06.12.2018, 16:48:58
Iron Maiden - Brave New World (2000)
![[Obrazek: R-10463906-1498040067-5924.jpeg.jpg]](https://img.discogs.com/KppZ06d3sKsvIMAu24ueAlicn4w=/fit-in/600x600/filters:strip_icc():format(jpeg):mode_rgb():quality(90)/discogs-images/R-10463906-1498040067-5924.jpeg.jpg)
Tracklista:
1. The Wicker Man 04:35
2. Ghost of the Navigator 06:50
3. Brave New World 06:19
4. Blood Brothers 07:14
5. The Mercenary 04:43
6. Dream of Mirrors 09:21
7. The Fallen Angel 04:01
8. The Nomad 09:06
9. Out of the Silent Planet 06:25
10.The Thin Line Between Love & Hate 08:27
9. Out of the Silent Planet 06:25
10.The Thin Line Between Love & Hate 08:27
Rok wydania: 2000
Gatunek: Heavy Metal
Kraj: Wielka Brytania
Skład zespołu:
Bruce Dickinson - śpiew
Dave Murray - gitara
Janick Gers - gitara
Adrian Smith - gitara
Steve Harris - gitara basowa, instrumenty klawiszowe
Adrian Smith - gitara
Steve Harris - gitara basowa, instrumenty klawiszowe
Nicko McBrain - perkusja
W roku 1999 następują dwa spektakularne powroty na łono maidenowskiej rodziny. Ku wielkiej radości większości fanów ponownie wokalistą zostaje Bruce Dickinson, a skład o trzeciego gitarzystę uzupełnia Adrian Smith, który jakoś po odejściu z IRON MAIDEN nie bardzo się umiał odnaleźć w rock/metalowym światku i ostatecznie wylądował w ekipie BRUCE DICKINSON, by w niej wraz z Bruce przemieścić się do swojej dawnej sławnej formacji.
Czekać na nową płytę nie trzeba było zbyt długo. Nagrana w Paryżu, poddana masteringowi w Nowym Jorku, została zaprezentowana światu przez EMI 29 maja 2000 roku. Prawie 70 minut muzyki, 10 utworów...
Właśnie. Tylko dziesięć. IRON MAIDEN tym albumem potwierdził, że nacisk na długie rozbudowane kompozycje, jakie zaczęły dominować już w czasach Blaze Bayley'a to nie przypadek czy tymczasowy kaprys, a trwała i definitywnie ustalona nowa konwencja artystyczna. Niezależnie od tego, czy się to fanom podoba, czy też nie...
Album rozpoczyna jednak żwawy i niezbyt długi tradycyjny heavy metalowy wymiatacz The Wicker Man, taki brytyjski, poprawny i daleki od metalowej sztuki wysokich lotów. Ghost of the Navigator to z jednej strony nostalgiczna wycieczka w epickie czasy "Powerslave" ale także nawiązanie do "IX". Dobry to kawałek, ale w pewnym momencie zaczyna nużyć swoją długością przy ogólnie mrocznawym klimacie.
Naprawdę ciekawie zaczyna się robić przy Brave New World, bo po początkowym niewinnym gitarowym plumkaniu i łagodnym śpiewie Dickinsona maszyna się rozpędza i wszystko rozwija się w kierunku znakomitego epicko rozegranego nastrojowego heavy metalu z pięknym, klasycznie maidenowskim refrenem. Blood Brothers jest przepiękny i brzmi jak zaginiony track z "Virtual X". Co za subtelna melodia i kunsztowne inkrustacje. Ciekawe jak by to Blaze zaśpiewał? Chyba lepiej... Bardzo wysoki poziom trzyma The Mercenary. Ten dynamiczny numer z fantastycznym refrenem, solowymi stylizacjami na gitary z epoki Paula Di Anno jest często niesłusznie niedoceniany.
Dream of Mirrors nieco przeraża swoją długością, ale obawy o zanudzanie repetytywne są na szczęście bezpodstawne. Melodia jest na tyle atrakcyjna, a zagrywki gitarzystów tak udane, że to w ostatecznym rozrachunki utwór znakomity, rozważny i wyważony pod względem klimatu. Kolejny piękny nośny refren! The Fallen Angel siłą rzeczy musi być killerem, bo to bezpośrednie nawiązanie do "Piece Of Mind", także wokalnie przez Dickinsona, a co jest związane z tamtym albumem, musi być po prostu znakomite.
Epicki, klimatyczny The Nomad jest bardzo dobry, jednak trochę za długi. Tu skrócenie wszystkiego o trzy minuty dałoby ten sam efekt ostateczny, tym bardziej że motywy orientalne są co najwyżej dobre i lekko zepsute przez wyjątkowo paskudne tu brzmienie gitary. Jeśli to miały być jakieś stylizacje na tradycyjne arabskie instrumenty, to nie był to zabieg udany. Ale klimatyczna część instrumentalna z łagodnymi zagrywkami gitarzystów i planem drugim jest po prostu fantastyczna.
Out of the Silent Planet to jeden z najbardziej zapadających w pamięć numerów IRON MAIDEN, licząc od roku 2000. Niby nic tu takiego odkrywczego nie ma, ale ta moc gitar (wreszcie!) i ten porywający refren to jest naprawdę coś.
W tym miejscu ta płyta by się mogła zakończyć. Doprawdy wypełnianie całej pojemności CD Audio nie powoduje, że płyta jest lepsza. Tym bardziej że ponad 8 minut The Thin Line Between Love & Hate to po części sentymentalne smęcenie, a po części wręcz denerwujące powtarzanie motywów, które nie są ani zbyt świeże, ani zbyt ekscytujące.
Dickinson jest w znakomitej formie i śpiewa na tej płycie kapitalnie, wyraźnie dając do zrozumienia, kto rządzi głosowo w IRON MAIDEN. Oczywiście można mieć i inne zdanie, które i ja częściowo podzielam (Salute Blaze!).
Jeśli chodzi o trzech gitarzystów... Specjalnie tego na tej płycie nie słychać, poza partiami solowymi, gdzie trzej panowie prowadzą dialogi, pojedynki i podobne rzeczy, zapewne uśmiechając się do siebie ze zrozumieniem. Trochę jednak zawodzi ich realna inwencja, bo grają często za długo w kółko to samo. Ogólnie jednak na te sola nie można narzekać, choć samo brzmienie gitar w tych momentach jest momentami anemiczne. Trzech gitarzystów... Niektórzy twierdzą, że IRON MAIDEN nabrał przez to mocy. Gdzie, w którym miejscu?! Bzdura. Tak naprawdę do trzymania drabiny wystarczy jeden, dwóch to już lekka przesada. Z marketingowego punktu widzenia przyjęcie Smitha na pewno było strzałem w dziesiątkę,a czysto muzycznego już nie, bez względu na to, co tam ekipa IRON MAIDEM mówiła na ten temat w wywiadach.
W kwestii produkcji to rewelacji nie ma. Odpowiedzialny za mastering George Marino (R.I.P.) ustawił trochę głuche brzmienie gitar i nazbyt ostro wyeksponował bębny, no i te piszczące nazbyt często gitary w solach... Do perfekcji "Fear of The Dark" bardzo tu daleko. Ponieważ to w ostatecznym rozrachunku naprawdę wysokiej klasy album IRON MAIDEN, to sukces komercyjny został osiągnięty bez trudu. Zresztą byłby osiągnięty zapewne także, gdyby płyta słaba... Rządzi uznana marka, a nie wartość muzyczna. Koncerty i nagrywanie kolejnego album zajęły grupie kolejne trzy lata...
A Eddy? Eddy jest tym razem w Siódmy Niebie!
ocena: 8,8/10
new 6.12.2018
Czekać na nową płytę nie trzeba było zbyt długo. Nagrana w Paryżu, poddana masteringowi w Nowym Jorku, została zaprezentowana światu przez EMI 29 maja 2000 roku. Prawie 70 minut muzyki, 10 utworów...
Właśnie. Tylko dziesięć. IRON MAIDEN tym albumem potwierdził, że nacisk na długie rozbudowane kompozycje, jakie zaczęły dominować już w czasach Blaze Bayley'a to nie przypadek czy tymczasowy kaprys, a trwała i definitywnie ustalona nowa konwencja artystyczna. Niezależnie od tego, czy się to fanom podoba, czy też nie...
Album rozpoczyna jednak żwawy i niezbyt długi tradycyjny heavy metalowy wymiatacz The Wicker Man, taki brytyjski, poprawny i daleki od metalowej sztuki wysokich lotów. Ghost of the Navigator to z jednej strony nostalgiczna wycieczka w epickie czasy "Powerslave" ale także nawiązanie do "IX". Dobry to kawałek, ale w pewnym momencie zaczyna nużyć swoją długością przy ogólnie mrocznawym klimacie.
Naprawdę ciekawie zaczyna się robić przy Brave New World, bo po początkowym niewinnym gitarowym plumkaniu i łagodnym śpiewie Dickinsona maszyna się rozpędza i wszystko rozwija się w kierunku znakomitego epicko rozegranego nastrojowego heavy metalu z pięknym, klasycznie maidenowskim refrenem. Blood Brothers jest przepiękny i brzmi jak zaginiony track z "Virtual X". Co za subtelna melodia i kunsztowne inkrustacje. Ciekawe jak by to Blaze zaśpiewał? Chyba lepiej... Bardzo wysoki poziom trzyma The Mercenary. Ten dynamiczny numer z fantastycznym refrenem, solowymi stylizacjami na gitary z epoki Paula Di Anno jest często niesłusznie niedoceniany.
Dream of Mirrors nieco przeraża swoją długością, ale obawy o zanudzanie repetytywne są na szczęście bezpodstawne. Melodia jest na tyle atrakcyjna, a zagrywki gitarzystów tak udane, że to w ostatecznym rozrachunki utwór znakomity, rozważny i wyważony pod względem klimatu. Kolejny piękny nośny refren! The Fallen Angel siłą rzeczy musi być killerem, bo to bezpośrednie nawiązanie do "Piece Of Mind", także wokalnie przez Dickinsona, a co jest związane z tamtym albumem, musi być po prostu znakomite.
Epicki, klimatyczny The Nomad jest bardzo dobry, jednak trochę za długi. Tu skrócenie wszystkiego o trzy minuty dałoby ten sam efekt ostateczny, tym bardziej że motywy orientalne są co najwyżej dobre i lekko zepsute przez wyjątkowo paskudne tu brzmienie gitary. Jeśli to miały być jakieś stylizacje na tradycyjne arabskie instrumenty, to nie był to zabieg udany. Ale klimatyczna część instrumentalna z łagodnymi zagrywkami gitarzystów i planem drugim jest po prostu fantastyczna.
Out of the Silent Planet to jeden z najbardziej zapadających w pamięć numerów IRON MAIDEN, licząc od roku 2000. Niby nic tu takiego odkrywczego nie ma, ale ta moc gitar (wreszcie!) i ten porywający refren to jest naprawdę coś.
W tym miejscu ta płyta by się mogła zakończyć. Doprawdy wypełnianie całej pojemności CD Audio nie powoduje, że płyta jest lepsza. Tym bardziej że ponad 8 minut The Thin Line Between Love & Hate to po części sentymentalne smęcenie, a po części wręcz denerwujące powtarzanie motywów, które nie są ani zbyt świeże, ani zbyt ekscytujące.
Dickinson jest w znakomitej formie i śpiewa na tej płycie kapitalnie, wyraźnie dając do zrozumienia, kto rządzi głosowo w IRON MAIDEN. Oczywiście można mieć i inne zdanie, które i ja częściowo podzielam (Salute Blaze!).
Jeśli chodzi o trzech gitarzystów... Specjalnie tego na tej płycie nie słychać, poza partiami solowymi, gdzie trzej panowie prowadzą dialogi, pojedynki i podobne rzeczy, zapewne uśmiechając się do siebie ze zrozumieniem. Trochę jednak zawodzi ich realna inwencja, bo grają często za długo w kółko to samo. Ogólnie jednak na te sola nie można narzekać, choć samo brzmienie gitar w tych momentach jest momentami anemiczne. Trzech gitarzystów... Niektórzy twierdzą, że IRON MAIDEN nabrał przez to mocy. Gdzie, w którym miejscu?! Bzdura. Tak naprawdę do trzymania drabiny wystarczy jeden, dwóch to już lekka przesada. Z marketingowego punktu widzenia przyjęcie Smitha na pewno było strzałem w dziesiątkę,a czysto muzycznego już nie, bez względu na to, co tam ekipa IRON MAIDEM mówiła na ten temat w wywiadach.
W kwestii produkcji to rewelacji nie ma. Odpowiedzialny za mastering George Marino (R.I.P.) ustawił trochę głuche brzmienie gitar i nazbyt ostro wyeksponował bębny, no i te piszczące nazbyt często gitary w solach... Do perfekcji "Fear of The Dark" bardzo tu daleko. Ponieważ to w ostatecznym rozrachunku naprawdę wysokiej klasy album IRON MAIDEN, to sukces komercyjny został osiągnięty bez trudu. Zresztą byłby osiągnięty zapewne także, gdyby płyta słaba... Rządzi uznana marka, a nie wartość muzyczna. Koncerty i nagrywanie kolejnego album zajęły grupie kolejne trzy lata...
A Eddy? Eddy jest tym razem w Siódmy Niebie!
ocena: 8,8/10
new 6.12.2018
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL
"Only The Strong Survive!"
"Only The Strong Survive!"