Winterhorde
#1
Winterhorde - Maestro (2016)
[Obrazek: 570825.jpg?4446]
Tracklista:
1. That Night in Prague    01:39     
2. Antipath 05:56     
3. Worms of Souls 05:34       
4. They Came with Eyes of Fire 06:27     
5. Chronic Death 06:24     
6. The Heart of Coryphee 11:30     
7. A Dying Swan 02:45       
8. Maestro 07:14       
9. Through the Broken Mirror 04:34       
10. Cold 05:56       
11. Dancing in Flames 07:12

Rok: 2016
Gatunek: Extreme Melodic Metal
Kraj: Izrael

Skład zespołu:
Zed "Z. Winter" Destructive - śpiew
Igor "Khazar" Kungurov - śpiew, gitara
Dima "Stellar" Stoller - gitara
Omer "Noir" Naveh - gitara
Sascha "Celestial" Latman - bas, saksofon, gitara
Maor "Morax" Nesterenko - perkusja
Alexander "Morgenrot" Feldman - instrumenty klawiszowe

Jakiś czas po wspaniałym i genialnym Underwatermoon, skład wykruszył się kompletnie i w składzie pozostali jedynie Sascha Latman oraz Alexander Feldman, stawiając dalszą karierę zespołu pod znakiem zapytania. W 2014 roku coś zaczęło się ruszać, skład został uzupełniony o nowych gitarzystów, perkusistę i powrócił wokalista Z. Winter, który zaśpiewał na Nebula i udało im się podpisać kontrakt z ViciSolum Productions na wydanie albumu Maestro.
Sześć lat długiego oczekiwania na kolejną opowieść i mimo zmian składu, to w samej grze nie zmieniło się wiele.

To nadal wybuchowa mieszanka różnych gatunków, metalu, rocka, jazzu i tak jak płynność motywów zdumiewała na Underwatermoon, tutaj jest tak samo imponująco i płynnie rozegrane i pod względem technicznym jest to odegrane wzorcowo. Głosy wokalistów kruszą mury, czysty śpiew chwyta za serce i porusza, z kolei agresywniejsze harsh i growl powalają swoją agresją i siłą.
Największą różnicą pomiędzy tą płytą a poprzednią jest o wiele większy rozmach przez orkiestracje, które były już poprzednio, jednak tutaj odgrywają większą rolę i są lepiej i częściej słyszalne. Samo brzmienie jest nieco czystsze niż poprzednio i nie brzmi to tak surowo jak Underwatermoon (które również miało świetne brzmienie), ale dzięki temu znacznie lepiej słychać chóry i orkiestracje, które pięknie wzbogacają dalszy plan. Bębny są świetne, gitary ostre jak żyleta, a talerze syczą tak jak powinny.
Kompozycyjnie to jest perła i prawdziwa kopalnia melodii, ale i emocji i przy każdym odsłuchu można odkryć coś nowego i za każdym razem porywa tak samo. Nie ma sensu rozpisywać się w szczegółach nad każdym utworem, bo tego jest tutaj bardzo dużo i całość to jest płynna, tragiczna i poruszająca historia. Tak jak Underwatermoon przekazywało wszystko samą muzyką, z dokładnie tym samym mamy do czynienia tutaj. Opowieść tragiczna i porywająca od pierwszej do ostatniej minuty i prawie nie ma się do czego przyczepić.
Żaden utwór nie brzmi tak samo, żaden nie jest przeładowany i w każdym jest coś, co może się podobać, płyta nie męczy i nie ma tu mowy o żadnej monotonii i niemal każda minuta jest dobrze wykorzystana.
A Dying Swan, niecałe 3 minuty, a jaka siła przekazu...
Jak tu nie lubić nakładek wokalnych i walki dobra ze złem w Antipath z ogromną przestrzenią, w którym czuć kontynuację Underwatermoon?
Jak tu się nie wciągnąć w dialogi i mieszaninę dialogów z żeńskim głosem i świetnym zakończeniem w They Came with Eyes of Fire?
Jak się nie zachwycić świetnymi chórami w Worms of Soul czy przejść obojętnie przy kontrastach i zmianach temp w Chronic Death?
Jak tu zignorować płynne przejścia, ciągłość i potęgę instrumentów, opowiadających historię w The Heart of Coryphee?
Jak można przejść obojętnie obok zimnego, naładowanego emocjami Cold, który niemal eksploduje rozmachem, dramaturgią, zimnem i smutkiem w  refrenie?
No nie da się.
Jedynym słabszym punktem były jest Through the Broken Mirror, który jest chyba jednocześnie najprostszą kompozycją na tej płycie. Zbyt brutalnie, a melodia nie porywa.
Zakończenie w postaci Dancing in Flames dobre, ale po wspaniałym Cold trochę jakby zabrakło kropki nad i.

Wspaniała i ciekawa historia, Winterhorde nie zawiodło i pokazało, że Underwatermoon to nie był przypadek. Kapitalne sola, multum melodii, wokalne mistrzostwo, bardzo bogaty i przestrzenny drugi plan, świetny saksofon, kiedy się udziela i bardzo dobre partie perkusji. Ta karuzela emocji wciąga i słucha się tego z przyjemnością od początku do nieuchronnego końca, płyta mimo mnogości motywów i mieszanki gatunków nie męczy.
Oby ten zespół nie zniknął i pojawił się kolejny rozdział w ich dyskografii. Na płyty tak dobre można poczekać.

Ocena: 9.5/10

SteelHammer
Odpowiedz
#2
Winterhorde – Underwatermoon (2010)
 [Obrazek: 276331.jpg]
Tracklista:
1. The Shell 01:45              
2. Wreckages Ghost 05:02             
3. Underwatermoon 06:28           
4. Hunting the Human 05:32        
5. Execution 04:37             
6. And Flames Wept to Heaven 02:12      
7. The Curse of Gypsy 09:27        
8. Delirium 05:59               
9. Tenth Wave 08:04        
10. Smoke Figures 02:02                
11. The Martyr and Deliverance 06:19
12. Farewell 05:50
 
Rok: 2010
Gatunek: Extreme Melodic Metal
Kraj: Izrael
 
Skład:
Horeph - śpiew
Lex L.C.F.  - gitara
Barakk - gitara
Celestial - bas
Hesperus - perkusja
Morgenrot - instrumenty klawiszowe
 
Winterhorde po swoim dość black metalowym debiucie przeszedł raczej bez echa. Od debiutu minęły długie cztery lata, zaszły zmiany w składzie na stanowisku wokalisty i basisty, ale w 2010 roku, 30 lipca została zaprezentowana nowa płyta.
Nowa nie tylko pod względem brzmienia, ale także stylu gry.
 
Nie jest to przede wszystkim granie zakorzenione głęboko w black metalu z czasami lżejszymi partiami, a różnych jego odmian oraz innych gatunków muzyki, jak rocka czy jazzu.
Ta płyta to świetnie napisana historia, z czysto zarysowanymi wydarzeniami, opowiedziana emocjonalnie i to nie tylko przy użyciu świetnego wokalisty, który bez problemu przechodzi od czystego śpiewu do growlu i brzmi to bardzo płynnie i bez choćby cienia fałszu, ale i samej muzyki.
Ten album to prawdziwy monolit i uczta dla uszu, kopalnie melodii i klimatu. Kiedy potrzeba, wieje prawdziwym morskim chłodem, innym razem jest szaleństwo i agresja, aby zaraz potem płynnie dać promyk nadziei.
Zdumiewa mieszanie różnych gatunków muzyki metalowej w obrębie jednej kompozycji i jak bardzo płynne są to przejścia dzięki nie tylko świetnej robocie gitarzystów, ale i perkusisty. To, co tutaj odgrywa Hesperus to nie jest typowa rąbanka i gra z prawdziwym wyczuciem.
Nie ma sensu opisywać kolejno każdej kompozycji, bo ten LP to jedna zwarta całość, której się słucha od początku do końca i nie da się wybrać faworyta czy najlepszej kompozycji. Jest to płyta niesamowicie równa i monolityczna, która w ogóle nie męczy, a zachęca do kolejnych odsłuchów.
Doom? Death? Black? Doom/Death? Power? Extreme? Jazz? Muzyka klimatu?
Wszystko, a jak to wybornie brzmi.
Mało która płyta opowiada historię w taki sposób.
 
Brzmienie jest świetne i gitary kiedy trzeba tną, a kiedy trzeba koją, blachy syczą i nawet przez to wszystko przebija się bas. Nikt nikogo nie zagłusza i nikt nie musi się produkować, aby się przebić.
Płyta eklektyczna, ale tworząca jedną spójną całość, hipnotyzująca i wprowadzająca w trans, której absolutnie niczego nie brakuje.
 
Ocena: 10/10

SteelHammer
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości