Virgin Steele
#1
Virgin Steele - The House of Atreus: Act II (2000)
[Obrazek: 2766.jpg]

Tracklista:

Disc 1
1. Wings of Vengeance 05:12
2. Hymn to the Gods of Night 00:47
3. Fire of Ecstasy 05:16
4. The Oracle of Apollo 01:34
5. The Voice as Weapon 04:41
6. Moira 02:24
7. Nemesis 03:28
8. The Wine of Violence 05:40
9. A Token of My Hatred 08:24
10. Summoning the Powers 07:59

Disc 2
1. Flames of Thy Power (From Blood They Rise) 05:38
2. Arms of Mercury 04:50
3. By the Gods 04:04
4. Areopagos 00:28
5. The Judgment of the Son 01:56
6. Hammer the Winds 01:32
7. Guilt or Innocence 01:09
8. The Fields of Asphodel 01:17
9. When the Legends Die 05:59
10. Anemone (Withered Hopes... Forsaken) 00:56
11. The Waters of Acheron 01:15
12. Fantasy and Fugue in D Minor (The Death of Orestes) 04:22
13. Ressurection Day (The Finale) 10:29

Rok wydania: 2000
Gatunek: Epic Heavy Metal/Power Metal
Kraj: USA

Skład zespołu:
David DeFeis - śpiew, instrumenty klawiszowe
Edward Pursio - gitara, bas
Frank Gilchrist - perkusja

Akt II.
Aktorzy zagrali Akt I rok wcześniej i już tytuł sugerował, że Akt II rozegra się niebawem, choć nastąpiło to nadspodziewanie szybko.
W formie i treści to logiczna kontynuacja części pierwszej i zapewne inaczej być nie mogło.
Oba Akty w metalowej światowej spuściźnie zajmują miejsce szczególne i wywołują pytanie o granice teatralnej formy przekazu w muzyce heavy metal. W węższym zakresie to pytanie dotyczy granic formalnego rozbudowania epickiego grania i tego, jak daleko można się posunąć w stosowaniu poza metalowych środków wyrazu, aby nie przejść na pozycje grania progresywnego na granicy metalu i rocka, a może nawet wyjścia poza ta granicę.

Akt II, podobnie jak i I, jest skonstruowany bardzo przemyślnie. Kompozycje o wyraźnie heavy metalowym charakterze przedzielone są miniaturami muzycznymi, wykraczającymi poza ramy metalu i w zasadzie granica między tymi dwoma muzycznymi światami jest zarysowana ostro.
Oczywiście powiązanie głównym wątkiem spaja to wszystko w całość, tyle że ta spójność jest w dużej mierze pozorna. Tworzenie albumu jako całości o charakterze konceptu z zastosowaniem podobnych rozwiązań nie jest niczym oryginalnym, nie było też niczym nowym w roku 2000.
W przypadku Act II doszło jednak do zaburzenia proporcji.
Dwa CD, 90 minut muzyki, a wydaje się, że tego metalu jest tu mało. Gdyby te czasy zsumować, okazałoby się, że jest go dużo, ale ogólne wrażenie jest inne.
Powtarzanie tu całej historii, opowiedzianej muzyką i głosem DeFeisa, nie ma sensu, tę historię opowiedział VIRGIN STEELE w sposób niezwykły i momentami fascynujący.
Ile z tego to jednak epicki metal VIRGIN STEELE?
Pytanie też ile w tym heavy, a ile power metalu. "Wings of Vengeance" to power metal, bardzo dobry i zwiewny, nawet melodic power metal i tylko. Nie można tworzyć tu wrażenia, że to coś więcej, bo wtedy trzeba by za epicki power metal uznać jeszcze pewnie ze sto innych płyt, gdzie power metal ma pewne cechy progresywnej wzniosłości.

CD 1 zawiera metalu więcej niż CD 2. Zawiera też najlepsze kompozycje z "Fire Of Ecstazy" na czele i tu jest wszystko, czego potrzeba. Ten epicki rozmach w powerowej konwencji jest po prostu kompletny. Jest także kompletny w "The Voice as Weapon"i do tego miejsca album jest skonstruowany fantastycznie. Gdy jednak zaczyna się tworzenie instrumentalnej sztuki dla sztuki, która wcale fabuły nie posuwa do przodu w sferze muzycznej, siła oddziaływania tego albumu zaczyna słabnąć.
Nagle wszystko eksploduje w "The Wine of Violence", ale potem dwie następne kompozycje, rozbudowane i złożone, zacierają to wrażenie. "A Token of My Hatred" zawiera za mało metalu, bo metal to gitara, a nie klawisze jako instrument pierwszoplanowy i ani solo, ani wokale tu niczego nie zmienią. Ta kompozycja to pierwszy krok do "Vision Of Eden", także w swej z lekka pozbawionej treści rozciągłości. Metal nie może być także przekazem jednego aktora, jak w "Summoning the Powers". Tu jest tylko DeFeis i podgrywający mu zespół, a to za mało w metalu, który jest heavy metalem lub power metalem.
CD2 to tak naprawdę tylko "Arms Of Mercury", choć i tu jest mało metalu. W samej sile oddziaływania jest jednak więcej niż we "Flames of Thy Power" i "By the Gods", dla których w pewnym stopniu stanowi interludium. Jeśli niepowtarzalność i geniusz VIRGIN STEELE gdzieś się na tym LP ujawnia, to w tym utworze. Całościowo tylko w tym i jednocześnie szkoda, że trudna chwilami w odbiorze długa droga do Finału nie jest w tym Finale tak niezwykła.
Ta druga część Aktu II jest bardzo spokojna, łagodna i klimatyczna, jednak ten klimat jest przesadnie pastelowy i w "When the Legends Die" to zapewne słychać najbardziej.
Rozmywanie gatunkowe w niekończącej się serii miniatur zdecydowanie osłabia siłę oddziaływania "Ressurection Day". O ile Akt I kończył się w sposób nieokreślony, co w pewnym stopniu jest zrozumiałe, to zwieńczenie całości mogło być lepsze. Może nie należało oczekiwać tu drugiego "Veni, Vidi, Vici", bo to dwa różne style, ale to nie jest Finał wystarczająco godnie wieńczący prawie 170 minut muzycznej idei wyrażonej w obu Aktach "The House Of Atreus".

Jest to bardzo dobra płyta. Bardzo dobra, ale nie genialna. Genialność w metalu nie polega na dyspersji stylistycznej, rozmywającej metal jako taki, a estetyzm dla estetyzmu nie jest zgodny z ideą metalowej muzyki.


Ocena: 8/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#2
Virgin Steele - Visions of Eden (2006)
[Obrazek: 123401.jpg]

Tracklista:

1. Immortal I Stand (The Birth of Adam) 06:33
2. Adorned with the Rising Cobra 09:40
3. The Inefable Name 07:48
4. Black Light on Black 07:03
5. Bonedust 06:10
6. Angel of Death 08:37
7. God Above God 07:13
8. The Hidden God 06:51
9. Childslayer 05:22
10. When Dusk Fell 06:57
11. Visions of Eden 07:16

Rok wydania: 2006
Gatunek: Epic Heavy Metal
Kraj: USA

skład zespołu:
David Defeis - śpiew, instrumenty klawiszowe
Edward Pursino - gitara, bas
Frank Gilchriest - perkusja

Należy przyjąć założenie, że heavy metal przyszłości to heavy metal klawiszowy. Klawiszowe instrumenty klawiszowe, klawiszowe gitary oraz klawiszowa sekcja rytmiczna ze szczególnym wyeksponowaniem klawiszowej perkusji. Do tego oczywiście dopasowany wokalista, a najlepiej, żeby i on grał na instrumentach klawiszowych.
Tu potrzebny jest wizjoner, co więcej taki, który jest postacią znaną, cenioną i szanowaną, aby jego wizja nie była uznana za wybryk niszowego grajka z Dorzecza Bambezi.
Takim wizjonerem jest David Defeis wraz z VIRGIN STEELE, który to zespół może powinien poprzestać na drugim akcie "The House of Atreus" w roku 2000.

Tak, zdecydowanie powinien, bo wizja klawiszowego metalu jest niebezpieczna. Rodzi ona przeświadczenie, że parapet jest ważniejszy od samego okna, może też spowodować, że nagle się pojawią naśladowcy i metal umrze, co zresztą już niektórzy wyprorokowali.
Trzech bohaterów.
David Defeis.
To guru. Rzecz wiadoma. Niemniej czy można zastąpić dominację gitary w metalu, tym bardziej epickim, plumkającymi eterycznymi klawiszami i pseudo symfonizacjami, zaprogramowanymi na instrumenty klawiszowe? Tak, można. On to zrobił i zabił muzykę VIRGIN STEELE, potężną, dostojną, pełną mocy i wzniosłości. Niemetalowe ozdobniki w muzyce tego zespołu występowały od dawna, ale istnieje różnica pomiędzy ozdobnikami i interludiami oraz miniaturami, a przeniesieniem ciężaru na klawiszowe plumkanie jako sensu i treści muzyki, określanej oficjalnie jako metalowa.

Osiemdziesiąt minut klawiszowych popisów w jednostajnych tempach, to średnio szybkich, to znów wolniejszych było by jeszcze do strawienia, zwłaszcza dla wojowników, zaprawionych w bojach poprzez oglądanie eliminacji ćwierćfinałowych Festiwalu Szopenowskiego w transmisjach na żywo, ale tam przynajmniej nie śpiewają. Defeis śpiewa i to jest jeszcze gorsze od matowego plumkania.
Wysokie popiskiwania, od czasu do czasu wspierane okrzykami, moc których nie przebiła by nawet styropianowego kasetonu mieszają się z zaśpiewami charakterystycznymi dla boysbandów, występujących przed spożyciem śniadania, gothic rockowych zespołów smutnego love/hate grania i dokuczliwego smęcenia teściowej, która niespodziewanie przyjechała z dłuższą wizytą.

Edward Pursino.
Ponieważ nie opanował jeszcze do końca wirtuozerskiej gry na klawiszowej gitarze, używa zwykłej, także basowej, czyni to jednak bardzo oszczędnie, aby nie psuć istotnej tu najbardziej klawiszowej osnowy. Czasem zagra jakieś solo, zazwyczaj chaotyczne i stanowiące dysonans z niebiańskimi tonami wszystkich pozostałych klawiszowych instrumentów. Absolutnie jednak unika stworzenia wrażenia, że po dodaniu odrobiny mocy gitarowej, ta muzyka stała by się słuchalna.
Oczywiście musi to być zwiewne i ponętne, jak powiewająca na wietrze halka.
Bas chyba jest, jednak mój słuch przytępiony przez lata słuchania "Małżeństw", "Invicus" i innych tam mało odkrywczych i tuzinkowych płyt VIRGIN STEELE go nie wychwytuje.

Frank Gilchriest.
Mistrz. Jego mi po prostu żal. Opukiwanie perkusyjnego zestawu do nieustannie plumkającego zestawu instrumentów klawiszowych to zadanie dla herosa. Dał radę, tyle że brzmienie tego instrumentu jest zaskakujące i nie śmiem wysnuć wniosku, że to może być opukiwanie automatyczne i elektronicznie modulowane. To niemożliwe.

Same kompozycje są fajne. Dużo tu polatującej ku gwiazdom epiki i najlepiej mi się tego słucha, gdy jestem odziany w krótką tunikę i sandałki.
Niestety, w tym stroju wyglądam śmiesznie. To jest jednak śmieszna płyta, a rzeczy śmieszne śmieszą jeszcze bardziej, gdy chodzą parami.


Ocena: 4/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#3
Virgin Steele - Noble Savage (1985)
[Obrazek: 681.jpg]

Tracklista: (Cobra Records)

1. We Rule the Night 05:40
2. I'm on Fire 03:56
3. Thy Kingdom Come 03:41
4. Image of a Faun at Twilight 01:16
5. Noble Savage 07:30
6. Fight Tooth and Nail 03:32
7. The Evil in Her Eyes 04:44
8. Rock Me 03:38
9. Don't Close Your Eyes 05:07
10. Angel of Light 07:00
wydanie T & T Records (1997 CD) - rozszerzone o:
11. Obsession (It Burns For You) 05:37
12. Love And Death 04:26
13. Where Are You Running To 04:16
14. The Spirit Of Steele 02:50
14. Come On And Love Me 03:51
16. The Pyre Of Kings  01:17
z okładką

[Obrazek: 459748.jpg?0218]

Rok wydania: 1985/1997
Gatunek: Heavy Metal
Kraj: USA

Skład zespołu:
David DeFeis – śpiew, instrumenty klawiszowe
Edward Pursino – gitara
Joe ‘O’ Reilly – gitara basowa
Joey Ayvazian – perkusja

1997:
Rob DeMartino - gitara basowa
Frank Gilchriest - perkusja


Jest to trzeci album VIRGIN STEELE i pierwszy, gdzie zaczęła się wyraźniej rysować epicka linia twórczości Davida DeFeisa.
Tym razem zabrakło już Jacka Starra i nowym gitarzystą jest tu Edward Pursino. Twardszy styl gry i mocniejszy jeszcze bardziej ekspresyjny wokal Defeisa sprawiają, że album nabrał w znacznej mierze epickiej surowości cechującej w tym czasie nagrania MANILLA ROAD oraz mniej agresywne propozycje US Power.

Pierwsza część albumu zawiera bardzo dobre, rasowe heavy metalowe kompozycje w lekko barbarzyńskiej konwencji -We Rule the Night z pompatycznym zakończeniem, surowy, rytmiczny I'm on Fire przypominający nieco swą drapieżnością wczesne numery SAVATAGE  z apokaliptycznymi zagrywkami Pursino oraz dumny, rycerski Thy Kingdom Come z łagodniejszymi akcentami w refrenie.
Potem VIRGIN STEELE zadziwia numerem tytułowym Noble Savage, z odważniejszym użyciem instrumentów klawiszowych w tle oraz tym ładunkiem dramatycznej epiki, jaka potem utrwaliła pozycję grupy na szczytach heavy epic.
Są tu i wspaniałe zagrywki Pursino, potężne litaury Ayvazian oraz ten przepiękny melancholijny fragment końcowy z wysokimi wokalami DeFeisa i klawiszami, przez wielu uważanych za arcydzieło i geniusz twórczy lidera. Przychylam się do tej opinii. Fight Tooth and Nail to akcent mocny i agresywny, pełen mocy true grania i nerwowego rytmu, który MANOWAR zastosował z powodzeniem w roku 1987. Doskonały numer!
Trudno jednak mówić o doskonałej płycie  skoro umieszczone zostały na niej takie trywialne heavy metalowe kompozycje jak The Evil in Her Eyes i Rock Me. Zwłaszcza ten glamowy numer jest mocno kompromitujący. Co ciekawe w lżejszym metalowym graniu DeFeis potrafił stworzyć taki doskonały kawałek, jak spokojny melodyjny Don't Close Your Eyes, generalnie bezpretensjonalny, nawiązujący w dojrzały sposób do hard rockowych korzeni zespołu.
Zamykający ten LP Angel of Light, długi o wyraźnym nastawieniu na ekspozycję klawiszy jest jednak już tylko dobry. Gdzieś w pewnym momencie DeFeis gubi tu jakby najważniejszy wątek muzyczny w refrenach niespecjalnie dostosowanych do stylizowanego na orientalny motyw główny. Pursino gra trochę jazz rockowe solo iw pewnym momencie zaczyna to zmierzać w ślepą uliczkę space rocka.

Wokale Defeisa są wyborne, ale połowa sukcesu to fenomenalna gitara Edwarda Pursino, który nie tylko godnie zastąpił Starra, ale nawet go w takim graniu przewyższył. Produkcja jest bardzo dobra i obok gitary także sekcja rytmiczna jest wyśmienicie wyeksponowana.
Ogólnie wszystko to wyszło niemal bardzo dobrze, tyle że płyta jest nierówna i niezbyt  przemyślana pod względem ostatecznego doboru repertuaru (7,7/10).

W roku 1997 DeFeis, chyba nie do końca zadowolony z tego albumu, postanowił wydać reedycję z inną  okładką i znacznie rozszerzoną o nowe kompozycje w epickim stylu. Oniryczny wstęp do Obsession (It Burns For You) prowadzi do surowego epic heavy metalowego rozwinięcia z dumnym rozpoznawalnym refrenem. Pięknie czaruje VIRGIN STEELE w zagranym częściowo na gitarach akustycznych Where Are You Running To i ta rockowa kompozycja jest pełna wdzięku, ciepła i autentycznego rozmarzenia. W zagranym w średnim tempie, nieco rwanym Come On And Love Me z szybszym refrenem DeFeis pokazuje swoje możliwości w górnych rejestrach i rzeczywiście ma co pokazać. The Spirit Of Steele to niecałe trzy minuty mega epickiego grania klimatycznego, nastrojowego i przesyconego klawiszami lidera i mocną gitarą. Wiele takich kompozycji znajdzie się potem chociażby na "Invictus".
Słabszy w tym towarzystwie jest nowy, prosty heavy metalowy Love And Death, w tworzeniu którego brał udział DeMartino. W sumie te dodane kompozycje okazały się bardzo dobrym uzupełnieniem (8,1/10).
Ten LP doczekał się jeszcze potem wielu innych reedycji, w tym zremasterowanej wersji 1997 z dodatkową płytą bonusową Steamhammera z 2011.


new : 26.10.2018
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#4
Virgin Steele - Age Of Consent (1988)
[Obrazek: 693.jpeg?0410]


Tracklista:
1. On the Wings of the Night [4:41]
2. Seventeen [4:21]
3. Tragedy [4:22]
4. Stay on Top  (Uriah Heep cover) [3:37]
5. Chains of Fire [3:35]
6. The Burning of Rome (Cry for Pompeii) [6:39]
7. Let It Roar [3:49]
8. Lion in Winter [5:32]
9. Cry Forever [4:33]
10. We Are Eternal [4:11]
Rok wydania: 1988
Gatunek: Heavy Metal
Kraj: USA
Skład:
David DeFeis – Śpiew, instrumenty klawiszowe
Edward Pursino - Gitary
Joe O'Reilly – Gitara basowa
Joey Ayvazian – Perkusja


Rok wydania:  (drugie wydanie - 1997)
Gatunek: Heavy Metal
Kraj: USA

[Obrazek: 459755.jpg?2328]


Tracklista:

1. The Burning of Rome (Cry for Pompeii) [6:39]
2. Let It Roar [3:49]
3. Prelude to Evening [1:11]
4. Lion in Winter [5:32]
5. Stranger at the Gate [1:31]
6. Perfect Mansions (Mountains of the Sun) [8:34]
7. Coils of the Serpent [1:24]
8. Serpent's Kiss [8:16]
9. On the Wings of the Night [4:41]
10. Seventeen [4:21]
11. Tragedy [4:22]
12. Stay on Top (Uriah Heep cover) [3:37]
13. Chains of Fire [3:35]
14. Desert Plains (Judas Priest cover) [4:52]
15. Cry Forever [4:33]
16. We Are Eternal [4:11]

Skład zespołu

David DeFeis – Śpiew, instrumenty klawiszowe
Edward Pursino - Gitary
Joe O'Reilly – Gitara basowa
Joey Ayvazian – Perkusja
Rob Demartino – Gitara Basowa w utworach 6, 8, 14
Frank Gilchriest – Perkusja w utworach 6, 8, 14


Kontynuacja epickiej drogi VIRGIN STEELE pod wodzą DeFeisa to płyta "Age of Consent"  z roku 1988 wydana przez Maze Music. Nagrany  w Beartracks Studio, Suffern, New York i zremasterowany w Kanadzie album jest nadal etapem poszukiwań DeFeisa tych najwłaściwszych zarówno treści jak i form wyrazu muzycznego VIRGIN STEELE.

Dosyć błahe rockowe kompozycje Seventeen, We Are Eternal czy raczej niefortunnie dobrany cover URIAH HEEP Stay on Top to spojrzenie do tyłu i na szczęście ostateczny rozrachunek z hair i arena metalem made in USA.
Mocny akcent na wzniosłą epickość jest fundamentem, na którym zbudowane zostały klasyki z tej płyty.
Zwiastuje to otwarcie w postaci zagranego niezbyt szybko i na rockowa modłę On the Wings of the Night z chwytliwą melodią oraz zabójczym refrenem, niby także rockowo chwytliwym, ale jaka tu  jest podskórna epicka moc!
Nieśmiertelność zyskał wspaniały The Burning of Rome (Cry for Pompeii) o potężnym ładunku drapieżnego monumentalizmu z refrenem jakiego się nigdy nie zapomni. To jeden z najwspanialszych refrenów historii heavy metalu.
One nation, one kingdom, one child survives

Drugi mega killer epicki to Lion in Winter, rozwijający się dosyć niewinnie z melodyjnego power i w pewnym momencie wprawiający w osłupienie i zachwyt partią z chórkami, refrenem i kapitalny solem Pursino. Miazga, metalowa miazga! Diamentowy zestaw dopełnia Cry Forever, przecudownej urody balladowy song w najlepszej tradycji gigantów rocka lat 70-tych i 80-tych. To jeden z najbardziej poruszających, szczerych romantycznych songów w historii muzyki rockowej w ogóle. Wzruszenie podobne jak wtedy gdy się słucha jak Michale Bolton śpiewa "When a Man Loves A Woman"...
Bardzo dobre są również dynamiczny heavy/power metalowy Chains of Fire oraz pełen rockowego blasku lekki i zwiewnie zagrany Tragedy. Z mocniejszych kawałków jedynie Let It Roar wydaje się odrobinę zbyt trywialny w kopiowaniu stylu USPower metal.
Wokale Defeisa kapitalne - plastyczne i pełne agresji, a gdy trzeba zniewalającej łagodności. Purisno również gra wybornie, jednak jego sola są tym razem nieco niższej klasy niż na "Noble Savage". Kompetentna sekcja rytmiczna po raz kolei gra na wysokim poziomie.
Brzmienie jest doskonałe.  "Sharp & Clear",a gdzie trzeba (klawisze i orkiestracje) umiejętnie stonowane i wygładzone.
Ekspozycja planu drugiego mistrzowska. Chris Bubacz, który się tym zajmował zrobił sporo więcej niż przy debiutach METALLICA czy ANTHRAX.
Mimo, że album jest nierówny to najsłynniejsze utwory oraz wykonanie i produkcja pozwalają uznać go za więcej niż bardzo dobry.

ocena: 8,5/10

W roku 1997 także i ten LP został wydany ponownie z rozszerzoną listą utworów. Znalazły się tu dwa epickie potwory Defeisa, z absolutnie ścisłej czołówki jego kompozycji w tym gatunku. Na pierwszym miejscu należy postawić genialny Perfect Mansions (Mountains of the Sun) z morderczymi refrenami śpiewanymi przez Defeisa dwoma głosami. Do tego przepotężne, technicznie wysoko zaawansowane solo Pursino i wspaniałe partie perkusji. Arcydzieło epic metalu. Absolutne zniszczenie!
Drugi to klimatyczny, nieco surowy Serpent's Kiss poprzedzony inwokacją Coils of the Serpent. Kompozycja ta opta jest o specyficzny zestaw riffów, poniekąd niemetalowego pochodzenia. Powolna narracja, wokal drapieżny, wprowadzający otoczkę epickiego horroru. Interesująca jest szybsza partia gęsto obudowana basem i to trochę przypomina barbarzyńską stylistykę MANOWAR oraz dynamiczne zakończenie w monumentalnym stylu i ... z pianinem.

Płyta rozbudziła apetyty na muzykę VIRGIN STEELE, ale różne czynniki spowodowały, że na kolejny epicki album zespołu przyszło poczekać kilka lat.

new 8.11.2018
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#5
Virgin Steele - The Marriage Of Heaven And Hell - Part One (1994)

[Obrazek: 2760.jpg]

Tracklista:

1. I Will Come for You 05:47
2. Weeping of the Spirits 05:42
3. Blood and Gasoline 05:32
4. Self Crucifixion 04:03
5. Last Supper 06:37
6. Warrior's Lament 02:18
7. Trail of Tears 06:54
8. The Raven Song 05:01
9. Forever Will I Roam 05:21
10. I Wake Up Screaming 04:37
11. House of Dust 04:04
12. Blood of the Saints 04:48
13. Life Among the Ruins 06:02
14. The Marriage of Heaven and Hell 03:39

Rok wydania: 1994
Gatunek: Heavy Metal
Kraj: USA

Skład :
David DeFeis – śpiew, instrumenty klawiszowe
Edward Pursino – gitara, gitara basowa, gitara akustyczna
Joey Ayvazian – perkusja

Gdy po kilku latach milczenia VIRGIN STEELE wydał w roku 1993 mdły rock/metalowy album " Amongs The Ruins" wielu przepowiadało, że David DeFeis się skończył.Tymczasem w grudniu 1994 pojawia się nakładem niemieckiej T& T Records "The Marriage Of Heaven And Hell - Part One"... i wraca epicki wspaniały VIRGIN STEELEpilog

Średnie tempa, drapieżny dramatyczny śpiew DeFeisa i rozpoczyna się wycieczka po Niebie i Piekle w znakomitym, lekko surowym i lekko progresywnym w partiach klawiszowych I Will Come for You. No i to niespodziewane łagodne solo Pursino prowadzące melancholijny śpiew Davida.
To, że album będzie miał rys progresywny, czuje się praktycznie od początku, ale że będzie to połączone z taką epicką mocą jak w rytmicznym, mocno akcentowanym Weeping of the Spirits wskazuje, że zostało to przemyślane w najdrobniejszych szczegółach. Z jaką łatwością przechodzą od delikatnych ornamentacji do twardego heavy metalu!
Taki stosunkowo twardy, ale nie trywialny heavy classic to Blood and Gasoline, który gdyby został zagrany szybciej, zyskałby z pewnością jeszcze więcej.
Fragment albumu od Self Crucifixion do Trail of Tears jest nieco słabsza, po części pozbawiona metalowej mocy, po części progresywnie pastelowa (Trail of Tears) lub monotonna w epickim przekazie (Last Supper).
Mocniej i szybciej jest w surowym The Raven Song odegranym z power metalową energią, przy czym nie zabrakło tu miejsce na zdecydowanie rockowe solo Pursino. Natomiast Forever Will I Roam to jeden z tych chwytających za serce łagodnych pompatycznych songów DeFeisa z gitarą akustyczną, klawiszami i dewastującym super eleganckim refrenem.
Zrobione to jest przepięknie i bogato, także dzięki finezyjnej grze Pursino.
Dalsza część płyty to nieustający popis DeFeisa i Pursino jako kompozytorów i całego zespołu jako mistrzów wykonania.Bujający, pulsujący gitarą I Wake Up Screaming jest misterny mimo pozornej powtarzalności riffów, balladowy House of Dust urzeka emocjonalnym wokalem DeFeisa i kolejnym wspaniałym refrenem.
VIRGIN STEELE ponownie staje się surowy i chłodny w Blood of the Saints, mającym muzycznie dużo wspólnego z wypolerowanym US Power Metalem. Tu zachwyca potoczysty rozległy epicki refren. Wspaniały i pełen dumy i elegancji.
Takim zapewne przekornym żartem było umieszczenie na tym albumie numeru pod tytułem Life Among the Ruins. Nie był to utwór z tamtego albumu, to nowa kompozycja, gdzie dużo mocnej perkusji, rytmicznych ataków gitarowych i doskonałych melodii oraz progresywnych wstawek i wysmakowanych solówek. Doprawdy z rockowa młócką z z 1993 wspólnego mało.

Głośna perkusja z bardzo mocno zaakcentowanym werblem i centralką, dosyć surowa gitara elektryczna, pięknie zrobiona akustyczna i gustowne, nienachalne klawisze i orkiestracje. Mastering jest dziełem Ansgara Ballhorna z Niemiec.
Wyborne wykonanie, chociaż można odnieść wrażenie, że nie ma w tym tyle żaru i pasji, ile było na chociażby "Age Of Consent".
Jeśli nawet po części ten album czerpie z fundamentów rockowych, na jakich zbudowany był "Amongs The Ruins", to ten fundament krzepko utrzymuje epickie, monumentalne mury. Oznaczenie "Part One" rozbudziło apetyty na więcej i VIRGIN STEELE nie kazał tym razem długo czekać na "Part Two".

ocena : 8,4/10

new 18.11.2018
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#6
Virgin Steele - The Mariage Of Heaven And Hell Part Two (1995)

[Obrazek: 2762.jpg]

Tracklista:

1.A Symphony of Steele 05:21
2.Crown of Glory 06:02
3.From Chaos to Creation 01:44
4.Twilight of the Gods 04:03
5.Rising Unchained 05:43
6.Transfiguration 03:52
7.Prometheus the Fallen One 07:48
8.Emalaith 09:52
9.Strawgirl 05:28
10.Devil/Angel 04:18
11.Unholy Water 05:36
12.Victory Is Mine 04:21
13.The Marriage of Heaven and Hell Revisited 02:17

Rok wydania: 1995
Gatunek: Heavy Metal
Kraj: USA

Skład zespołu:
David DeFeis – śpiew, instrumenty klawiszowe
Edward Pursino – gitara, gitara basowa, gitara akustyczna
Joey Ayvazian – perkusja
Frank Gilchriest – perkusja (2, 7, 8)
Frank Summo – perkusja  ("The Marriage of Heaven and Hell Revisited")

Druga część "The Mariage Of Heaven And Hell" ukazała się w grudniu 1995 T&T Records), przy czym w czasie sesji nagraniowej nie obyło się bez problemów. Joey Ayvazian odszedł w trakcie jej trwania i  Defeisa wspomógł wspaniały Frank "The Baron von Helmet" Gilchriest, który stał się w następstwie pełnoprawnym członkiem zespołu oraz Frank Zummo, który zagrał na instrumentalnej miniaturze The Marriage of Heaven and Hell Revisited, zamykającej ten album.

Tym razem VIRGIN STEELE także zaprezentował ponad godzinę muzyki, stylistycznie utrzymanej w klimatach  "Part One".
Rozpoczęcie tej płyty jest wspaniałe i monumentalne. A Symphony of Steele po opartym na instrumentach klawiszowych wstępie przekształca się w heavy/power metalowy killer bardzo podobny w narracji i melodii do nagrań MANOWAR.
Crown of Glory to ciąg dalszy epickiego grania i ten numer przypomina w swej formie On the Wings of the Night, są tu także w drugiej połowie znakomite partie o łagodniejszej wymowie muzycznej.
Bardzo dobry, choć nie tak porywający jest także Twilight of the Gods, tradycyjny rycerski galopujący heavy metal z bardzo dynamicznymi partiami perkusji Ayvaziana.
Środkowa część tego albumu jest dyskusyjna. Często mówi się, ze takie rozbudowane kompozycje jak Prometheus the Fallen One czy Emalaith to szczytowe osiągnięcie VIRGIN STEELE w łączeniu metalowych podgatunków.
Owszem wykorzystanie ancient wschodnich motywów jest interesujące, ale ani nie nowatorskie, ani zbytnio nie wpływające na jakość Prometeusza,  a wysublimowany Emalaith tak naprawdę zmierza donikąd w wyrażeni epickości i brakuje tu realnego rozmachu. Warto jednak odnotować wyborne partie perkusyjne Franka Gilchriesta. Rising Unchained to dosyć trywialny numer w ramach klasycznego heavy metalu, a pastelowy song Transfiguration tak naprawdę ratuje tylko przepiękne solo gitarowe Pursino. Strawgirl  to dobra, ale tylko dobra kontynuacja słynnych romantycznych songów VIRGIN STEELE.
Natomiast końcówka jest co najmniej bardzo dobra. Mocny, riffowy, gitarowy Devil/Angel zagrany został przez Pursino z fantazją i jest to znakomity heavy/power metalowy numer, potoczysty i autentyczny. Co ciekawe w pewnym momencie Pursino pogrywa tu w stylu Jeffa Watersa z ANNIHILATOR.... Wysokiej klasy jest także Victory Is Mine z potężną gitarą, nie za szybki i nadspodziewanie łagodnym prowadzeniem tego wszystkiego przez DeFeisa. Mocny powrót do muzyki grupy z lat 80-tych. Podobną opinię można wypowiedzieć w stosunku do rycerskiego, niemal barbarzyńskiego Victory Is Mine w umiarkowanym tempie. Tu są chyba jedne z najbardziej wyrazistych i drapieżnych wokali DeFeisa na całej płycie, zwłaszcza w refrenie.

Solidna amerykańska klasyczna produkcja, sound zdominowany przez głośną perkusję, mocny bas i z dobrze zrobionym, dosyć odległym planem klawiszowym. Gitara ustawiona bardzo indywidualnie, w zależności od potrzeb - od miękkiej i raczej cichej w rozbudowanych kompozycjach o cecha progresywnych do ryczącej i ciężkiej w true epic heavy kawałkach.

Jest to oczywiście płyta bardzo dobra, jednak pod względem melodii i samego wykonania nie tak atrakcyjna jak albumy poprzednie. Najdłuższe kompozycje z lekka rozczarowują, a klasyczne patenty VIRGIN STEELE są nieco rozmyte i rozmazane. Tak, czy inaczej, pozycja w ścisłej czołówce epickiego metalu z elementami progresywnymi została dla VIRGIN STEELE ugruntowana i pora było na następny muzyczny krok.

ocena 8/10

new 18.11.2018
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#7
Virgin Steele - Invictus (1998)
 
[Obrazek: 459776.jpg?4628]
Tracklista:
1.The Blood of Vengeance 01:53
2.Invictus 05:35
3.Mind, Body, Spirit 07:17
4.In the Arms of the Death God 01:19
5.Through Blood and Fire 05:30
6.Sword of the Gods 07:32
7.God of Our Sorrows 01:19
8.Vow of Honour 01:02
9.Defiance 06:30
10.Dust from the Burning 04:32
11.Amaranth 00:22
12.A Whisper of Death 08:22
13.Dominion Day 06:35
14.A Shadow of Fear 06:11
15.Theme from the Marriage of Heaven and Hell 00:22
16.Veni, Vidi, Vici 10:43

Rok wydania: 1998
Gatunek: epic heavy metal
Kraj: USA

Skład:
David DeFeis - śpiew, instrumenty klawiszowe
Edward Pursino - gitary
Rob DeMartino - gitara basowa
Frank Gilchrist - perkusja

Kiedy zakończone zostały prace nad "The Marriage of Heaven and Hell" DeFeis zapowiedział stworzenie albumu konceptualnego opartego po części na doświadczeniach obu części "The Marriage.." i pracował nad tym dziełem w studio Media Recording, Bellmore NY przez ponad dwa lata. Płyta, zatytułowana "Invictus" ukazała się w kwietniu 1998 nakładem T & T Records i z miejsca została okrzyknięta najlepszym dziełem VIRGIN STEELE i najdoskonalszym epic heavy metalowym album konceptualnym w historii.

Oficjalnie "Invicus" jest trzecią częścią "The Marriage of Heaven and Hell", jednak to muzycznie album znacznie cięższy. To majestatyczne i monumentalne dzieło, gdzie duchowa podróż DeFeisa przez czas i przestrzeń tym razem zmierza ku ostatecznemu jej zwieńczeniu.Długie, rozbudowane kompozycje łączone i dzielone są instrumentalnymi interludiami i prologami, przeważnie o charakterze symfonicznym i skonstruowane podobnie jak na dwóch poprzednich albumach z kunsztownych partii klawiszowych DeFeisa. Otwarcie w postaci Invictus jest bardzo mocne i drapieżne, zwraca uwagę barbarzyński klimat przypominający bojowe hymny MANOWAR i chwilami niemal speedowa gitara Pursino. Słychać też przewijające się przez całą płytę elementy orientalne, ancient oraz zdecydowaną równowagę pomiędzy gitarą, a instrumentami klawiszowymi i pianinem DeFeisa. Potężny riffowo Mind, Body, Spirit wyraża podstawowe przesłanie albumu i pięknie zaakcentowane jest to zdecydowanie łagodniejszą, klimatyczną częścią drugą. Epicka opowieść rozwija się w surowym w gitarze i delikatnym w części partiii wokalnych, zagranym w szybkim tempie Through Blood and Fire, by przejść do kapitalnego pod względem epickim Sword of the Gods, z podniosłym, nośnym refrenem. Defiance jest bardziej ponury, galopujący nerwowo, z bogatym tłem perkusyjnym,. Tu także znalazło się miejsce dla fragmentu przeznaczonego tylko dla aktorskiego manifestu DeFeisa. Następujący zaraz po nim Dust from the Burning, niezbyt długi, jest dosyć standardowym utworem heavy metalowym i warto zwrócić tu uwagę na rozbudowane solo Pursino, ze śladowymi elementami neoklasycznymi.
A Whisper of Death jest kompozycją najbardziej klimatyczną, zawiera także najwięcej refleksyjnego klimatu, uzyskanego po części przez zdjęcie gitarowego ciężaru w części wstępnej. Może trochę szkoda, że potem jest tu sporo tradycyjnego heavy metalu średniej klasy i dopiero w końcowej części wraca chwilami oniryczny nastrój wygenerowany na początku.
W przypadku Dominion można mieć początkowo wrażenie, że będzie to uroczysty hymn, jednak utwór ten to rytmiczny epic heavy metal z momentami falsetowym wokalem DeFeisa, ogólnie jednak w klasycznej amerykańskiej stylistyce epic kojarzonej z MANOWAR. Tym razem Pursino w solo gitarowym znacznie rozbudowuje rycerski klimat tej kompozycji.
A Shadow of Fear jest masywnym numerem heavy epic, ale nieco mniej atrakcyjnym od wszystkich pozostałych. Takim bardziej zwyczajnym może...
Kulminacja to majestatyczny, monumentalny kolos Veni, Vidi, Vici. Przepiękny i wspaniały, kumulujący w sobie i łagodność śpiewu DeFeisa i kapitalne true heavy zagrywki Pursino. Ta historia rozwija się stopniowo, rozwija się powoli eksplodując w niesamowitych refrenach i cudownej partii instrumentalnej stanowiącej jeden wielki popis kunsztu gitarowego Pursino i talentu DeFeisa do tworzenia orkiestracji i inkrustacji przy pomocy pianina.

Wokale DeFeisa są lepsze niż na obu częściach "The Marriage", także Pursino gra bardziej kreatywnie i fantazyjnie w solach.
Nie można również zapominać o rewelacyjnych partiach perkusji Gilchriesta, grającego tu z niebywałym wyczuciem.
Brzmieniowo album rozwiązany jest jako kompromis pomiędzy ciężką gitarą, mocno słyszalną sekcją rytmiczną, ze znakomicie zrobionym basem (Sword of the Gods !) i subtelnymi tonami pianina i instrumentów klawiszowych. DeFeis jest ustawiony centralnie, ale bez zdecydowanego wysuwania do przodu. Mastering to dzieło Michaela Sarsfielda, Kanadyjczyka z Nowego Jorku.
"Invictus" to absolutny klasyk gatunku epic heavy. Płyta doczekała się wielu wydań, także w Japonii. W roku 2014 ukazała się także wersja zremasterowana (Steamhammer), choć nie bardzo wiem co tu trzeba było poprawiać.Triumf muzycznego geniusz DeFeisa.

ocena 9,5/10

new 6.12.2018
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#8
Virgin Steele - Ghost Harvest - Vintage I - Black Vine For Mourning (2018)

[Obrazek: 741992.jpg?2725]

tracklista;
1.Seven Dead Within 07:59
2.Green Dusk Blues 07:42
3.Psychic Slaughter 05:57
4.Bonedust (Orchestral Version) 06:31
5.Hearts on Fire 05:08
6.Child of the Morning Star 05:14
7.Murder in High-Gloss Relief 01:13
8.Feral 10:02
9.Justine 07:40
10.Princess Amy 05:18
11.Wicked Game 09:04
12.Little Wing 04:20
13.The Gods Don't Remember 02:10

Virgin Steele - Ghost Harvest - Vintage II - Red Vine For Warning (2018)

[Obrazek: 741997.jpg?3646]

tracklista;
1.The Evil in Her Eyes (Piano and Vocal Version) 04:24
2.Feelin' Alright 04:24
3.Sister Moon 04:07
4.Sweating into Dawn 00:21
5.Summertime 03:58
6.Black Leaves Swirl Down My Street 00:57
7.Rip Off 04:01
8.The Gods Are Hungry Poem 02:02
9.The Poisoned Wound 02:16
10.The Birth of Beauty 06:03
11.Profession of Violence 03:58
12.Rock Steady 05:16
13.Nutshell (Alice in Chains cover) 05:36
14.Slow & Easy (Intro) 02:00
15.Jesus Just Left Chicago 02:45
16.Soul Kitchen 01:13
17.When the Music's Over 01:06
18.Crawling King Snake 01:13
19.When the Music's Over (Reprise) 01:11
20.Imhullu 01:19
21.After Dark 02:56
22.Wake the Dead 01:11
23.The Graveyard Dance 00:56
24.The Triple Goddess 08:01
25.Twilight of the Gods (Live Acoustic Rehearsal Version) 04:15
26.Transfiguration (Live Acoustic Rehearsal Version) 03:40


rok wydania : 2018
gatunek : progressive heavy/power metal
kraj: USA

skład zespołu:
Davis DeFeis - śpiew, gitary, gitara basowa, perkusja, pianino, instrumenty klawiszowe
Eduard Pursino - gitara, gitara basowa
Joshua Block - gitara
oraz
Dave Ferrara - gitara
Lynn Delmato - pianino
Robert Esposito - perkusja
Doreen DeFeis i  James Hooper - wokale operowe

David DeFeis pobił swój własny rekord narcystycznego uwielbienia własnej twórczości i postawił poprzeczkę wyrażenia swojego muzycznego geniuszu na poziomie Olimpu. 23 listopada Steamhammer w wersji digital zaprezentował od razu aż trzy nowe albumy VIRGIN STEELE, z których dwa stanowią całość w stylu "The House Of Atreus I-II", a trzeci trochę trudno sklasyfikować.

Byłoby nieźle, gdyby "Ghost Harvest" DeFeis pojękiwałby sobie do księżyca przy akompaniamencie swoich klawiszowych klawiszy i gitar, jak na "Visions Of Eden", niestety kontynuuje on lot w przepaść, w jaką wskoczył dumnie w roku 2015 na "Nocturnes Of Hellfire & Damnation". To mówi wszystko o zawartości nowego dzieła "Ghost Harvest".
Część pierwsza zawiera kompozycje dłuższe, o charakterze heavy i power metalowym w stylistyczne progresywnej (sic!) , druga to w większości miniatury oraz wszystko co tylko możliwe, od standardu Summertime , poprzez cover ALICE IN CHAINS, aż do operatica... i nic, dosłownie nie nie jest warte uwagi.
Tak, podstawą jest miauczenie, zawodzenie i jęczenie DeFeisa, strojącego miny przed lustrem,w którym ogniskuje się wszystko co jest muzyką na tej płycie. A muzyką są prymitywne riffy kilku gitarzystów przygrywających Davidowi i tylko Pursino z nich zachowuje od czasu do czasu zdrowy rozsądek, przypominając w pewnych zagrywkach i solówkach czasy minionej chwały, albo przynajmniej grając coś sensownego. Idea całego tego tworu nie jest do końca jasna. To znaczy, jak zwykle u DeFeisa od jakiegoś czasu. Z jednej strony można uznać modne określenie "vintage" za próbę wyciągnięcia z otchłani czasu tego co DeFeis miał w głowie zanim nagrał swój pierwszy album, z drugiej jednak "vintage" bardziej odnosi się do lat 70tych i tu twórca nie popisał się ani udanymi podjazdami wokalnymi pod Roberta Planta, ani fatalną produkcją tego wszystkiego, która jest kompromitująca i ma się nijak do nawet średnio udanych wzorców lat 70tych. Warto przypomnieć DeFeisowi, że w tamtych czasach nic nagrywane w garażach nie było, a rock, hard rock i heavy metal tworzyli fachowcy w profesjonalnych studiach i tylko. Stąd ograniczenia soundu wynikają tylko z ograniczeń techniki recordingu, mixu i masteringu tamtych czasów.
Kompozycje są równie beznadziejne jak te z 2015 i szczegółowa ich analiza mija się z celem. Może fragmenty pewnych utworów mogłyby posłużyć do stworzenia czegoś sensownego (Psychic Slaughter, Little Wing), może należy docenić wkład siostry Davida Doreen DeFeis i Jamesa Hoopera w to beznadziejne przedsięwzięcie.

Dwadzieścia lat temu premiera "Invictus" była muzycznym świętem i światowym wydarzeniem, dziś "Ghost Harvest" zaledwie ciekawostką medialną i historyczną. Może najbardziej zagorzali fani talentu i geniuszu DeFeisa odnajdą tu coś, co ich poruszy lub zainteresuje. I z pewnością tylko oni, pod warunkiem, że są nadal wierni VIRGIN STEELE po "Visions Of Eden". Tylko oni.
W formie fizycznej "Ghost Harvest" ukazał się także 23 listopada 2018 roku jako część wydawnictwa "Seven Devils Moonshine" złożonego z 5 CD.

ocena 2,5/10

new 13.12.2018
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości