Whirlwind
#1
Whirlwind - 1714 (2022)

[Obrazek: 1065176.jpg?5107]

tracklista:
1.1714 (Intro) 01:37
2.The Call 06:32
3.Under Siege 04:11
4.Rebels Arise! 03:45
5.Torture, Knife & Fire 04:37
6.Gallows Tithe 04:20
7.Cannons of Infuriation 05:43
8.The Bastard Duke 04:38
9.Immortal Heroes 05:27
10.Red September 04:51
11.Echoes of Time 05:19

rok wydania: 2022
gatunek: heavy metal
kraj: Hiszpania

skład zespołu:
Héctor Llauradó Gimenez  - śpiew
Artur Julió - gitary
Mark Wild - gitary
Jordi Julió - perkusja


WHIRLWIND nie należy mylić z innym hiszpańskim zespołem o tej nazwie z Alicante, od pewnego czasu występującego jako WHIRLWIND STORM. Ten WHIRLWIND pochodzi z Barcelony, powstał w roku 2012 i złożony jest z muzyków sceny katalońskiej, głównie cięższych i ekstremalnych brzmień. Debiutuje dopiero teraz, w listopadzie 2022, a wydawcą tej płyty jest madrycka wytwórnia Fighter Records. 

Tematem płyty, o charakterze konceptualnym, jest oblężenie Barcelony w roku 1714 w czasie Hiszpańskiej Wojny o Sukcesję. Temat Katalończykom bliski, a zainteresowanych odsyłam do źródeł historycznych. Muzycznie natomiast jest to kolejna wariacja na temat RUNNING WILD i trzeba przyznać, że  zrobiona bardzo dobrze. Muzycy są doświadczeni, potrafią grać, a Héctor Llauradó Gimenez śpiewa w stylu Kasparka bardzo dobrze i bez specjalnego wysiłku, przy czym z drugiej strony nie usiłuje być klonem i zachowuje własną, artystyczną tożsamość.
Słyszymy tu bardzo znane runningowe motywy, czasem nawet jest wrażenie bezpośredniego nawiązywania do rozpoznawalnych melodii ekipy z Niemiec, ale nie o oryginalność tu przecież chodzi. Jest bojowo, jest heroicznie i jest epicko, a to się liczy. Tak brzmi najdłuższy The Call pełen dramatyzmu, szybki i zdecydowany, a przy tym treściwy także w części instrumentalnej.
Jest też sporo chórków i wysokich zaśpiewów w rytmicznych, pełnych klasycznych dla RW gitarowych natarć Under Siege (znakomity, potoczysty refren!), czy też w mroczniejszym i twardszym Gallows Tithe z pewnymi akcentami speed metalowymi oraz w masywnym, mocno galopującym Immortal Heroes, choć tu jednak oczekiwało się bardziej epickiego refrenu i bardziej jednak w stylu RUNNING WILD. Gdy ekipy naśladujące RUNNING WILD grają szybko i utrafią we właściwe tempo, to pojawiają się takie bardzo atrakcyjne i zadziorne numery jak Red September, Rebels Arise! czy też potężnie zagrany The Bastard Duke, jeden z głównych killerów tej płyty. Jest także w pewnym stopniu rockowo i przebojowo, ale przy zachowaniu zasadniczego heroicznego klimatu w nieco lżejszym Torture, Knife & Fire, gdzie nawet i jakieś pirackie akcenty są słyszalne, ale i motywy z epoki "Blazon Stone". A jeśli coś z "Death or Glory", to jeszcze przychodzi na myśl znakomity, miarowy i dumny Cannons of Infuriation, przypominający uroczystym klimatem Battle of Waterloo. Szkoda tylko, że w środkowej części tu zastępują ten marszowy dostojny styl nieco nieuzasadnionym speed/heavy. I bardzo dobrze kończą Echoes of Time, przy czym ten jeden raz są bliżsi francuskiemu LONEWOLF niż RUNNING WILD. Niemniej epickie, bojowe i pełne dramatyzmu zwieńczenie całej prawdziwej historycznie historii.

Dobre brzmienie, takie przypominające czasy "Port Royal" nie za ciężkie i nie matowe - solidnie zostało to zrealizowane siłami hiszpańskich inżynierów dźwięku. Trzeba też podkreślić staranność aranżacji i wyróżnić wysokiej klasy melodyjne sola gitarowe w każdej kompozycji, ze szczególnym wyróżnieniem Red September.
Hiszpanie może nie są obdarzeni taką charyzmą i magią przyciągania jak BLAZON STONE, ale jest to na pewno dużo lepsze od tego, co tam ostatnio zaserwował sam Kasparek z RUNNIMG WILD. Jest jak za starych dobrych czasów bojowego RUNNING WILD i to wyjątkowo udana nostalgiczna wycieczka w metalową, klasyczną przeszłość.


ocena: 9/10

new 23.11.2022
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#2
Whirlwind - 1640 (2026)

[Obrazek: 1409436.jpg?4952]

Tracklista:
1. 1640 (Intro) 01:24       
2. Days of Doom 04:18       
3. Rage of the Conqueror 04:59      
4. Winds of Ash and Dust 03:41      
5. Lese Majesty (Corpus de Sang) 04:15      
6. Through Fire and Blood 04:07      
7. Ready to Explode 04:56      
8. By the Blood in Our Veins 05:32      
9. Marching to Victory 13:06


Rok wydania: 2026
Gatunek: Heavy Metal
Kraj: Hiszpania

Skład zespołu:
Héctor Llauradó Gimenez  - śpiew
Artur Julió - gitary
Mark Wild - gitary
Philip Graves - bas
Jordi Julió - perkusja


Po czterech latach zastoju, WHIRLWIND powraca z nową historią, tym razem o Wojnie Trzydziestoletniej, a wydania albumu podjęła się wytwórnia Dying Victims Productions, z premierą wyznaczoną na 24 kwietnia 2026 roku.

Stylistyka grupy nieco się zmieniła i obrali tutaj inną formę heavy metalu, bardziej barbarzyńską, teutońską i agresywną, z surowszym śpiewem Héctor Llauradó Gimeneza, jest mocniej i szybciej, momentami może bardziej w manierze power czy nawet speed metalu, co słychać już w Days of Doom, mrokiem i klimatem nawiązującym bardziej do pierwszych dwóch LP RUNNING WILD. Bardziej piracki RUNNING WILD z czasów Port Royal, który można było usłyszeć na płycie poprzedniej jest w Rage of the Conqueror, chociaż surowość refrenów bardziej może wskazywać na USA, słysząc te surowe gang chórki.
Poziom wykonania jest dobry i sekcja rytmiczna sprawdza się znakomicie, podobnie jak duet Wild/Julió, ich sola są ostre i bardzo czytelne, czasami ratując poprawne kompozycje, jak Winds of Ash and Dust czy dość tuzinkowy germański heavy metal Lese Majesty (Corpus de Sang). Środkowa część jest zdecydowanie mniej interesująca i toporność ACCEPT może odrzucać w Through Fire and Blood, na szczęście wracają do ostrzejszego, speed metalowego grania w Ready to Explode. Przypieczętowaniem zmian jest By the Blood in Our Veins, niemiecki heavy metal lat 80. i wspomnienia lat 90. hiszpańskiej sceny heavy. Mało w tym RUNNING WILD, mało tego epickiego ducha 1714 i najwięcej rozmachu ma w sobie Marching to Victory, który jest udany, ale rozkręca się długo, ale wynagradza to druga połowa. Sola są wyborne, chociaż mniej jest tutaj RUNNING WILD, a więcej amerykańskiego pojmowania epickiego heavy metalu. Fajny, chóralny refren, chociaż nie został w pełni wykorzystany.

Brzmienie jest dobre i ekspozycja basisty Philip Graves jest jak najbardziej słuszna, ponieważ gra bardzo dobrze. Bębny grzmią, gitary są ostre, a wokalista lekko wycofany. Przyjemny, heavy metalowy sound, prosty i bez cudów.
Nie jest to LP kompozycyjnie tak porywający, jak debiut i nie ma tutaj tej świeżości morza RUNNING WILD, jest też niepotrzebny eklektyzm i ten heavy metal w stylu ACCEPT jest tutaj co najwyżej poprawny, z refrenami dobrymi, ale nie tak zapadającymi w pamięć i rozmytymi melodiami.
Historia ciekawa i solidna, ale jednak nie opowiedziana tak pasjonująco, jak oblężenie Barcelony.


Ocena: 7.5/10

SteelHammer

Przedpremierowa recenzja dzięki uprzejmości wytwórni Dying Victims Productions.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości