01.02.2019, 17:42:48
Iron Maiden - A Matter Of Life And Death (2006)
![[Obrazek: R-10463841-1499861168-3991.jpeg.jpg]](https://img.discogs.com/2snCIAq7TxbHDeL3l6s052wxhFw=/fit-in/600x603/filters:strip_icc():format(jpeg):mode_rgb():quality(90)/discogs-images/R-10463841-1499861168-3991.jpeg.jpg)
Tracklista:
1.Different World 04:17
2. These Colours Don't Run 06:52
3. Brighter than a Thousand Suns 08:44
4. The Pilgrim 05:07
5. The Longest Day 07:48
6. Out of the Shadows 05:36
6. Out of the Shadows 05:36
7. The Reincarnation of Benjamin Breeg 07:21
8. For the Greater Good of God 09:24
9. Lord of Light 07:23
10.The Legacy 09:20
9. Lord of Light 07:23
10.The Legacy 09:20
Rok wydania: 2006
Gatunek: Heavy Metal
Kraj: Wielka Brytania
Skład zespołu:
Bruce Dickinson - śpiew
Dave Murray - gitara
Janick Gers - gitara
Adrian Smith - gitara
Steve Harris - gitara basowa, instrumenty klawiszowe
Adrian Smith - gitara
Steve Harris - gitara basowa, instrumenty klawiszowe
Nicko McBrain - perkusja
Ten album nagrany został ponownie w Londynie, a wydała go EMI w sierpniu 2006 roku.
Jeśli ktokolwiek miał wątpliwości czy muzyczna droga obrana w 2003 roku może ulec zmianie, to zostały one rozwiane.
Ten album skrojony został na miarę poprzedniego z takim trochę żywszym otwarciem Different World, który to utwór rozmywa się w marnym rockowym refrenie, pozując tylko na energiczne openery z kilku wcześniejszych płyt.
Potem jest bardzo, bardzo dużo poprawnego grania z lekka usypiającego rozwlekłego heavy metalu IRON MAIDEN z 2003.
Niemal te same co wcześniej rozwiązania aranżacyjne i niemal identyczne refreny, przy czym oklepana już melodia z refrenu
These Colours Don't Run z przyzwyczajenia może się podobać w pierwszej połowie albumu to najlepszy utwór, choć całkowicie wtórny, Potem rozwlekły, pseudo epicki i pseudo agresywny Brighter than a Thousand Suns i The Pilgrim...
Z The Pilgrim by może coś wyszło, gdyby ograniczyli się do eksploatacji wstępnych riffów i jakoś to posklejali z tymi momentami orientalnymi, jednak w przedstawionej formie to tylko iron maiden medley i w sumie nic ponadto. Napchane są tu stare pomysły, odgrzane i podane jako nieco frustrujący koktajl. The Longest Day to dobry numer, może także niezbyt oryginalny, ale dobry, nawet jeśli ta wolniejsza partia z wysokim wokalem Dickinsona jest mało ciekawa. Z drugiej strony jednak wyraźnie słychać, że IRON MAIDEN grając coś epickiego, jest bladym odbiciem siebie sprzed lat.
Od Out of the Shadows jest lepiej. Ten kawałek jest bardzo dobrym heavy metalem klasycznie maidenowskim, rzecz jasna kłania się Wasted Love, ale ta inspiracja jest akurat na plus. The Reincarnation of Benjamin Breeg był promowany jako centralny punkt albumu, jako potencjalny killer i nowy klasyk. To bardzo dobry utwór, ma swój klimat, ma swoje tempo i swoją narrację, ale do jakiejkolwiek encyklopedycznej klasyki sporo mu brakuje. Przy kolosie For the Greater Good of God nie polegli. Jest w porządku, chyba dlatego, że ta epickość jest prosta , sięga czasów Blaze Bayleya, no i nie ma specjalnie dużo denerwujących repetycji.
Lord Of The Flies był świetny, natomiast Lord of Light, to już trochę za dużo wstępnego niby klimatycznego plumkania i kontynuacja w siłowym heavy metalu, trochę topornym mimo solidnej melodii pełnej dramatyzmu. Ogólnie jednak wprowadzone urozmaicenia i mieszanie ciężkich partii gitarowych z łagodnym klimatem, powodują, że można tego słuchać bez zniecierpliwienia. Nie można tego powiedzieć jednak już o The Legacy, który kumuluje w sobie wszystkie najgorsze cechy i słabości nowego stylu IRON MAIDEN.
Wykonanie całości nie jest przekonujące. Dickinson śpiewa bardzo przeciętnie, siłowo, brakuje mu nieraz pary w płucach, a część wysokich wokali brzmi nieco rozpaczliwe. Trzech gitarzystów nie daje z siebie praktycznie nic. Chyba nie był jeszcze płyty IRON MAIDEN, na której sola gitarowe i współpraca gitarzystów byłyby takie słabe. Tak, jakby im się wcale nie chciało grać. No, prawie wcale. Sekcja rytmiczna głównie statystuje, klawisze Harrisa marne i bezbarwne wszędzie tam, gdzie je słychać.
W kwestii produkcji IRON MAIDEN pokazał, na co mogą sobie pozwolić gwiazdy. Ten materiał nie był poddany masteringowi, co stanowi ewenement na światową skalę. Czy chodziło o oryginalność, czy też grupa uznała mixing Kevina Shirley'a za tak znakomity, że nie wymagał poprawek? Tak czy inaczej, o ile brzmienie perkusji i basu jest dobre, to gitary brzmią po prostu fatalnie, prawie jak z demówki garażowego zespołu. Momentami brzmią jeszcze gorzej, a przecież nawet gdy wcześniej kompozycje były takie sobie, to brzmienie ratowało je od klapy, jak na "Fear Of The Dark".
Od Out of the Shadows jest lepiej. Ten kawałek jest bardzo dobrym heavy metalem klasycznie maidenowskim, rzecz jasna kłania się Wasted Love, ale ta inspiracja jest akurat na plus. The Reincarnation of Benjamin Breeg był promowany jako centralny punkt albumu, jako potencjalny killer i nowy klasyk. To bardzo dobry utwór, ma swój klimat, ma swoje tempo i swoją narrację, ale do jakiejkolwiek encyklopedycznej klasyki sporo mu brakuje. Przy kolosie For the Greater Good of God nie polegli. Jest w porządku, chyba dlatego, że ta epickość jest prosta , sięga czasów Blaze Bayleya, no i nie ma specjalnie dużo denerwujących repetycji.
Lord Of The Flies był świetny, natomiast Lord of Light, to już trochę za dużo wstępnego niby klimatycznego plumkania i kontynuacja w siłowym heavy metalu, trochę topornym mimo solidnej melodii pełnej dramatyzmu. Ogólnie jednak wprowadzone urozmaicenia i mieszanie ciężkich partii gitarowych z łagodnym klimatem, powodują, że można tego słuchać bez zniecierpliwienia. Nie można tego powiedzieć jednak już o The Legacy, który kumuluje w sobie wszystkie najgorsze cechy i słabości nowego stylu IRON MAIDEN.
Wykonanie całości nie jest przekonujące. Dickinson śpiewa bardzo przeciętnie, siłowo, brakuje mu nieraz pary w płucach, a część wysokich wokali brzmi nieco rozpaczliwe. Trzech gitarzystów nie daje z siebie praktycznie nic. Chyba nie był jeszcze płyty IRON MAIDEN, na której sola gitarowe i współpraca gitarzystów byłyby takie słabe. Tak, jakby im się wcale nie chciało grać. No, prawie wcale. Sekcja rytmiczna głównie statystuje, klawisze Harrisa marne i bezbarwne wszędzie tam, gdzie je słychać.
W kwestii produkcji IRON MAIDEN pokazał, na co mogą sobie pozwolić gwiazdy. Ten materiał nie był poddany masteringowi, co stanowi ewenement na światową skalę. Czy chodziło o oryginalność, czy też grupa uznała mixing Kevina Shirley'a za tak znakomity, że nie wymagał poprawek? Tak czy inaczej, o ile brzmienie perkusji i basu jest dobre, to gitary brzmią po prostu fatalnie, prawie jak z demówki garażowego zespołu. Momentami brzmią jeszcze gorzej, a przecież nawet gdy wcześniej kompozycje były takie sobie, to brzmienie ratowało je od klapy, jak na "Fear Of The Dark".
Ten album, gdzie Eddy pojawia się w zwielokrotnionej postaci jako żołnierz z okładki, jest kontrowersyjny, dyskusyjny, zdradza brak muzycznych pomysłów i chyba także brak chęci. Kiepskie brzmienie, ani jednego prawdziwego killera, jakieś ogólne wrażenie bylejakości i zrobienia czegoś na siłę.
Płyta, która podzieliła krytyków i fanów jeszcze bardziej, niż poprzednia.
ocena: 5,5/10
new 1.02.2019
Płyta, która podzieliła krytyków i fanów jeszcze bardziej, niż poprzednia.
ocena: 5,5/10
new 1.02.2019
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL
"Only The Strong Survive!"
"Only The Strong Survive!"