28.06.2018, 17:21:16
Yngwie Malmsteen - Fire & Ice (1992)
![[Obrazek: R-1343649-1563839825-4271.jpeg.jpg]](https://img.discogs.com/S4StympB4PKQWpCX_tt1puKwj_s=/fit-in/300x300/filters:strip_icc():format(jpeg):mode_rgb():quality(40)/discogs-images/R-1343649-1563839825-4271.jpeg.jpg)
Tracklista:
1. Perpetual (instrumental) 04:14
2. Dragonfly 04:49
3. Teaser 03:29
4. How Many Miles to Babylon 06:10
5. Cry No More 05:17
6. No Mercy 05:32
7. C'est la Vie 05:19
8. Leviathan (instrumental) 04:24
9. Fire and Ice 04:31
10. Forever Is a Long Time 04:31
11. I'm My Own Enemy 06:09
12. All I Want Is Everything 04:02
13. Golden Dawn (instrumental) 01:28
14. Final Curtain 04:46
Rok wydania: 1992
Gatunek: Neoclassical Heavy Metal/Hard Rock/Shred
Kraj: Szwecja
Skład zespołu:
Yngwie J. Malmsteen: gitary, sitar, taurus bas, śpiew
Goran Edman - śpiew
Mats Olausson - instrumenty klawiszowe
Svante Henryson - bas, instrumenty smyczkowe
Bo Werner - perkusja
Michael Von Knorring - perkusja ("Leviathan")
Ocena: 7.7/10
27.08.2007
![[Obrazek: R-1343649-1563839825-4271.jpeg.jpg]](https://img.discogs.com/S4StympB4PKQWpCX_tt1puKwj_s=/fit-in/300x300/filters:strip_icc():format(jpeg):mode_rgb():quality(40)/discogs-images/R-1343649-1563839825-4271.jpeg.jpg)
Tracklista:
1. Perpetual (instrumental) 04:14
2. Dragonfly 04:49
3. Teaser 03:29
4. How Many Miles to Babylon 06:10
5. Cry No More 05:17
6. No Mercy 05:32
7. C'est la Vie 05:19
8. Leviathan (instrumental) 04:24
9. Fire and Ice 04:31
10. Forever Is a Long Time 04:31
11. I'm My Own Enemy 06:09
12. All I Want Is Everything 04:02
13. Golden Dawn (instrumental) 01:28
14. Final Curtain 04:46
Rok wydania: 1992
Gatunek: Neoclassical Heavy Metal/Hard Rock/Shred
Kraj: Szwecja
Skład zespołu:
Yngwie J. Malmsteen: gitary, sitar, taurus bas, śpiew
Goran Edman - śpiew
Mats Olausson - instrumenty klawiszowe
Svante Henryson - bas, instrumenty smyczkowe
Bo Werner - perkusja
Michael Von Knorring - perkusja ("Leviathan")
"Ogień i Lód" to szósty studyjny album Malmsteena, najdłuższy i najbardziej kontrowersyjny z tych, które powstały do tego momentu. Wydany został przez Elektra Records na początku stycznia 1992 roku. W stosunku do "Eclipse" z 1990 oczywiście skład uległ zmianie, choć nieznacznej, jedynie perkusista Michael Von Knorring, który tu zagrał tylko w "Leviathan", został zastąpiony przez Wernera. Po raz pierwszy od lat na dwóch kolejnych płytach zaśpiewał jeden wokalista - Goran Edman, który jako człowiek układny i zgodny utrzymał się w składzie.
Rzadko się zdarza, aby tytuł płyty tak mocno pasował do zawartości. Na tym albumie jest mnóstwo lodu, ognia jednak znacznie mniej. Malmsteen tym razem pomieszał profesorską neoklasykę z graniem z okolic hard rocka, na szczęście jednak nie w obrębie tych samych kompozycji.
Album rozpoczyna się nietypowo, od instrumentalnego "Perpetual" i utwór ten, podobnie jak i drugi instrumental "Leviathan", to stylistyczna kontynuacja złożonego "Eclipse", rzecz pokręcona, trudna wykonawczo i w odbiorze, mimo całego szacunku dla gitarowego artyzmu mistrza, chyba przesadnie oceniająca zdolności percepcji takiego grania u przeciętnego słuchacza. W "Dragonfly" Malmsteen powraca do idei nowocześnie podanego rock/metalu ze specyficznymi harmoniami wokalnymi w chórkach, refrenów, jakie można było już w 1990 usłyszeć w "Bedroom Eyes". "Teaser" to fatalny, zawstydzający numer hard rockowy i w tym momencie zaczyna się rodzić pytanie - co to ma być? Wariacja na nieudane pomysły z "Eclipse"? Na szczęście dalej jest już znacznie więcej ciekawej muzyki, tyle że tak chłodnej, zimnej, momentami wręcz lodowatej, że warto się do tego przygotować, szykując sobie dowolny napój rozgrzewający. "How Many Miles to Babylon" to wystudiowana i wysmakowana lirycznie, podana epicka opowieść z dawką neoklasyki i doskonałym śpiewem Edmana. Utwór wyborny i w tym miejscu wypada bronić Edmana, często atakowanego za ponoć mało "żywy" wokal. No a jak on tu ma śpiewać? To najbardziej neoklasyczny i progresywnie nastawiony wokalista, z jakim Malmsteen współpracował. Dbający o szczegóły, o czystym głosie, doskonale brzmiącym w wysokich partiach, wokalista chłodny, wyrachowany, ale i zapewne z tych, co występowali w tym zespole, najbardziej pasujący do stylu większości utworów z tej płyty.
Kolejno Malmsteen daje jedną po drugiej lekcję neoklasycznego metalu. W "Cry No More" wyciszone, stonowane granie z dodatkiem melancholijnego, progresywnego rocka, smyczki i bardzo ładnie wpasowany wokal Edmana. Szybki "No Mercy" jest przykładem akademickiego potraktowania tematu "kompozycja neoklasyczna" z włączeniem cytatu z klasyki i uzupełnieniem tego kosmicznym solem gitarowym. Malmsteen na tej płycie gra wybornie, ma tu więcej niezwykłych pomysłów niż dotychczas, czasem wręcz wybiegających poza ramy metalowego grania. W "C'est la Vie" wykorzystał sitar oraz orientalny motyw, połączony z symfonicznym tłem. Zimne, wyrachowane rozwinięcie, smutek, posępność i chyba najlepsze wysokie wokale Edmana na tym LP. Udane jest tu również użycie gitary akustycznej. Aby jednak nie było zbyt zimno i dystyngowanie Malmsteen daje nad wyraz przebojowy "Fire & Ice" z bardzo atrakcyjnym refrenem. Ta kompozycja pilotowała ten LP i znalazła się w swoim czasie na licznych listach przebojów. Dokłada do tego speedowy "Forever Is a Long Time", także bardzo melodyjny i energetyczny kawałek, nawiązujący stylem do "Motheless Child" czy "See You In Hell" z płyty poprzedniej. Do grania chłodnego i nostalgicznego powraca w "I'm My Own Enemy" i ten utwór jest interesujący, choć chyba nieco za długi. Tu ponownie duże brawa dla Edmana.
Płyta ma jedną wadę. Jest za długa. W tym miejscu mogła by się skończyć i zapewne wszyscy byliby zadowoleni. Końcówka jest bowiem bardzo przeciętna, bo ani rockowy "All I Want Is Everything", ani progresywnie nastawiony "Final Curtain", poprzedzony mało wyrazistą miniaturą "Golden Dawn", uwagi nie przykuwają. Może tylko część refrenu w ostatnim utworze.
Realizacja tego albumu w sferze produkcyjnej jest aż zbyt perfekcyjna. Brzmienie jest wyśmienite, potężny bas i głośna, przestrzenna perkusja dopełniają się wzajemnie z bardzo starannym planem drugim, gdzie klawisze są oszczędne i często pojawiają się instrumenty niemetalowe, w tym także flet (gościnnie Lolo Lannerback). Gitara Malmsteena chłodna, lekko cofnięta, za to wysunięty jest głos Edmana. Można też odnieść wrażenie pewnego celowego pozostawienia pustych przestrzeni w obrębie dźwiękowej zabudowy niektórych kompozycji.
Ten album jest specyficzny, momentami trudny, chwilami denerwująco nierówny.
Jest też ostatnim albumem Malmsteena w latach 90-tych o tak wyraźnym nastawieniu na granie neoklasyczne z elementami progresywnymi.
Kolejne płyty to już ponownie inny skład, inni wokaliści i inna wizja metalu Made by Y.J.M.
Rzadko się zdarza, aby tytuł płyty tak mocno pasował do zawartości. Na tym albumie jest mnóstwo lodu, ognia jednak znacznie mniej. Malmsteen tym razem pomieszał profesorską neoklasykę z graniem z okolic hard rocka, na szczęście jednak nie w obrębie tych samych kompozycji.
Album rozpoczyna się nietypowo, od instrumentalnego "Perpetual" i utwór ten, podobnie jak i drugi instrumental "Leviathan", to stylistyczna kontynuacja złożonego "Eclipse", rzecz pokręcona, trudna wykonawczo i w odbiorze, mimo całego szacunku dla gitarowego artyzmu mistrza, chyba przesadnie oceniająca zdolności percepcji takiego grania u przeciętnego słuchacza. W "Dragonfly" Malmsteen powraca do idei nowocześnie podanego rock/metalu ze specyficznymi harmoniami wokalnymi w chórkach, refrenów, jakie można było już w 1990 usłyszeć w "Bedroom Eyes". "Teaser" to fatalny, zawstydzający numer hard rockowy i w tym momencie zaczyna się rodzić pytanie - co to ma być? Wariacja na nieudane pomysły z "Eclipse"? Na szczęście dalej jest już znacznie więcej ciekawej muzyki, tyle że tak chłodnej, zimnej, momentami wręcz lodowatej, że warto się do tego przygotować, szykując sobie dowolny napój rozgrzewający. "How Many Miles to Babylon" to wystudiowana i wysmakowana lirycznie, podana epicka opowieść z dawką neoklasyki i doskonałym śpiewem Edmana. Utwór wyborny i w tym miejscu wypada bronić Edmana, często atakowanego za ponoć mało "żywy" wokal. No a jak on tu ma śpiewać? To najbardziej neoklasyczny i progresywnie nastawiony wokalista, z jakim Malmsteen współpracował. Dbający o szczegóły, o czystym głosie, doskonale brzmiącym w wysokich partiach, wokalista chłodny, wyrachowany, ale i zapewne z tych, co występowali w tym zespole, najbardziej pasujący do stylu większości utworów z tej płyty.
Kolejno Malmsteen daje jedną po drugiej lekcję neoklasycznego metalu. W "Cry No More" wyciszone, stonowane granie z dodatkiem melancholijnego, progresywnego rocka, smyczki i bardzo ładnie wpasowany wokal Edmana. Szybki "No Mercy" jest przykładem akademickiego potraktowania tematu "kompozycja neoklasyczna" z włączeniem cytatu z klasyki i uzupełnieniem tego kosmicznym solem gitarowym. Malmsteen na tej płycie gra wybornie, ma tu więcej niezwykłych pomysłów niż dotychczas, czasem wręcz wybiegających poza ramy metalowego grania. W "C'est la Vie" wykorzystał sitar oraz orientalny motyw, połączony z symfonicznym tłem. Zimne, wyrachowane rozwinięcie, smutek, posępność i chyba najlepsze wysokie wokale Edmana na tym LP. Udane jest tu również użycie gitary akustycznej. Aby jednak nie było zbyt zimno i dystyngowanie Malmsteen daje nad wyraz przebojowy "Fire & Ice" z bardzo atrakcyjnym refrenem. Ta kompozycja pilotowała ten LP i znalazła się w swoim czasie na licznych listach przebojów. Dokłada do tego speedowy "Forever Is a Long Time", także bardzo melodyjny i energetyczny kawałek, nawiązujący stylem do "Motheless Child" czy "See You In Hell" z płyty poprzedniej. Do grania chłodnego i nostalgicznego powraca w "I'm My Own Enemy" i ten utwór jest interesujący, choć chyba nieco za długi. Tu ponownie duże brawa dla Edmana.
Płyta ma jedną wadę. Jest za długa. W tym miejscu mogła by się skończyć i zapewne wszyscy byliby zadowoleni. Końcówka jest bowiem bardzo przeciętna, bo ani rockowy "All I Want Is Everything", ani progresywnie nastawiony "Final Curtain", poprzedzony mało wyrazistą miniaturą "Golden Dawn", uwagi nie przykuwają. Może tylko część refrenu w ostatnim utworze.
Realizacja tego albumu w sferze produkcyjnej jest aż zbyt perfekcyjna. Brzmienie jest wyśmienite, potężny bas i głośna, przestrzenna perkusja dopełniają się wzajemnie z bardzo starannym planem drugim, gdzie klawisze są oszczędne i często pojawiają się instrumenty niemetalowe, w tym także flet (gościnnie Lolo Lannerback). Gitara Malmsteena chłodna, lekko cofnięta, za to wysunięty jest głos Edmana. Można też odnieść wrażenie pewnego celowego pozostawienia pustych przestrzeni w obrębie dźwiękowej zabudowy niektórych kompozycji.
Ten album jest specyficzny, momentami trudny, chwilami denerwująco nierówny.
Jest też ostatnim albumem Malmsteena w latach 90-tych o tak wyraźnym nastawieniu na granie neoklasyczne z elementami progresywnymi.
Kolejne płyty to już ponownie inny skład, inni wokaliści i inna wizja metalu Made by Y.J.M.
Ocena: 7.7/10
27.08.2007
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL
"Only The Strong Survive!"
"Only The Strong Survive!"