21.06.2018, 20:59:10
Jag Panzer - The Scourge of the Light (2011)
![[Obrazek: R-5388358-1392135780-3972.jpeg.jpg]](https://img.discogs.com/wxYxiXP67sDAhqUg8FTMsiERqmY=/fit-in/550x550/filters:strip_icc():format(jpeg):mode_rgb():quality(90)/discogs-images/R-5388358-1392135780-3972.jpeg.jpg)
Tracklista:
1. Condemned to Fight 04:23
2. The Setting of the Sun 03:26
3. Bringing on the End 05:03
4. Call to Arms 03:26
5. Cycles 04:08
6. Overlord 05:27
7. Let It Out 03:34
8. Union 05:15
9. Burn 06:04
10. The Book of Kells 08:01
Rok wydania: 2011
Gatunek: Heavy/Power Metal
Kraj: USA
Skład zespołu:
Harry Conklin - śpiew
Mark Briody - gitara
Chris Lasegue - gitara
John Tetley - bas
Rikard Stjernquist - perkusja
Ocena: 6.8/10
28.02.2011
![[Obrazek: R-5388358-1392135780-3972.jpeg.jpg]](https://img.discogs.com/wxYxiXP67sDAhqUg8FTMsiERqmY=/fit-in/550x550/filters:strip_icc():format(jpeg):mode_rgb():quality(90)/discogs-images/R-5388358-1392135780-3972.jpeg.jpg)
Tracklista:
1. Condemned to Fight 04:23
2. The Setting of the Sun 03:26
3. Bringing on the End 05:03
4. Call to Arms 03:26
5. Cycles 04:08
6. Overlord 05:27
7. Let It Out 03:34
8. Union 05:15
9. Burn 06:04
10. The Book of Kells 08:01
Rok wydania: 2011
Gatunek: Heavy/Power Metal
Kraj: USA
Skład zespołu:
Harry Conklin - śpiew
Mark Briody - gitara
Chris Lasegue - gitara
John Tetley - bas
Rikard Stjernquist - perkusja
Tych lat od wydania ostatniego albumu to trochę jednak minęło. W końcu lutego 2011 Steamhammer wydaje jego następcę.
Chyba nie ma za bardzo sensu się odwoływać do porównań z "Casting the Stones ". Nie ma tu Brodericka, są za to smyczki, patenty neoklasyczne, jest też Conklin, bardzo pompatyczny, romantyczny, nostalgiczny i ogólnie jest tak jakoś inaczej. Conklin się męczy w wysokich rejestrach, których jednak nadużywa i już "Condemned to Fight" to, jak na ten zespół, za dużo pitolenia około klasycznego z czymś, co jest epickie, a raczej próbuje być epickie. Z kolei "The Setting of the Sun", toczący się wolniej oraz dostojnie już bardziej cieszy i efekt jest wzmocniony... No smyczkami, które o dziwo tu pasują bardzo dobrze. Ten romantyczny nastrój z rycerzami w dalekim tle nie może trwać wiecznie, toteż już w "Bringing on the End" Conklin śpiewa inaczej, ostrzej, ale dodatkowe wokale są bardzo anielsko-wzniosłe, no przesadnie i tyle. Nikt nie oczekiwał od JAG PANZER nieustannej morderczej kanonady heavy power, ale też chyba i te wszelakie nowinki i udziwnienia to doprawdy przesada. Bandów grających progresywnie w obrębie heavy power jest dużo i JAG PANZER obrał kierunek niebezpiecznych porównań z młodą gwardią, pełną pomysłów, których tu też niby nie brak, ale te z "Call to Arms" mocno trącą Brytanią z lat 80-tych i to było fajne, gdyby nie kolejny refren, który jest po prostu słaby i pretensjonalny.
Miało nie być nawiązywania do dawnych lat, ale to nieuniknione. No czegoś tu brak w tym wszystkim. Albo rozrywamy na strzępy heavy metalowo, albo jest to festiwal chórów christian metalowych. Jasne, że agresywny, rytmiczny i nie za szybki "Cycles" to już pewna odtrutka, ale tylko do czasu, gdy pojawia się kolejny rozlazły przesłodzony refren. W JAG PANZER refreny zawsze lub prawie zawsze były dewastujące i ciągnęły wszystko, nawet gdy same motywy główne były takie sobie. Tu na te refreny czeka się z obawą. "Overlord" z tym swoim refrenem wzniosłym i znów zaśpiewanym wysoko mieści się w amerykańskiej tradycji rycerskiego heavy metalu i to dobry kawałek, jednak tylko dobry.
Większość kompozycji jest autorstwa Briody i Christiana Lasegue i to prostu słychać. No mamy melodic power metal po prostu, zagrany momentami ciężej, taki, jaki teraz gra wiele zespołów, przy czym w Europie lepiej. "Let It Out" no bardzo jest wymęczony i ten utwór do ciekawych nie należy pod żadnym względem. Jeśli sola gitarowe były zawsze mocną bronią zespołu, to tym razem praktycznie żadne z nich w pamięć nie zapada i nie przykuwa uwagi. "Union" obiecuje bardzo dużo, daje mniej i ratuje ten numer uroczysty, prosty refren, natomiast robota gitarzystów jest tym razem bardzo prymitywna. Ogólnie razi manieryczny wokal Conklina, który tak manierycznie to jeszcze nie śpiewał. Brak w tym wszystkim zęba, brak jakiejś myśli przewodniej. Coś się wykluwa w "Burn", ale to złagodzenie w kolejnym szybującym ku chmurom refrenie i te zagrywki solowe gitarzystów są po prostu nieznośne. To, co jest esencją stylu bandów, grających metal tradycyjny w nurcie christian tu razi i kaleczy uszy. Czy JAG PANZER przeszedł do tego nurtu?
No chyba jednak nie, bo z tekstów to nie wynika.
"The Book of Kells" to już wszystko razem. Dostojny, epicki heavy power, chóry, tym razem wreszcie też głębia drugiego planu. Po raz pierwszy to wszystko jakoś wreszcie zaczyna wciągać, jest autentyczny klimat, jaki tworzą grupy amerykańskie, gdy chcą być tradycyjnie epicko-rycerskie i tak, to jest piękna kompozycja. Gitara akustyczna, głosy, odgłosy i łagodny śpiew. Po raz pierwszy przyjemny i autentyczny. Po raz pierwszy też solo coś znaczy, po raz pierwszy JAG PANZER wzrusza, no ale niestety po raz ostatni. Płyta z takimi kompozycjami byłaby czymś niesamowitym, ale ta jedna tylko podkreśla przeciętność pozostałych.
Baśń się kończy, legenda została opowiedziana.
Główny bohater? Zapewne Rikard Stjernquist. Sam Tyrant nie tyranizuje już tak, jak dawniej. Ostatni utwór może zaprzecza twierdzeniu, że jego forma jest słabsza, ale ogólne wrażenie jest od bardzo dobrego jednak oddalone. Coś tu JAG PANZER przekombinował, za bardzo próbował pewne kompozycje urozmaicić, nie zawsze z dobrym skutkiem.
Album za to ma znakomite brzmienie, może nawet jest pod tym względem jest bardziej dopracowany ze wszystkich dotychczasowych. Perkusja ustawiona fantastycznie, podobnie bas, a w żadnym momencie nie ma wrażenia, że Conklin walczy o prymat z gitarami. Elementy symfoniczne bardzo dobrze zgrane, piękne brzmienie gitary akustycznej.
Za grzecznie, za układnie jednak.
Z punktu widzenia fana "Ample Destruction", ta płyta jest za grzeczna... Ale czas mija, a tu minęło go jednak bardzo dużo. Jest to inna już filozofia heavy power metalu, dojrzałego, ale przecież nie nowoczesnego. Wrócili z materiałem zaskakującym. Wciąż to JAG PANZER, jednak już inny. Niektórym chyba będzie się ciężko przestawić na pewne nowe tory muzycznego rozumienia metalu przez ten zespół.
Miało nie być nawiązywania do dawnych lat, ale to nieuniknione. No czegoś tu brak w tym wszystkim. Albo rozrywamy na strzępy heavy metalowo, albo jest to festiwal chórów christian metalowych. Jasne, że agresywny, rytmiczny i nie za szybki "Cycles" to już pewna odtrutka, ale tylko do czasu, gdy pojawia się kolejny rozlazły przesłodzony refren. W JAG PANZER refreny zawsze lub prawie zawsze były dewastujące i ciągnęły wszystko, nawet gdy same motywy główne były takie sobie. Tu na te refreny czeka się z obawą. "Overlord" z tym swoim refrenem wzniosłym i znów zaśpiewanym wysoko mieści się w amerykańskiej tradycji rycerskiego heavy metalu i to dobry kawałek, jednak tylko dobry.
Większość kompozycji jest autorstwa Briody i Christiana Lasegue i to prostu słychać. No mamy melodic power metal po prostu, zagrany momentami ciężej, taki, jaki teraz gra wiele zespołów, przy czym w Europie lepiej. "Let It Out" no bardzo jest wymęczony i ten utwór do ciekawych nie należy pod żadnym względem. Jeśli sola gitarowe były zawsze mocną bronią zespołu, to tym razem praktycznie żadne z nich w pamięć nie zapada i nie przykuwa uwagi. "Union" obiecuje bardzo dużo, daje mniej i ratuje ten numer uroczysty, prosty refren, natomiast robota gitarzystów jest tym razem bardzo prymitywna. Ogólnie razi manieryczny wokal Conklina, który tak manierycznie to jeszcze nie śpiewał. Brak w tym wszystkim zęba, brak jakiejś myśli przewodniej. Coś się wykluwa w "Burn", ale to złagodzenie w kolejnym szybującym ku chmurom refrenie i te zagrywki solowe gitarzystów są po prostu nieznośne. To, co jest esencją stylu bandów, grających metal tradycyjny w nurcie christian tu razi i kaleczy uszy. Czy JAG PANZER przeszedł do tego nurtu?
No chyba jednak nie, bo z tekstów to nie wynika.
"The Book of Kells" to już wszystko razem. Dostojny, epicki heavy power, chóry, tym razem wreszcie też głębia drugiego planu. Po raz pierwszy to wszystko jakoś wreszcie zaczyna wciągać, jest autentyczny klimat, jaki tworzą grupy amerykańskie, gdy chcą być tradycyjnie epicko-rycerskie i tak, to jest piękna kompozycja. Gitara akustyczna, głosy, odgłosy i łagodny śpiew. Po raz pierwszy przyjemny i autentyczny. Po raz pierwszy też solo coś znaczy, po raz pierwszy JAG PANZER wzrusza, no ale niestety po raz ostatni. Płyta z takimi kompozycjami byłaby czymś niesamowitym, ale ta jedna tylko podkreśla przeciętność pozostałych.
Baśń się kończy, legenda została opowiedziana.
Główny bohater? Zapewne Rikard Stjernquist. Sam Tyrant nie tyranizuje już tak, jak dawniej. Ostatni utwór może zaprzecza twierdzeniu, że jego forma jest słabsza, ale ogólne wrażenie jest od bardzo dobrego jednak oddalone. Coś tu JAG PANZER przekombinował, za bardzo próbował pewne kompozycje urozmaicić, nie zawsze z dobrym skutkiem.
Album za to ma znakomite brzmienie, może nawet jest pod tym względem jest bardziej dopracowany ze wszystkich dotychczasowych. Perkusja ustawiona fantastycznie, podobnie bas, a w żadnym momencie nie ma wrażenia, że Conklin walczy o prymat z gitarami. Elementy symfoniczne bardzo dobrze zgrane, piękne brzmienie gitary akustycznej.
Za grzecznie, za układnie jednak.
Z punktu widzenia fana "Ample Destruction", ta płyta jest za grzeczna... Ale czas mija, a tu minęło go jednak bardzo dużo. Jest to inna już filozofia heavy power metalu, dojrzałego, ale przecież nie nowoczesnego. Wrócili z materiałem zaskakującym. Wciąż to JAG PANZER, jednak już inny. Niektórym chyba będzie się ciężko przestawić na pewne nowe tory muzycznego rozumienia metalu przez ten zespół.
Ocena: 6.8/10
28.02.2011
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL
"Only The Strong Survive!"
"Only The Strong Survive!"