Wyvern
#1
Wyvern - The Wildfire (1998)
[Obrazek: 8953.jpg]

Tracklista:

1. Prelude 01:52
2. Metal Maraud 05:23
3. March Of Metal 03:56
4. At The End Of Time 06:19
5. Victory Or Death 05:50
6. Recoronation 06:37
7. Glory In The Sky 03:38
8. Taste Of Winter 04:26
9. Metallians Of Death 04:11
10. Iron In The Night 04:44
11. The Wildfire 05:38

Rok wydania: 1998
Gatunek: Power Metal
Kraj: Szwecja

Skład zespołu:
David Sterling - śpiew
Andreas Sjöström - gitara
Jonas Berndt - gitara, instrumenty klawiszowe
Petter Broman - bas
Thomas Väänänen - perkusja

Są takie metalowe dzieła, które nie powinny nigdy wyjść poza fazę pre-production demo tape, ba, nawet w zasadzie nie powinny zostać utrwalone w żaden sposób i na żadnych nośnikach.
Nie chodzi tu o demka raw black metalowe, nagrywane przez kilku kolegów z klasy dyktafonem wujka. Niech sobie nagrywają. Natomiast szwedzki WYVERN powinien mieć dożywotni zakaz wstępu do studia. Instrumenty owszem, mogą posiadać, ale ich wykorzystywanie do tworzenia metalowej muzyki powinno być członkom tej grupy wzbronione.
Debiuty dzielą się na wspaniałe, udane, dobre i takie sobie oraz na debiut WYVERN.
Zespół powstał w trudnych czasach dla metalu, w roku 1994 spłodził dwa demka i jakoś zdołał w 1998, na fali rosnącego power metalowego entuzjazmu w Szwecji, wydać swój debiut.
Niepotrzebnie, zupełnie niepotrzebnie.

Owszem, chóry są tu doprawdy "imponujące" i te rycerskie "ooo ooo"w tle to czysty epic. Nie tylko w "Metal Maraud", ale i "Metallians Of Death". Potworne jest natomiast zawodzenie i jęczenie epickie wokalisty głównego, a wspieranie go nawałnicą riffów, stanowiących transpozycję odrzutów podebranych HAMMERFALL i BLIND GUARDIAN, chyba jeszcze gorsze. Ci wojownicy są chyba albo bardzo zmęczeni, albo trochę za dużo wypili okowity. Przebicie się przez LP jest wręcz niemożliwe, zwłaszcza w sytuacji, gdy trzeba wysłuchać sławiącego metal hymnu "March Of Metal". Chaos, okropne sola gitarowe, paskudna gra perkusisty... Ileż trzeba tu przejść stresu i zniesmaczenia.
Przerażające jest zwłaszcza przebicie się przez trzy "rozbudowane" kompozycje "At The End Of Time", "Victory Or Death" (tu zdecydowanie wybieram śmierć z okrzykiem "Maanoooowaaaar" na ustach) i "Recoronation" ze wstępem tak przeraźliwym, że odsiewa wszystkich po pięciu sekundach.
Oczywiście epickie sławienie stali jest w połączeniu z galopadami powerowymi dostępne tylko dla najwytrwalszych. To za każdym batalia sześciominutowa , pełna fałszów, pitolenia i walącej bez ładu i składu perkusji. "Glory In The Sky" jest bardzo dobry. Naturalnie dlatego, że krótki. Niezwykłe speed metalowe solo to sól tej kompozycji. Z radością wita się balladowy epicki "Taste Of Winter", piękny ukłon w stronę MANOWAR czy czego kto tam chce. Dobrze, że taki utwór się tu znalazł, bo przynajmniej jest chwila odpoczynku od nieustannego łomotu. Krużgankowo i rajtuzowo jest. Żelazem tłumią nieśmiałe protesty słuchaczy w "Iron In The Night" z refrenem o poziomie niedbałości i wykonania spotykanym bardzo rzadko. True i surowo i galopująco jest. Solo zadziwia i w tej sytuacji zwieńczenie w postaci "The Wildfire" nie wydaje się już tak kuriozalne.

Zniszczenie. Zniszczenie narządu słuchu, także okropnym brzmieniem tego wszystkiego.
Takie coś nie powinno ujrzeć nigdy wnętrz odtwarzaczy CD.
Nie lubisz epic power rycerskiego grania?
We are metal and metal cannot die
We are immortals, but we must unite

Nie dołączysz?
Słuszna decyzja.


Ocena: 1/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#2
Wyvern - No Defiance of Fate (2000)
[Obrazek: 8407.jpg]

Tracklista:

1. Horizon of Glory 06:15
2. The Liquid and the Metal 04:50
3. Morningstar 03:45
4. Starborn 04:18
5. The Last Ordeal 04:39
6. Like Dogs Climbing Up the Moon 07:36
7. Defiance of Fate 06:19
8. Northern Union 05:10
9. The Power of Wyvern 03:45

Rok wydania: 2000
Gatunek: Power Metal
Kraj: Szwecja

Skład zespołu:
Toni Kocmut - śpiew
Jonas Berndt - gitara
Petter Broman - bas
Peter Nagy - perkusja
Andreas Sjostrom - instrumenty klawiszowe

WYVERN. Najgorszy szwedzki band power metalowy. Może nawet i najgorszy w Europie.
Wydawało się, że po kompromitującym debiucie w 1998 roku, muzyczny świat już o nich nie usłyszy. Tymczasem w roku 2000, Wojownicy Stali powracają z nowym epickim i wiekopomnym dziełem. Stalowy Oddział nieco się zmienił. Poległ od ciosu halabardą wokalista David Sterling, padł przeszyty strzałą Thomas Väänänen, niezmordowany perkusista. Jego zastąpił Peter Nagy, który na debiucie był jednym z dzielnych współtwórców chórów męskich, a nowym Piewcą został Toni Kocmut, oczywiście równie beznadziejny jak poprzedni, a może nawet jeszcze gorszy, bo mniej true.

Jednak jak to się mówi "piosenka pozostała taka sama" (LED ZEPPELIN).
Sławienie Stali, Miecza, prężenie muskułów, błysk zbroi... Jak poprzednio, tyle że pomysłów, jak umilić słuchaczowi czas jest jeszcze więcej. Jeszcze więcej chaosu i czerpania pełnymi garściami z odrzutów MANOWAR, niemieckich grup melodic power metalowych, HAMMERFALL i pewnie tych odniesień znalazło by się więcej, gdyby dało się w tę muzykę zgłębić.
Jest to jednak bardzo trudne. Kompozycje to zlepek gitarowych galopad, teoretycznie epickich i dostojnych wstawek, patosu z objazdowego teatru, zabawnych refrenów, rażących nieporadnością i fałszowania wokalisty. Jedynym jaśniejszym punktem jest tym razem perkusista, ale co on sam może zrobić? Próbować tylko grać do rytmu, przeważnie szybko, od czasu do czasu lekko zagłuszyć wokalistę lub odwrócić uwagę od pitolenia w solówkach. Są również, a jakże, i klawisze, tym razem Sjostrom skupia się nad nimi bardziej niż na debiucie. Niepotrzebnie, bo jako gitarzysta przynajmniej nie był tak rozpoznawalny i nie wyróżniał się. Oczywiście na minus.

Każdy z utworów jest godny osobnej grubej księgi. Liczba przymiotników, jakie by się w nich pojawiła, byłaby ogromna, a niektóre pewnie można by uznać za niecenzuralne.
Nic pozytywnego nie można napisać o "Horizon of Glory", a jeszcze mniej o "The Liquid and the Metal". Coś co było naiwnie ujmujące na debiucie MAJESTY, tu jest po prostu żenujące.
Tam, gdzie są podjazdy pod MANOWAR, lepiej w ogóle zatkać uszy. Toporność rycersko krużgankowego "Morningstar" z dodatkiem nieodzownych "oooo" w refrenie i zaśpiewów barda w alkowie odrzuca, podobnie jak speed powerowe pitolenie "Starborn" i skoczny oraz komicznie naśladujący rycerskie nagrania "The Last Ordeal". Zespół byłby skrzywdzony, gdyby jednak nieco cieplej nie wyrazić się o "Like Dogs Climbing Up the Moon". Taki zgrabny speed melodic power wyszedł z tego po mdłym, akustycznym wstępie. Tyle że pitolenie w solówkach jednak i tu osłabia. Jako że na tym LP są delikatniejsi i bardziej ugładzeni, to i "Defiance of Fate", choć nudne, nie męczy aż tak bardzo, jak hity z albumu poprzedniego. Męczy jednak "Northern Union", gdzie są próby zrobienia czegoś pod HAMMERFALL, ale na dobrych chęciach się kończy.
Trochę jak ponury żart brzmi tytuł ostatniej kompozycji, "The Power of Wyvern", gdzie włożyli masę energii, którą można było jednak spożytkować lepiej niż na nagranie kolejnej power metalowej, chaotycznej galopady.

Barbarzyński okrzyk Kocmuta to jednocześnie łabędzi śpiew zespołu, który po nagraniu tego albumu niebawem zaprzestał działalności.
Patrząc chłodnym okiem na ten album, to na pewno jest lepszy od kompromitującego debiutu, jest też znacznie lepiej wyprodukowany i do brzmienia szczególnych zastrzeżeń mieć nie można.
Jednak po raz kolejny zespół okazał się brakiem umiejętności kompozytorskich i niedomaganiami warsztatowymi.
Poprawność na niskim poziomie.
No i uwaga na sprzężenia w końcówce monumentalnego zwieńczenia tego albumu!


Ocena: 3.5/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości