White Wizzard
#1
White Wizzard - Flying Togers (2011)
[Obrazek: 312113.jpg?1042]

Tracklista:
1. Fight To The Death 04:54
2. West L.A. Nights 04:38
3. Starchild 05:24
4. Flying Tigers 05:08
5. Night Train To Tokyo 05:02
6. Night Stalker 03:55
7. Fall Of Atlantis 05:08
8. Blood On The Pyramids 02:58
9. Demons And Diamonds 09:13
10. Dark Alien Overture 02:13
11. War Of The Worlds 04:03
12. Starman's Son 06:38

Rok wydania: 2011
Gatunek:Traditional Heavy Metal
Kraj: USA

Skład zespołu:
Wyatt "Screaming Demon" Anderson - śpiew
Lewis Stephens - gitara
Jon Leon - bas, gitara
Giovanni Durst - perkusja

WHITE WIZZARD z Los Angeles to zespół , któremu specjalistyczne publikatory poświęcają bardzo dużo miejsca. W przeciągu niecałych dwóch lat został wykreowany na gwiazdę a historię nieustannych odejść i powrotów wokalisty Wyatta "Screaming Demon" Andersona z wypiekami na twarzy śledził cały metalowy młodzieżowy świat.
Młodzieżowy, bo grupa złożona z ludzi młodych do młodych kierowała swoje pierwsze melodyjne nagrania heavy metalowe z pogranicza komercyjnego rocka wideoklipów i dla tejże widowni odgrzała stare heavy patenty lat 80tych na swojej pierwszej płycie "Over The Top".
O grupie tej mówiło się po jej wydaniu jako o objawieniu neo tradycyjnego grania, choć tak naprawdę to tylko sprawna ekipa odtwórcza opierająca się na cudzych riffach i pomysłach, nie zawsze jednak znanych młodszej mniej doświadczonej metalowej publiczności.
"Flying Tigers" musiał się pojawić szybko, przede wszystkim dla podtrzymania zainteresowania i pojawił się zgodnie z rozkładem jazdy już w następnym roku 2011.

Bardzo dobrze się stało, bo płyta ujawniła w jasny sposób faktyczną wartość zespołu, działającego pod presją czasu.Ta wartośćjest nikła,a płyta jest nie tylko rozczarowująca ale w zasadzie kompromitująca. Jest to bezładny zestaw utworów wszelakiej maści i kalibru dobranych bez ładu i składu gdzie melodyjny naiwny stadionowy heavy metal miesza się z zawstydzającą swoim poziomem true epickością, o "zadziwiającym" instrumentalnym" Dark Alien Overture " nie wspominając.
Sprytnie próbowaniu to wszystko ustawić w odpowiedniej kolejności i "Fight To The Death" mocno nawiązuje do poprzedniego albumu i jako gorsza kopia stylu TWISTED TOWER DIRE z dawniejszych lat jest jeszcze w miarę do przyjęcia.Potem jednak spada się na łeb na szyję razem z zespołem w koszmarnych wyświechtanych stadionowych numerach w rodzaju " West L.A. Nights" albo "Night Train To Tokyo" przy których rytmicznie kiwać się mogą co najwyżej nastolatki w T-shirtach z napisem Coca Cola. Nijakość heavy metalu jaki grają wyraża z kolei pełen "oooo oooo" "Flying Tigers".
Balladowy a zarazem true wzniosły "Starchild" jest być może najlepszy na tym LP, te serie płaczących gitar solowych zrobione fajnie jednak wystudiowanie tego jest aż nazbyt słyszalne.
Autentyzmu na tym albumie praktycznie ma i to słychać również w obowiązkowych nawiązaniach do klasyków z IRON MAIDEN w "Night Stalker" i tu znów jest chęć natychmiastowego posłuchania w zamian TWISTED TOWER DIRE.
Zupełnym nieporozumieniem są nagrania w stylu epickiego heavy z motywami "ancient" takie jak "Fall Of Atlantis" czy "Blood On The Pyramids" oraz "War Of The Worlds" i tak nieudolnie wykorzystanych orientalnych i starożytnych motywów na próżno szukać gdzie indziej. Poważyli się też na kolosa true heavy w postaci "Demons And Diamonds", który poza dobrze dobranym szybkim tempem części pierwszej nie ma nic więcej do zaoferowania.Ta melodia, znów z akcentami "ancient" jest nierozpoznawalna i nie do zapamiętania, nie mówiąc już o jakiejkolwiek spójności i wytworzeniu klimatu. Tego klimatu trochę wygenerowali w zamykającym płytę "Starman's Son" ale to tylko jedynie trochę lepszy numer na kiepskiej płycie i nic ponadto.

Grać potrafią, tego zresztą dowiedli wcześniej ale grać potrafi wielu. Zapewne również sporo nad tym wszystkim pracowano w studio nagraniowym bo mocny wyrazisty metaliczny bas na pierwszym planie trudno uznać za przypadkowy, podobnie jak zmienne, aczkolwiek często paskudnie sztuczne brzmienie gitar. Wokalnie poprawnie a nawet dużo więcej, o ile się lubi takie nieautentyczne ale wytrenowane głosy w klasycznym heavy metalu.
WHITE WIZZARD nie ma pomysłu na granie metalu.Ci ludzie nie potrafią stworzyć szczerych zapadających w pamięć utworów, ani takich jakie marzą się fanom IRON MAIDEN ani fanom SKID ROW.Jeżeli tego typu zespoły będą nadal lansowane jako czołówka amerykańskiego neo tradycyjnego grania to obraz tego jaka jest kondycja takiej muzyki w USA w dobie obecnej będzie mocno wypaczony.


Ocena 3,8/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#2
White Wizzard - Infernal Overdrive (2018)

[Obrazek: 676470.jpg?3348]


tracklista:
1.Infernal Overdrive 04:53
2.Storm the Shores 04:30
3.Pretty May 03:18
4.Chasing Dragons 08:15
5.Voyage of the Wolf Raiders 09:38
6.Critical Mass 08:34
7.Cocoon 06:16
8.Metamorphosis 04:35
9.The Illusion's Tears 11:02

rok wydania: 2018
gatunek : heavy metal
kraj : USA

skład zespołu:
Wyatt "Screaming Demon" Anderson - śpiew
James J. LaRue - gitara, instrumenty klawiszowe, syntezatory
Jon Leon - gitara, gitara basowa, syntezatory
Dylan Marks - perkusja (1,2)

oraz gościnnie

German Moura - perkusja (3-9)
Ralph Patlan - gitara ("Metamorphosis")


W roku 2018 WHITE WIZZARD przeszedł oficjalnie do historii. Zapadła decyzja o rozwiązaniu zespołu.
Był to chyba najbarwniejszy w ciągu ostatnich dziesięciu lat band, jeśli chodzi o liczbę spektakularnych odejść, jeszcze bardziej spektakularnych powrotów, muzycznych towarzyskich trzęsień ziemi wzajemnych oskarżeń, niespełnionych nadziei i tak dalej. Ile to razy Wyatt "Screaming Demon" Anderson pojawiał się w składzie? Jeśli dobrze liczę to cztery.
Teraz niemal klasyczny skład z nowym perkusistą Dyname Marsem (zagrał tylko w Infernal Overdrive i Storm the Shores) nagrywa po pięciu latach nową, jak się okazuje pożegnalną płytę.
Jak dla mnie, to WHITE WIZZARD był zespołem bardzo przeciętnym, by nie powiedzieć słabym. Szum medialny jaki wokół niego powstał to głównie zasługa tych sił, które szukały komercyjnego idola na miarę THE ROLLING STONES, ale strawnego dla najmłodszego pokolenia słuchaczy rocka i metalu mainstreamowego. Udało się to tylko częściowo, bo WHITE WIZZARD nigdy nie tworzyło godnego naśladowania bandu pod względem dyscypliny i pracowitości, byli lekkomyślni tracąc w głupi sposób kontrakt z Earache czy kompletnie nie wykorzystując szansy gdy dołączył do nich Michael Gremio.
Pięć ostatnich lat to okres dla nich zupełnie stracony, wypełniony nieustannymi zmianami w składzie i artystyczną niemocą.
Jednak w końcu coś nagrali. Godzinę muzyki na "Infernal Overdrive".
Więcej heavy metalu w heavy metalu WHITE WIZZARD, więcej. Jednak czy lepszego?
Przecież Infernal Overdrive jest po prostu okropnym odniesieniem do "Painkillera" JUDAS PRIEST, po prostu okropnym.
Jest każe okropnych fatalnym ukazaniem amerykańskiego heavy metalu w krzywym zwierciadle. Te sola fałszywe to takie mają być? takie stylizowane na nic?
Storm the Shores jest pewnością znacznie lepszy jako odbicie grania IRON MAIDEN, ale przecież to tylko słabo brzmiący MONUMENT (UK) czy TWISTED TOWER DIRE  z dawnych czasów.
Te dwie kompozycje pokazują przede wszystkim, że Dylan Marks to bardzo dobry perkusista. Tyle można też o nim powiedzieć tutaj, bo resztę perkusji na tym LP nagrał German Moura.
Przebojowy"jasny", swobodnie zagrany, melodyjny heavy metal ocierający się o hard rock w Pretty May to chyba to, co wychodziło im zawsze najlepiej. Oczywiście, gdy nie zapędzali się w komercję i nie szli na prymitywną łatwiznę.
Ten udziwniony, niby przebojowy, niby luzacki styl WHITE WIZZARD jest dla mnie zupełnie niestrawny, mimo, że ogólnie to darzę ich sympatią. Jak można nagrać coś tak pełnego dysonansów i fałszu jak przedłużany w nieskończoność Chasing Dragons? No WHITE WIZZARD jak widać może.
Następny kolos Voyage of the Wolf Raiders jest znacznie lepszy, momentami znakomity w dramatyzmie, w tych przepięknych prostych, znowu maidenowskich ozdobnikach gitarowych wybornym śpiewie Andersona. Tylko czemu to ciągną prawie dziesięć minut. Tu nie ma nic grania przez tyle czasu. Połowa tego numeru jest do wyrzucenia, włącznie z paskudnymi solami gitarowymi w drugiej części. W Critical Mass trochę sprawnego i strawnego groove i ponadto nic więcej poza chaosem absolutnym. W Cocoon pozazdrościli chyba nieco mocnym prog powerowym zespołom amerykańskim, maskują się, udają kogoś innego. Najzabawniejsze jest to, że jest zupełnie dobre, nawet bardziej niż dobre.
Jednak w Metamorphosis już nie.Te motywy orientalne mogą wyprowadzić z równowagi każdego kto wie, "jak się to robi w Chicago".
Album zamyka The Illusion's Tears i to jest 11 minut łagodnego zawodzenia Wyatta "Screaming Demon" Andersona, plumkania gitarzystów, stylizowania się na hard rock, na glam, na rock progresywny, na wszystko tylko nie na heavy metal.
Pomijam ten pastisz czy raczej parodię niezamierzoną gdzieś od 8 minuty.Potworne.
Andersonowi trzeba oddać, że naprawdę się tu na tym LP przyłożył do swojej roboty. Wychodzi obronną ręką i z wysokich wokali, i z mocnych rycerskich i z rockowych. Zupełnie nie mam wrażenia, że mu się po raz kolejny nie chce.
Chaotyczny album z rozstrzałem stylistycznym od Ziemi do Księżyca.
Jest przerażające z jaką perfekcją i pasją odegrał te koszmarki cały skład WHITE WIZZARD. Jest to oszałamiające i tyle.
Podobnie produkcja. Jest to jeden z najlepiej wyprodukowanych albumów w tym roku w kategorii heavy metal i zasługuje pod tym względem na ocenę "ultra". Kto nie wierzy niech posłucha tylko The Illusion's Tears.

Chyba dobrze, że ten zespól w końcu się rozwiązał. Ich obecny nowoczesny/tradycyjny heavy metal jest nie do zniesienia.
Tyle, że ja za bardzo nie wierzę w ten KONIEC. To przecież WHITE WIZZARD.

ocena:3,5/10

new 18.07.2018
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości