Edenbridge
#1
Edenbridge - Sunrise in Eden (2000)

[Obrazek: R-661101-1144659186.jpeg.jpg]

Tracklista:
1. Cheyenne Spirit 05:35       
2. Sunrise in Eden 08:32       
3. Forever Shine On 05:02     
4. Holy Fire 04:48     
5. Wings of the Wind 05:04       
6. In the Rain 04:30     
7. Midnight at Noon 04:11       
8. Take Me Back 04:16
9. My Last Step Beyond 10:44

Rok wydania: 2000
Gatunek: Symphonic Melodic Power Metal
Kraj: Austria

Skład:
Sabine Edelsbacher - śpiew
Lanvall - gitara, instrumenty klawiszowe
Georg Edelmann - gitara
Kurt Bednarsky - bas
Roland Navratil - perkusja

EDENBRIDGE, założone w 1998 roku przez gitarzystę i klawiszowca Lanvall, basistę Kurt Bednarsky i wokalistkę Sabine Edelsbacher, Austriacka odpowiedź na NIGHTWISH, SINERGY i wiele innych zespołów. Z początku miał być skromny, studyjny projekt, wyszedł poważny zespół, którego debiut wydało potężne Massacre Records w 2000 roku.

Cheyenne Spirit można chyba uznać za definicję austriackiej sceny metalowej i fundament, który rozbrzmiewa po dziś dzień w takich zespołach jak VISIONS OF ATLANTIS i DRAGONY. Symfoniczny power metal pełen naiwności, z zapadającym w pamięć chóralnym refrenem i bardzo dobrym, miłym dla ucha śpiewem Sabine Edelsbacher. Do tego dobrze wplecione ornamentacje neoklasyczne. Sunrise in Eden to NIGHTWISH w nieco ambitniejszej oprawie, ozdobione japońskimi akcentami, ale jest charakterystyczna dla NIGHTWISH lekkość wykonania, ale może trochę zbyt skromnie do tego podeszli, szczególnie w części środkowej przed lekko neoklasycznym solem. Bardzo ładnie i pastelowo zrealizowana jest ballada Forever Shine On, z bardzo udanym solem, świetnymi orkiestracjami i wypełnieniu przestrzeni chórami.
Płyta zaczyna się mocnym akcentem, ale od tego momentu jest już sztampowa, skandynawska szkoła grania metalu z NIGHTWISH na czele, solidna technicznie, ale bez blasku w refrenach. Wings of the Wind poza solem i chórami jest interesujący dopiero w drugiej połowie. Trudno powiedzieć, że to złe kompozycje, bo są zagrane poprawnie, ale In the Rain nawet się nie równa z Forever Shine on.
Pewnym przebłyskiem w tej muzycznej poprawności jest Midnight at Noon, ale to głównie z powodu neoklasycznych akcentów. Najsłabszy na albumie jest rockowy i przerysowany Take Me Back. Kompletnie nietrafiona, przesłodzona kompozycja i to chyba jedna z tych, które powstały tylko po to, aby leciały w lokalnej rozgłośni.
No i na koniec punkt kulminacyjny, My Last Step Beyond. Wtórne, powielające schemat z Sunrise in Eden, tylko sztucznie nadmuchane, bez konkretnie zaznaczonego motywu przewodniego, pustą i bezcelową partią środkową oraz średnim refrenem.
Zapatrywania na NIGHTWISH oczywiste, ale realizacja rozczarowuje.

Brzmienie to robota panów Dennis Ward i Jochen Sachse i jak na weteranów wyszło poprawnie. Bardzo dobra perkusja, ale gitary są dość płaskie i suche. Styl typowy dla szwedzkich, ugłaskanych melo power, ewentualnie delikatniejszej sceny niemieckiej.
Od strony technicznej, zagrane to zostało dobrze, ale większość kompozycji to raczej poziom nieco ponad poprawny. Na plus wokalistka Sabine Edelsbacher, która śpiewa bardzo dobrze i bez zadęcia, charakterystycznego dla wielu wokalistek z tych kręgów.
Równa płyta, której poziom niestety spada z każdym kolejnym utworem, ale to był bardzo dobry początek i zespół od razu zyskał uznanie i w pewnym stopniu ukształtował i wypromował scenę austriacką.

Ocena: 7.5/10

SteelHammer
Odpowiedz
#2
Edenbridge - Arcana (2001)

[Obrazek: R-660991-1144629544.jpeg.jpg]

Tracklista:
1. Ascending (Intro) 01:07     
2. Starlight Reverie 04:13     
3. The Palace 06:56       
4. A Moment of Time 04:08       
5. Fly on a Rainbow Dream 04:41     
6. Color My Sky 04:34       
7. Into the Light 05:22     
8. Suspiria 05:12     
9. Winter Winds 04:43       
10. Arcana 09:48

Rok wydania: 2001
Gatunek: Symphonic Melodic Power Metal
Kraj: Austria

Skład:
Sabine Edelsbacher - śpiew
Lanvall - gitara, instrumenty klawiszowe
Andreas Eibler - gitara
Kurt Bednarsky - bas
Roland Navratil - perkusja


Lanvall nie chciał marnować czasu. Materiał na kolejny album został przygotowany bardzo szybko i na tyle kompozytorowi puściły wodze fantazji, że skomponowanych zostało 17 utworów, ostatecznie na płycie znalazło się ich 9, nie licząc instrumentalnego wstępu.
Zaszła zmiana w składzie i Georg Edelmann został zastąpiony przez debiutanta Andreasa Eiblera. Album został wydany przez Massacre Records 29 marca 2001 roku.

Więcej neoklasycznych ozdobników, więcej NIGHTWISH, co słychać już w Starlight Reverie, ale jest i bardziej elegancki, szwedzki The Palace z bardzo ciekawymi miniaturami gitarowymi i tłem klawiszowym.
EDENBRIDGE skopiowano i bardziej dopracowano to, co było na debiucie. Rozkład kompozycji można uznać za podobny do tego, co było poprzednio, ponieważ ponownie 3 pełnoprawną kompozycją jest ballada i A Moment of Time jest równie pastelowy i delikatny z jeszcze większym naciskiem na rock. Pastelowe i nośne refreny to wizytówka tego albumu i Fly on a Rainbow Dream jest wspaniały w swoim rozmarzeniu, styl zespołu krystalizuje się w Color My Sky, czasami jednak przesadzając z rockiem w Into the Light i zbyt silnymi inspiracjami NIGHTWISH w kompletnie bezbarwnym i nijakim Velvet Eyes of Dawn, który na szczęście był tylko bonusem.
Niesmak na szczęście czyści wybornie zaaranżowany i zrealizowany Suspiria, w którym wrażenie robi zgranie zespołu i neoklasyczne, lekkie wykonanie, tylko czy kolejna ballada, bardzo podobna do poprzedniej Winter Winds była potrzebna?
Arcana to ładny pokaz umiejętności Sabine Edelsbacher, która na tym albumie śpiewa jeszcze lepiej niż poprzednio, jednocześnie wychodzi schematyczność kompozycji i ewidentnie zabrakło tutaj kompozycji bardziej energetycznych, które by przełamały monotonię, która zaczyna się wkradać w drugiej części albumu. Większość utworów jest utrzymana w średnio-wolnych tempach, przyspieszając rzadko i w większości tylko w refrenach. Przez to album może się dłużyć, szczególnie przez Arcana, w którym starają się sprawdzić, jak wolny i mętny może być power metal bez przekroczenia granicy z doom metalem.

Ponownie duet Dennis Ward i Jochen Sachse, tym razem brzmienie jest absolutnie bez zarzutu. Soczysta gitara, ogromna przestrzeń, pulsujący bas i bardzo dobra, standardowa dla melodic power metalu perkusja.
Technicznie jest bez zarzutu, ale chyba zostało nagrane to zbyt szybko. Jest więcej killerów, ale są też te same błędy, które były na debiucie.
Prawie bardzo dobry album, ponownie wytracający na tempie wraz z każdą upływającą minutą, nie przeszkodziło to jednak w umocnieniu pozycji zespołu na światowej scenie.


Ocena: 7.8/10

SteelHammer
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości