawiera podobnie jak poprzednik tylko 7 kompozycji.
Ma też inna ważną cechę, o której dotychczas nie wspomniałem. Jest on niemal lustrzanym odbiciem koncepcji płyty poprzedniej i trzeba podkreślić, że był zabieg w pełni przemyślany i zamierzony. To co sprawdziło się na This Means War miało wypalić i tym razem.
Udało się.
”The War Drags Ever On” to wielki transowy killer, zrobiony w stylu „Just Like Something from Hell” - 8 minut rytmicznego riffowania z doskonałym solem Tuckera. Ścisły top tej płyty i jeden z ważniejszych numerów koncertowych grany potem czasami w wersji połączonej z „Just...” właśnie. Jedyne czego tu brak, to pojedynku gitarowego, ale Evans nie był jednak szermierzem klasy godnej stanąć w szranki Tuckerem. Ogólnie to Tucker na tym LP gra bardzo dobrze, jednak jakby w solówkach jest mało agresywny i finezyjny.
”When All Hell Freezes Over” jest bardzo surowy w motywie głównym i złagodzony delikatną częścią, gdzie jednak Ward sprawdził się średnio. Dużo lepiej wypadł tam gdzie śpiewał ostro, jakby nawet chuligańsko, lekko w punkowej manierze - tam jego ograniczone możliwości wokalne stawały się atutem.
”Honour and Blood” miał być hitem i killerem i był. Zagrany bez zbędnych przyspieszeń, z prostym odniesieniem do „Echoes of a Distant Battle”, z kapitalnym refrenem, kto wie czy nie jednym z najlepszych w karierze TANK. Utwór zarówno zadziorny jak i uroczysty, ze słynnym chórkiem, który na koncertach śpiewała zawsze publiczność.
TANK, a właściwe sam Ward jako główny twórca repertuaru zawsze popełniał ten sam błąd.
Umieszczał na płytach kompozycje często dużo słabsze kontrastujące poziomem z najlepszymi w jaskrawy sposób. Tym razem znalazł się także utwór autorstwa Covay'a „Chain of Fools”, niby podobny stylowo do muzyki TANK, ale jednak bez tej pancernej siły przebicia. „W.M.L.A.” jest z kolei bardziej łagodny wokalnie, z bardziej też wyeksponowaną sekcją rytmiczną. Szwankuje jednak atrakcyjność samej melodii.
Tu parę uwag do brzmienia.
Wyszło to bardzo surowo, suche dosyć gitary, cofnięty bas i nieco głucha perkusja, za to Ward zdecydowanie na pierwszym planie. Jest wrażenie ciasnoty i jakby dwie gitary zbyt często zlewają się w jedną.
Dla pewnego "rozjaśnienia" albumu Ward dał swój własny numer „Too Tired to Wait for Love”, taki bardziej rockowy, wyciągnięty zresztą z szuflady i pierwotnie nieprzewidziany do publikacji, przynajmniej na tej płycie. Dobry utwór, ale jednak za bardzo do całości nie pasuje.
Płytę zamyka „Kill” trwający 8 minut i jednocześnie jeden z najbardziej niedocenianych utworów zespołu. Mamy tu wszystko. Uporczywe, transowe riffowanie, zgrabne tankowe chórki, choć może trochę za bardzo lajtowe momentami. Świetna melodia i znakomity riff, gdy wchodzą refreny.
Album należy ocenić jako bardzo dobry, ale nie więcej. Słabsze kompozycje niestety odstają, brzmienie jest średnie, a Tucker jednak nie daje z siebie wszystkiego. Płyta jednak podobała się bardzo, a numer tytułowy wszedł do klasycznej setlisty koncertowej zespołu.


Ocena: 8/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#5
Tank - Tank (1987)
[Obrazek: 2750.jpg?0045] 

Tracklista:

1. Reign of Thunder 07:21
2. March on, Sons of Nippon 04:12
3. With Your Life 06:29
4. None but the Brave 06:47
5. The Enemy Below 04:44
6. Lost 04:56
7. (The Hell They Must) Suffer 04:45
8. It Fell from the Sky 05:32

Rok wydania: 1987
Gatunek: Heavy metal
Kraj: Wielka Brytania

Skład:
Algy Ward - śpiew, bas
Cliff Evans - gitara
Mick Tucker - gitara
Gary Taylor - perkusja

Po nagraniu albumu "Honour & Blood" w zespole doszło do kolejnych roszad personalnych. Michael Bettell nowy perkusista na bardzo tylko krótko zastąpił Crallana w 1984. Crallan w zespole nie czuł się dobrze, zresztą i Ward rozstał się z nim bez żalu.
Przez krótki czas zespół faktycznie perkusisty nie miał, jednak w marcu 1985 ostatecznie dołączył Gary Taylor. Przyszedł z zespołu STREETFIGTER, gdzie trochę pogrywał John Sykes
Te roszady spowodowały, że nagranie następnego albumu opóźniło się i jedynie na osłodę w 1985 wypuszczony został taki kompilacyjny album Armour Plated.
Jednocześnie trwały prace nad nowym albumem studyjnym. Pewnym problemem było też znalezienie wydawcy, w końcu jednak przygotowywanym materiałem zainteresowała się wytwórnia GWR, co było poniekąd zasługą Kilmistera z MOTORHEAD, który w tych barwach wydał album Rock'n'Roll w tym samym roku 1987.
Fani na płytę oczekiwali z pewnym niepokojem. Brytyjski heavy metal przeżywał okres stagnacji, część fanów przeszła do thrash metalowych obozów grania z USA, a rynek zapełnił się albumami z Niemiec, Skandynawii i innych rejonów Europy.
Przed TANK stanęło zadanie trudne pozostania w czołówce, do której z takim trudem i mozołem się dostał.
Album otrzymał tytuł Tank, co było nieprzypadkowym zabiegiem, mającym na celu podkreślenie powrotu zespołu po trzech latach nieobecności, a trzy lata w owym czasie w metalu to był bardzo długi okres czasu.
Płyta otrzymała też dosyć specyficzną okładkę, mało może metalową, ale w jakiś sposób zwracającą na siebie uwagę. Producentem albumu był faktycznie Algy Ward, zespół po prostu nie dysponował wystarczającym budżetem na zatrudnienie fachowców.
Album otwiera „Reign of Thunder” trwający ponad 7 minut i mający przypomnieć o najsłynniejszych transowych kolosach zespołu. Niestety, nic z tych rzeczy. Kompozycja rozczarowuje pod każdym względem i od razu ujawnia wszystkie słabe punkty tego LP.
Produkcja jest słaba, brzmienie suche, perkusja za głośno, bas słabo zaznaczony, a Ward wokalnie zbyt wysunięty do przodu. To okazało się dużym błędem, bo jego forma wokalna na tym LP jest po prostu słaba. To co uchodziło poprzednio przy podkładzie znakomitych riffów tu drażni. Krzykliwy, niewyrobiony głos denerwuje po prostu i tyle.
Sama kompozycja nudna, a sola przeciętne. To co tu pokazali można było zamknąć w 4 minutach.
”March on, Sons of Nippon” to kompromitujący bezładny numer heavy metalowy, a „With Your Life”, choć melodyjny i znacznie bardziej przypominający stare nagrania, tylko dobry . Pewną nowinką jest „None But the Brave”, wolniejszy i stylowo prezentujący zmetalizowany hard rock, z mocno zaakcentowanym refrenem i ładnym solem Tuckera, najlepszym na płycie. Wskazuje on na próbę przeniesienia ciężaru w kierunku lżejszych klimatów. „The Enemy Below” to jednak znów blada kalka nagrań z najlepszego okresu... Płyty nie ratuje także „Lost” z użytymi we wstępie klawiszami i balladowej formie. Numer ten mieści się co najwyżej w średniej klasie podobnych utworów granych przez większość zespołów NWOBHM w pierwszej połowie lat 80tych. Tu po raz kolejny wypływa problem zbyt ostrych i ciężkich gitar. To można było zagrać znacznie łagodniej. Udany jest „(The Hell They Must) Suffer” zagrany w średnim tempie, z feelingiem i chyba najlepszym wokalem Warda na płycie. Dobre wrażenie zaciera niestety kończący album „It Fell from the Sky”, w którym zespół zupełnie się pogubił próbując grać melodyjnie i przebojowo. Podkład głosowy jaki słychać w tle po prostu wkurza.
Album pokazał, że zespół wrócił bez pomysłu i pole bitwy tym razem opuścił na tarczy.
Płyta sprzedawała się źle, a opinie fanów były od powściągliwych po mocno krytyczne.


Ocena: 5.5/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#6
Tank - Still At War (2002)
[Obrazek: 17706.jpg]

Tracklista:

1. Still at War 06:21
2. That Girl's Name Is Death (T.G.N.I.D.) 07:01
3. Light the Fire (Watch 'em Burn) 04:28
4. The World Awaits 05:56
5. And Then We Hear the Thunder 03:50
6. In the Last Hours Before Dawn 05:13
7. Conspiracy of Hate 05:02
8. When the Hunter Becomes Hunted 06:42
9. Return of the Filth Hounds 04:21
10. The Blood's Still on Their Hands 05:51
11. The Fear Inside 03:33

Rok wydania: 2002
Gtaunek : heavy metal
Kraj : Wielka Brytania

Skład:

Algy Ward - śpiew, gitara basowa
Cliff Evans - gitara
Mick Tucker - gitara
Bruce Bisland - perkusja

Zniechęcony porażką albumu "Tank", Ward rozwiązał zespół w roku 1988 i dołączył do nowej formacji ATOM GOD, też związanej z wytwórnią GWR.
W późniejszym okresie, po niepowodzeniu projektu ATOM GOD Ward radził sobie różnie. W 1995 wraz ze znanym z MOTORHEAD "Würzel" Burstonem znalazł się WARHEAD, z Paulem Evo z WARFARE jako wokalistą. W pewnym sensie był to poboczny projekt Evo i po nagraniu tylko jednego albumu "Warhead ", w 1996 grupa się rozpadła.
Ward na krótko dołączył do death/thrashowego NECROPOLIS w 1997, po czym zdecydował się na reaktywację TANK.
Rozmowy w sprawie zebrania składu przeciągnęły się do połowy 1997, jednak Wardowi udało się pozyskać niemal cały oryginalny skład z 1988 roku z Tuckerem i Evansem. Perkusistą został inny weteran sceny brytyjskiej, Steve Hopgood, znany chociażby z PERSIAN RISK czy BATTLEZONE Paula DiAnno.
Grupa początkowo skoncentrowała się na działalności koncertowej, najpierw w Anglli potem także w Europie .W 1998 ukazła się album koncertowy "The Return of the Filth Hounds - Live", dokumentujący występy w Niemczech w 1997 .
Ogólnie zespół przyjmowany był różnie, nie mógł także podpisać żadnego wiążącego kontraktu płytowego.
W 2001 przedstawił wspominkowy album koncertowy z nagraniami z 1981 "War of Attrition ", jednak w tym samym czasie odszedł Hopgood. Jego miejsce zajął nie mniej zasłużony dla brytyjskiej sceny NWOBHM i rocka Bruce Bisland.
Dopiero w roku 2002 pojawiła się płyta "Still At War", ponownie wyprodukowana przez Warda.
Niestety, jak większości innych podobnych przypadków, ten powrót trudno uznać za udany.
"Still at War", utwór tytułowy, to bardziej melodyjna próba odtworzenia starego stylu, bez powodzenia, kolejny "That Girl's Name Is Death" jak na próbę nowoczesnego podejścia do metalowego grania po prostu zawstydzająco słaby. Mierne heavy metalowe granie w "Light the Fire (Watch 'em Burn)" i "And Then We Hear the Thunder", niezły w pomyśle, ale fatalnie wykonany "The World Awaits". Każdy kolejny numer to trywialne granie heavy metalu, które musi prowadzić do klapy.
Przy "In the Last Hours Before Dawn" pojawia się pytanie czy cokolwiek jeszcze tu może przyprawić o żywsze bicie serca? Intyguje tytuł "Return of the Filth Hounds" z wiadomych przyczyn .... ale takich powrotów lepiej nie doświadczać.
Jedynie na samym końcu kilka dobrych tankowych riffów w przyzwoitym, energicznym "The Fear Inside".
Słabo śpiewa Ward, gitarzyści dają z siebie niewiele, a brzmienie okropne i niegodne XXI wieku. Rzężące gitary i głucha perkusja oraz bladziutki bas.
Jeden z najsłabszych come backów brytyjskich legend lat 80tych.


Ocena : 4.5/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#7
Tank - War Machine (2010)
[Obrazek: 378138.jpg?3645]

Tracklista:

1. Judgement Day 05:14
2. Feast of the Devil 05:22
3. Phoenix Rising 06:55
4. War Machine 07:02
5. Great Expectations 04:24
6. After All 05:02
7. The Last Laugh 04:41
8. World Without Pity 06:09
9. My Insanity 06:14

Rok wydania: 2010
Gatunek: Traditional Heavy Metal
Kraj: Wielka Brytania

Skład zespołu:
Doogie White - śpiew
Cliff Evans - gitara
Mick Tucker - gitara
Chris Dale - bas
Dave Cavill - perkusja

Miało być coś o wojnie, o czołgach na początek, ale jednak nie będzie.
TANK jaki jest każdy widzi, parafrazując stare polskie powiedzenie przypisywane Piłsudskiemu.
TANK przypisywany jest także Wardowi, ale jak widać ludzi niezastąpionych nie ma, i jego również dało się zastąpić. Przegrana bitwa pod "Still At War" poszła w zapomnienie, dym zasnuwający pole walki rozwiał wiatr i to, że do gitarowego trzonu dołączył sam Doogie White jakoś specjalnie nikogo poza najbardziej zainteresowanymi nudnym brytyjskim heavy metalem nie wzruszył. Nowa płyta? Dobra, czemu nie "skoro przyszedł na to czas".

Czołg zajechał skromnie, bez artyleryjskiego wsparcia z ziemi i rakietowego ostrzału ze śmigłowców szturmowych. No tak, miało nie być o wojnie. Niestety, od tego wątku się nie ucieknie.
Płyta jest o wojnie, choć raczej takiej cichej, na peryferiach frontu, gdzie ważniejsze jest przeżyć niż zostać martwym bohaterem.
Mocny album, z ponurym klimatem, ciężko zagrany i wsparty wokalem White, mocno robionym pod R.J.Dio . Wystrzał pierwszy to "Judgement Day". Przeciwpancernym ognia! Średnie tempo, lekkie przyspieszenie w refrenie, potężny wokal i okazuje się, że brytyjski heavy metal wcale nie musi być nudny. Co więcej, takie killery z UK zdarzają się ostatnio coraz rzadziej. No i ten Dio, to znaczy White pięknie wpasowany w kolejny numer, spokojnie, nie za szybko rozegrany "Feast of the Devil". Czyżby brytyjskie pociski przeciwpancerne były aż tak dobrej produkcji? No są, i każdy kolejny strzał burzy następny bunkier i pali wrogi pojazd pancerny. Okazuje się, że można i zagrać i nieco szybciej i bardziej przebojowo, a jednocześnie pozostać TANK w "Phoenix Rising", tyle że takim ubranym w mundur i RAINBOW i CORNERSTONE , na poligonie którego White ćwiczył ostatnio cięższe, brytyjskie, tradycyjnie metalowe śpiewanie. Gitary chodzą pięknie na tej płycie, te motywy są nieskomplikowane, podobnie jak i sola, ale to jest styl obu panów, którzy już tyle lat grają ze sobą i zdążyli wypracować pewien bardzo specyficzny styl, także w zagrywkach w duetach. Taki duet, ale wokalny, marzy się w niesamowitym "War Machine", gdzie White wręcz śpiewa a capella, a reszta na czele z punktującym basem podaje rytm w tym prawdziwie wojennym songu, budzącym i grozę i wywołującym refleksje, także zmęczonego żołnierza. Wojenne chórki wspierają White'a i jakże by się tu chciało usłyszeć i Dio i Blaze'a i każdego z tych dumnych, zmęczonych bojami wokalnych weteranów. "Great Expectations" to taka nowocześniejsza wersja numerów w klasycznych rytmach NWOBHM, więcej tu tez rocka, ale tym razem Rob Rock wspierać White'a nie musi, bo i w takim graniu Doogie czuje się jak ryba w wodzie. Ci panowie się nie zestarzeli duchem jak wiele innych kapel z UK i podają taka muzykę z lekkością i gracją, mimo że metalowego mięcha tu nie brak. Co tu gadać, brzmienie to 33% sukcesu tej płyty. Mocna perkusja z ostrymi blachami, bas wgniatający w ziemię i często wędrujący własną drogą. Doskonała selektywność, jakże odległa od zamulających nieczytelnych soundów różnych brytyjskich płyt z heavy metalem z ostatnich lat. Nadmiaru słodu nie ma nawet w balladowym "After All", i ciężkim i smutnym i zdecydowanie metalowym. Jest jakiś specyficzny klimat w tej kompozycji, szorstkiej, ale i nostalgicznej. TANK jak zwykle wrzuca coś lżejszego kalibru, tym razem ostrzeliwując się z karabinu maszynowego w "The Last Laugh". Ostrzał taki co najwyżej średnio skuteczny, podobnie jak dawka dobrego, choć nudnawego brytyjskiego hejwi metalu w "World Without Pity" Wreszcie na koniec majstersztyk w postaci "My Insanity". No taki inny TANK, nowocześniejszy w riffach, ale wierny wyspiarskiej tradycji. Tym razem doprawdy znakomite solo i taki rozmach w melodii przy jednoczesnej umiejętności wyciszenia tego w pewnych miejscach.

TANK zajechał i zwyciężył. Owszem, jest to inny TANK niż z Wardem, może nawet ta dyskusja, jaka się wywiązała przy okazji wykorzystywania nazwy ma swoje uzasadnienie, ale zespół ten może nazywać się nawet MARCHEWKA, grunt, że nagrał jedną z najlepszych płyt z heavy metalem tradycyjnym w Zjednoczonym Królestwie w pierwszej dekadzie XXI wieku.
Nie skreślajmy nigdy przed czasem starych firm, powracających po latach.
Czasem potrafią bardzo pozytywnie zaskoczyć - jak TANK.


Ocena: 9/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#8
Tank - War Nation (2012)
[Obrazek: 378133.jpg?1255]

Tracklista:

1. War Nation 06:10
2. Song of the Dead 05:06
3. Hammer and Nails 04:55
4. Don't Dream in the Dark 04:54
5. Grace of God 04:55
6. Dreamer 05:26
7. Justice for All 04:17
8. Wings of Heaven 05:33
9. State of the Union 04:00
10.Hard Road 03:52

Rok wydania: 2012
Gatunek: Traditional Heavy Metal
Kraj: Wielka Brytania

Skład zespołu:
Doogie White - śpiew
Cliff Evans - gitara
Mick Tucker - gitara
Chris Dale - bas
Steve Hopgood - perkusja


Gdy się powiedziało A...
TANK już  następnym roku po zaprezentowaniu "War Machine" przedstawił kolejny album z wojennej serii - "War Nation", wydany przez polską (!) wytwórnię Metal Mind Production z Katowic, w czym miałem zresztą swój skromny wkład.
W składzie pojawił się nowy perkusista Steve Hopgood (BATTLEZONE, KILLERS, PERSIAN RISK, LEGION), choć określenie nowy jest nieścisłe, bowiem Hopgood grał już w TANK w latach 1997-2001 i można go usłyszeć na dwóch płytach koncertowych.
Załoga w komplecie, paliwo w baku zatankowane do pełna, amunicja kompletna.
Pora ruszać...

War Nation. Gdy TANK gra ten tradycyjny brytyjski metal w umiarkowanym tempie i gdy śpiewa White jest bardzo dobry i bardzo elegancki, choć solo gitarowe mogłoby być tu ciekawsze. Ten oznaczony ponurym rysem styl z albumu poprzedniego zachowany został tu w niezbyt szybkim Song of the Dead, jednak refren jest łagodny, a część instrumentalna lekko połamana w riffach.
Jednym z najmocniejszych akcentów jest na tym LP Justice for All. Nie oznacza to, że naprawdę dobrym. Taki dosyć mocny, ale niekonkretny heavy metal, gdzieś tam przypominający nagrania DIO, ale na pewno nie z najlepszego okresu. Wrażenie to potęguje wokal White, bardzo zbliżony tu momentami do stylu R.J.Dio.
TANK przyspiesza w Hammer and Nails i gra najbardziej klasyczne riffy NWOBHM z gracją i wyważoną mocą, szkoda tylko, że nie wieńczy tego lepszym refrenem. Za to zagrywki solowe gitarzysty wyborne!
Jakieś bez wiary granie NWOBHM  w płaskim i przezroczystym State of the Union, jakby wyjętym ze słabych płyt SAXON i próby ratowania tego przez dialogi gitarzystów są nieudane. Śpiew White sztucznie wysoki i beznamiętny jak wokal Byforda.
TANK nie ustrzegł się jednak i tym razem lekkiego przynudzania w ugładzonym angielskim heavy metalu, z rockowymi refrenami w Don't Dream in the Dark, Wings of Heaven, czy też w Grace of God, choć ta kompozycja ma pewne cechy epickie. No i można u usłyszeć potęgę głosu White a 'capella, choć tylko przez kilka sekund. Doogie White lubi śpiewać takie oniryczne songi jak Dreamer. Tu ujawnia się jego talent, jego coverdalowski feeling... To jednak nie jest TANK, chyba, że TANK chce grać rock, albo AOR.
Czeka się i czeka na pancerną szarżę, ta jednak nie nadchodzi. Album kończy się instrumentalnym wypełniaczem Hard Road, zupełnie pozbawionym treści.

TANK nie wystrzelił ani jednego pocisku z działa, puścił tylko parę serii z karabinu maszynowego na wiwat.
Co z tego, że mamy do czynienia z albumem wyprodukowanym fantastycznie w każdym elemencie, skoro kompozycje są mdłe, nic nie noszące do heavy metalu z Wysp. White, czy dobra gra Hopgooda nie ukryją tu marnej postawy gitarzystów, grających schematycznie, mechanicznie i bez polotu. Uszło powietrze z muzyki TANK, zniknął zab, zniknął pazur oraz bojowy, trzymający w napięciu klimat.
TANK przedstawił album muzycznego środka, coś pomiędzy tradycyjnym heavy metalem, a akceptowanym w radio hard rockiem, do tego nawet mało atrakcyjnym dla miłośników lżejszego rockowego brzmienia.
To nie jest dobra płyta. To krok wstecz, znaczny krok wstecz w stosunku do "War Machine". Tytuł albumu jest mylący. Płyta powinna być zatytułowana "Don't Dream in the Dark"...
Tak, nie zasypiaj, ekipo TANK. Obudź się w Mroku przy następnej okazji.

ocena 6,5/10

new 12.08.2018
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#9
Tank - Valley of Tears (2015)
[Obrazek: 496713.jpg?1253]

Tracklista:

1. Valley of Tears 07:10
2. War Dance 05:04
3. Eye of a Hurricane 05:51
4. Hold On 05:52
5. Living a Fantasy 05:02
6. Heading for Eternity 04:38
7. World on Fire 04:55
8.Make a Little Time 05:11
9.One for the Road 03:10


Rok wydania: 2015
Gatunek: traditional heavy metal/hard rock
Kraj: Wielka Brytania

Skład zespołu:
ZP Theart - śpiew
Cliff Evans - gitara
Mick Tucker - gitara
Barend Courbois - gitara basowa
Bobby Schottkowski - perkusja
W roku 2014 dotychczasowy skład TANK rozsypał się zupełnie. Odszedł Doogie White, odeszła sekcja rytmiczna...
Duet gitarzystów Evans/Tucker to jednak twardy duet i TANK odrodził się szybko jak feniks z popiołów z holenderskim basistą z VENGEANCE, niemieckim perkusistą z SODOM i brytyjskim ex-wokalistą z DRAGONFORCE.
Tak, kto by się spodziewał, że usłyszymy ZP Theart w TANK.
Międzynarodowa armia zaciężna wydała swój album w sierpniu 2015 roku nakładem polskiej wytwórni Metal Mind Production.

Mimo dużych zmian personalnych jak to mówią "piosenka pozostała taka sama" i Evans z Tuckerem ponownie postawili na tradycyjny heavy metal wyspiarski zbudowany na rockowym i hard rockowym fundamencie. Tym razem kompozycje są dłuższe niż na LP poprzednim i od najdłuższego Valley of Tears rozpoczynają. Ta długość znaczy tu niezbyt dużo. To toczący się w dosyć wolnym , prawie ospałym tempie standardowy heavy metal brytyjski, poprawny, układny i umiarkowanie zapadający w pamięć z kilkoma łagodnymi fragmentami. Podobny w konstrukcji i tempie War Dance nic tu nie wnosi, a następnym Eye of a Hurricane o huraganie mowy nie ma, podobnie jak o dobrym heavy metalu, poza dobrym wejściem Schottkowskiego. Jest to wręcz ograny hard rockowy numer z zeppelinowskimi ciętymi riffami poza błahymi refrenami.
Rozgrywanie Hold On ma w sobie coś ze szwajcarskiego grania hard'n'heavy drugiego rzutu i Living a Fantasy umacnia wrażenie, że prezentowane są jakieś popłuczyny po gorszych numerach GOTTHARD. Heading for Eternity to kolejny numer z tej kategorii, lepszy od dwóch poprzednich, ale jakby co to lepiej już czas poświęcić na GOTHARD... albo amerykańskie bandy grające arena rock metal i to nawet niekoniecznie te z najwyższej półki.
Tu trzeba od razu zaznaczyć. ZP Heart jest świetny i robi wszystko, by te ograne melodie jakoś rozjaśnić i dać im własny rys.
W DRAGONFORCE musiał nadążać za pędzącymi z prędkością światła gitarami, tu ujawnia talent do śpiewania melodyjnego hard rocka i AOR. Piękny rockowy feeling w głosie i wyborne wyczucie konwencji. Tak na dobrą sprawę, to, że ten album jakoś można wysłuchać do końca to tylko jego zasługa, bo reszta po prostu rzemieślniczo ogrywa swoje i nawet Schottkowski nie ujawnia swoich możliwości, bo realnie to nie ma tu do czego w takim graniu.
World on Fire jest żywszy, bardziej heavy metalowy, nawet z elementami heavy/power trochę pod potoczyste kawałki DREAM EVIL i mimo prostoty to najbardziej udany utwór na tej płycie. Trochę podobny jest do niego Make a Little Time, gitary ryczą i są dosyć ostre, ale kompozycyjnie jest to jeszcze miałki numer na tej płycie.

One for the Road na koniec to przeciętny numer instrumentalny. Instrumentalnie jest ogólnie przeciętnie i nawet sola gitarzystów pozornie są tylko zadziorne i finezyjne. Gdy się lepiej wsłuchać nie ma tu niczego, co zwiastowałoby realne włożenie wysiłku w ich przygotowanie.
Produkcyjnie jest dobrze jak na prezentowany umiarkowanie radiowy melodyjny rock/metal, jednak do interesującego, bogatego czy też eleganckiego nowoczesnego soundu sporo brakuje i jest to produkcja typowa dla lat 90tych i Szwajcarii (ach, ten GOTTHARD!) i mocno przypomina właśnie to brzmienie z "Gotthard" (1992).
Dla fanów prawdziwego heavy metalu jest tu niewiele, miłośnicy mocniej zagranego hard rocka słyszeli już mnóstwo lepszych płyt. Ten album wielkiej popularności grupie TANK nie przysporzył, przyciągając tylko sensacyjnie dobranym wokalistą.
ZP Heart także nie uznał tego za sukces o ostatecznie, na fali kolejnych zmian personalnych w TANK, opuścił ten zespół w roku 2017 dołączając do słynnego amerykańskiego SKID ROW. Jego miejsce zajął inny wyborny wokalista David Readman (PINK CREAM 69, VOODOO CIRCLE, ADAGIO).
Być może z nim TANK nagra w końcu kiedyś lepszą płytę, choć jeśli spojrzeć na preferencje Readmana, to raczej także z obrzeży hard rocka.

ocena 6/10

new 9.01.2019
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości