Knights of Round
#3
Knights of Round - The Meaning of Life (2016)

[Obrazek: R-12334111-1533139073-3408.jpeg.jpg]

Tracklista:
1. Savior from Nowhere 05:40     
2. Parting of the Ways 03:44     
3. Heavenly 03:35     
4. Suddenly 03:03     
5. In the Rain 03:24     
6. Find a Way 04:13     
7. Eternal Life 03:15     
8. L.O.S.T. 03:07       
9. Never Ending Journey 04:50     
10. Hope in My Heart 05:40

Rok wydania: 2016
Gatunek: Melodic Power Metal
Kraj: Japonia

Skład:
Caz:nie - śpiew
Yazin - gitara, instrumenty klawiszowe
Ryusa - gitara
Caesar - bas
Rihito - perkusja


Knights of Round powraca i znów zmiana składu, odszedł Junichi i został zastąpiony przez Rihito z Valthus, w którym śpiewa nowy wokalista Concerto Moon.
Oczywiście wpływu na muzykę niemal żaden poza tym, że jest więcej metalu niż poprzednio.
 
Plusem dodatnim jest również fakt, że płyta jest krótsza i trwa 40 minut zamiast niemal 55 i to mielenia kompletnie bezbarwnego, lekko dociążonego jrocka. Powrócił za to metal 2010.
Plusem ujemnym jest to, że kompletnie go nie porzucili i że jest to kompletnie oklepany power metal. Bo jak inaczej określić Savior from Nowhere niż kopiowaniem Rhapsody of Fire i Galneryus? Z drugiej strony, na pewno to lepsze wzorce, niż to, co było poprzednio. Przynajmniej słucha się tego dobrze, ale już kopiowanie Galneryus w Parting of the Ways się dłuży strasznie, a to przecież tylko niecałe 4 minuty. To samo można powiedzieć o Heavenly i kompletnie bezbarwnym Suddenly. Wybija się tutaj In the Rain, który mimo że jest konkretnie przesłodzony i to kontynuacja płyty poprzedniej to jest to zagrane znacznie lepiej i nie wzbudza irytacji jak wytwory AD 2013. Przyjemne i rozmarzone, ale do poziomu Cyntia daleko.
Rhapsody of Fire i Galneryus spotykają się ponownie w Find a Way i część środkowa to prawdopodobnie najagresywniejszy moment na płycie i szkoda, że przy solo idzie to w kierunku bezbarwnego melodic metalu. Eternal Life to kompletnie bezsensowna próba wplatania motywu ancient, a który nie jest w żaden sposób rozwijany przez całą kompozycję a jest jedynie jako przerywnik.
W ramach ciekawostki, to Yazin i Ryusa są odpowiedzialni za „programowanie” i chyba najbardziej to słychać w L.O.S.T, gdzie odnosi się silne wrażenie, że wspomogli się automatem perkusyjnym. Sama kompozycja to słaby jrock album poprzedniego. Never Ending Journey zapowiada się świetnie i szkoda, że refren jest tak przesycony przeciętnym i wysuniętym tłem klawiszowym, bo ten oklepany, ale rozmarzony refren dobrze by się obronił, szczególnie dzięki wschodnim motywom, które nadają fajnej przestrzeni. Hope In My Heart to ewidentna próba grania pod Galneryus z czasów Vetelgyus i to słychać w ustawieniu gitar, sam utwór niestety bardzo przeciętny z fatalnym i kompletnie martwym refrenem.

Brzmienie nie powala. Na pewno jest lepsze niż plastik, jaki zaserwowali w 2013 roku, ale i tak jest bardzo miękko i słychać, kiedy wkracza automat perkusyjny. Gitary ostrzejsze, ale nadal miękkie. Caz:nie mało kto lubi, i swojego bezbarwnego stylu śpiewu nie zmienił. Najlepsza w tym wszystkim jest bardzo ładna okładka, która w pewnym stopniu kontynuuje motyw The Force of Courage Galneryus, chociaż niestety nie poziomem muzycznym.
Płyta o ligę lepsza od poprzedniego, ale materiał ograny do bólu i dłużący się, z bardzo małymi przebłyskami grania powyżej przeciętnego garażowego coverbandu szwedzkiego.
Żal, że Gauntlet nie cieszyło się taką popularnością jak oni i już nic nie nagrywa.


Ocena: 5.6/10
 
SteelHammer
Odpowiedz


Wiadomości w tym wątku
Knights of Round - przez Memorius - 23.06.2018, 16:19:15
RE: Knights of Round - przez Memorius - 04.12.2018, 21:20:17
RE: Knights of Round - przez SteelHammer - 25.10.2019, 10:50:34
RE: Knights of Round - przez SteelHammer - 25.10.2019, 10:50:58

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości