Axel Rudi Pell
#1
Axel Rudi Pell - Wild Obsession (1989)
[Obrazek: 5670.jpg?0400] 

Tracklista:

1. Wild Cat 03:39
2. Call of the Wild Dogs 03:51
3. Slave of Love 04:36
4. Cold as Ice 06:21
5. Broken Heart 05:04
6. Call Her Princess 03:19
7. Snake Eyes 05:13
8. Hear You Calling Me 04:55
9. Return of the Calyph From the Apocalypse of Babylon 00:51
10. (Don't Trust The) Promised Dream 06:28

Rok wydania: 1989
Gatunek: Melodic Heavy Metal
Kraj: Niemcy

Skład:
Charlie Huhn - śpiew
Axel Rudi Pell - gitara
Jorg Deisinger, Thomas Smuszynski, Volker Krawczak - bas
Jorg Michael - perkusja
Georg Hahn, Rudiger Konig - instrumenty klawiszowe

Axel Rudi Pell rozpoczął swój triumfalny marsz w roku 1989.
Zbierając skład doświadczonych muzyków znanych z kapel niemieckich, w tym RUNNING WILD oraz wokalistę Huhna, znanego między innymi ze współpracy z Gary Moore'm, postawił sobie za cel połączenie chwytliwej melodii z gitarowym kunsztem.
Ta płyta to jeszcze wynik doświadczeń wyniesionych z obserwacji niemieckiej sceny hard rockowej i hard'n'heavy, co szczególnie słychać w prostych rockowych numerach z powtarzanymi refrenami, czasem nawet nieco za często - jak w „Call Of the Wild Dogs”.
Nawet wokal Huhna jest to robiony lekko pod Dirkschneidera, a niepotrzebnie, bo gdyby śpiewał swoim normalnym głosem wypadłoby to lepiej.
Że potrafi wykazał w pierwszej wielkiej balladzie ARP, czyli „Broken Heart”.
Materiał z lekka niespójny, z wpływami innych niemieckich zespołów w tym także SCORPIONS, jednak pod względem kompozycyjnym bardzo atrakcyjny. Niekomercyjny, metalowy album - jednocześnie przebojowy i pełen znakomitych melodii i chwytliwych refrenów. Szczególną uwagę zwrócił od razu kunszt gitarowy Pella i jego pirotechniczne popisy w solówkach. Pell zaprezentował tu po raz pierwszy szeroki wachlarz zagrań, które w późniejszym czasie stały się podstawą jego łatwo rozpoznawalnego, a przy tym swoistego stylu. Istotne, że płyta nie jest egoistyczna - gitarzysta doskonale wtapia się w całość i opiera na kompetentnej pracy sekcji rytmicznej. Klawisze są udane i stanowią tło lub występują we wstępach i nie ma wrażenia przepełnienia płyty tym instrumentem. Dobra sekcja rytmiczna opierająca swoją robotę o proste i sprawdzone rozwiązania.
Album nie sprawia także wrażenia kwadratowej niemieckiej produkcji, wiele tu finezji i smaczków mimo pozornej prostoty utworów.
Ciekawostką jest najkrótsza z jego kompozycji jaką zamieścił na LP studyjnych, o najdłuższej przy tym nazwie – „Return of the Calyph From the Apocalypse of Babylon”.
Za najlepsze utwory uważam tu „Cold As Ice”, przepiękny „Broken Heart”, „Call Her Princess” i „Snake Eyes”. Pozostałe od dobrych do bardzo dobrych. Słabych bardzo kompozycji brak - płyta zróżnicowana i w miarę równa.
Brzmienie jest dobre, jednak nieco surowe, jeśli porównać z tym, do jakiego Pell przyzwyczaił fanów potem.
Album trudno nazwać pell melodic metalowym w wąskim tego słowa znaczeniu - styl muzyczny Axela dopiero się krystalizował.
Bardzo udany debiut, którym Pell bez trudu wdarł się do czołówki takiej muzyki nie tylko w Niemczech.


Ocena: 8/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#2
Axel Rudi Pell - Nasty Reputation (1991)
[Obrazek: 5671.jpg?2859] 

Tracklista:

1. I Will Survive 05:04
2. Nasty Reputation 04:10
3. Fighting the Law 03:22
4. Wanted Man 03:50
5. When a Blind Man Cries (Deep Purple cover) 04:38
6. Land of the Giants 10:29
7. Firewall 03:52
8. Unchain the Thunder 03:32
9. Open Doors (Instrumental) 07:56

Rok wydania: 1991
Gatunek: Melodic Heavy Metal/Hard Rock
Kraj: Niemcy

Skład:
Rob Rock - śpiew
Axel Rudi Pell - gitara
Volker Krawczak - bas
Jörg Michael - perkusja
Kai Raglewski - instrumenty klawiszowe

W roku 1991 w całkiem nowym składzie grupa Axela nagrała drugi album.
Tym razem głosu użyczył znany amerykański wokalista i producent Rob Rock. W zespole pojawił się też stały klawiszowiec Raglewski.
W efekcie powstała płyta o wyraźnym ukierunkowaniu na amerykańskiego słuchacza, ostra momentami, zadziorna w wielu miejscach, ale i w wielu rażąca trywialnym podejściem do tematu.
Jakoś mnie ten amerykański ukłon Pella nie przekonuje. O ile album otwiera ognisty „I Will Survive” zapowiadający hard rockową jazdę bez trzymanki na wysokim poziomie,
to już dalej jest tylko dobrze lub nawet raczej słabo jak w „Wanded Man”. Rock to bardzo dobry wokalista, ale w takim nazwijmy to mniej heavy powerowym repertuarze często nie do końca przekonuje (np. jak w „M.A.R.S.”). „Under The Thunder” to drugi killer z tego albumu, krótki zwarty i treściwy z nośnym refrenem i pięknym solem bez kombinacji. Po raz pierwszy Pell prezentuje tu kolosa w postaci „Land Of The Giants”, po raz pierwszy i ostatni z przeciętnym skutkiem. Ta kompozycja dłuży się i ślimaczy, jest w zasadzie przeciągana na siłę i tylko dobra gra Pella ratuje ją przed zupełną porażką.Trudno też zaliczyć do interesujących instrumentalny „Open Doors”. Dużo też hard rocka w ostrzejszej formie, jakiego Pell potem już w zasadzie nie prezentował.
Znakomity cover „When a Blind Man Cries” DEEP PURPLE pokazuje, że w tej dziedzinie ARP jest mistrzem nawet na słabszych płytach, a Rock chyba wypada nie gorzej od Coverdale'a.
Pozostała część zespołu prezentuje się nieźle - dobrze wypada nieco wysunięty do przodu bas, natomiast Michael gra dosyć prosto i większego wrażenia nie robi. Klawisze skromne, niemal symboliczne w większości kompozycji zdominowanych przez gitarę Pella. Mimo, że Pell gra bardzo dobrze odczuwam tu niedosyt. Jakby trochę od niechcenia, trochę na pół gwizdka i trochę niedbale tym razem podszedł do swojego zadania, choć Pell czaruje techniką nawet w tych gorszych numerach.
Sama produkcja dosyć surowa - tej charakterystycznej miękkości i ciepła jeszcze się tu nie doświadcza.
Album niespójny i momentami irytujący, na pewno też nie jest reprezentatywny dla całokształtu twórczości Pella ani jako gitarzysty, ani jako kompozytora.


Ocena: 6.5/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#3
Axel Rudi Pell - Eternal Prisoner (1992)
[Obrazek: 5672.jpg?5106]

Tracklista:

1. Streets of Fire 05:08
2. Long Time 04:15
3. Eternal Prisoner 07:32
4. Your Life (Not Close Enough to Paradise) 05:05
5. Wheels Rolling On 04:46
6. Sweet Lil' Suzie 07:12
7. Dreams of Passion (instrumental)
8. Shoot Her to the Moon 04:36
9. Ride the Bullet 04:16

Rok wydania: 1992
Gatunek: Melodic Heavy Metal
Kraj: Niemcy

Skład zespołu;
Jeff Scott Soto - śpiew
Axel Rudi Pell - gitara
Volker Krawczak - bas
Jörg Michael - perkusja
Kai Raglewski - instrumenty klawiszowe

Trzecia płyta Axela Rudi Pella, niemieckiego czarodzieja melodyjnego metalu... i trzeci wokalista.
Współpraca z Rob Rockiem, zajętym innymi obowiązkami, okazała się krótkotrwała i zaowocowała tylko jednym albumem. Pell zdołał utrzymać jednak poza tym dotychczasowe zestawienie swego bandu i wystarczyło tylko znaleźć właśnie wokalistę. Został nim nie byle kto, bo Amerykanin Jeff Scott Soto, znany, doświadczony i ceniony w muzyce rock/melodic metal, a występujący wcześniej chociażby w RISING FORCE Yngwie Malmsteena.
Poza wokalistą, zmieniło się jednak znacznie więcej, a przede wszystkim sama filozofia melodic metalu według Pella. Jeśli dotychczas proponował on muzykę z pogranicza klasycznego, bardzo melodyjnego heavy metalu i hard rocka, lekko radiową, nastawiona na pełne stadiony spragnionych prostych przebojów fanów, to teraz postanowił wypracować styl własny i rozpoznawalny, oparty o gitarowy kunszt, dopracowanie kompozycji, często bardzo długich i wprowadzenie specyficznego, ciepłego klimatu, tworzonego przez tempa średnie, wysublimowane refreny o ogromnej nośności i wokal, który miał to wszystko podkreślać.

Ta płyta jest pierwszym albumem, gdzie ta filozofia znalazła pełne odzwierciedlenie i gdzie Pell odrywa się od hard rockowych korzeni brytyjskich, niemieckich i amerykańskich i zaczyna tworzyć własną legendę. Soto okazał się wyborem niezmiernie trafnym i czas jego działalności w ARP to czas, który nie poszedł na marne.
Zwykle bywa tak, że gdy tworzy się muzyczną nową jakość, to albo pierwszy tego rezultat jest przebłyskiem geniuszu, którego potem się już nie udaje na nowo wskrzesić, albo też próbą udaną, ale możliwą do udoskonalenia w przyszłości. Pell w nowej konwencji genialnej płyty nie nagrał.
Jest to album bardzo dobry, ale chyba jednak oderwanie się od przeszłości nie było takie proste.
Może też i obawa przed nagłą zmianą?

"Ride the Bullet" to przecież tylko poprawny numer hard rockowy w amerykańskiej tradycji, a nad muzycznym pochodzeniem "Sweet Lil' Suzie" można by się długo rozwodzić i szukać inspiracji w brytyjskim rocku, ale z pewnością nie tylko w nim. To na pewno nie jeszcze pell metal i zapewne afrykańskie rytmy, wygrywane przez perkusistę, są najbardziej intrygujące.
Nową filozofię Pella reprezentuje natomiast wspaniały, instrumentalny "Dreams of Passion", gdzie gitarą śpiewa Axel i ta niby leniwa, a w rzeczywistości pełna zadumy i głębi, melodia i rytmika będzie już zawsze towarzyszyć słuchaczom jego muzyki. Tak jak epickie heavy metalowe kolosy, z których "Eternal Prisoner" jest pierwszym, naprawdę znakomitym, choć przecież nie pierwszym umieszczonym na jego albumach. Ten spokój i niezwykłe współtworzenie nastroju przez wokal i gitarę to potężna broń Pella, a wsparcie tego specyficznie wykorzystanymi klawiszami w tle czyni z tego i podobnych utworów niesamowity spektakl, którego nikomu innemu się nigdy nie udało powtórzyć. Sola są piękne i kto twierdzi, że Pell nie ma własnego stylu, ten jest w błędzie. Pell gra niesamowicie nie tylko w tej kompozycji. Soto śpiewa pięknie nie tylko tu. Klimat, akustyczna gitara i Soto to "Your Life" i ta ballada jest świetną kontynuacją utworu tytułowego. No i solo Pella...

Bardzo dobry też jest "Shoot Her to the Moon", szybszy i nie tak magiczny, więcej tu hard rocka, ale i ciekawych chórków, rzadko spotykanych w takich prostych, rytmicznych kompozycjach.
Tego zmetalizowanego hard rocka jest na tej płycie wciąż sporo, bo do tej kategorii zaliczyć można "Wheels Rolling On", oparty na mocnej linii basu i ciętych riffach, ale już z tym pellowym, rozpoznawalnym refrenem. Echa stadionowego rock/metalu amerykańskiego i grania spod znaku BONFIRE są jednak dominujące. To samo można powiedzieć również o chwytliwym "Long Time". Ten numer z powodzeniem mógł znaleźć się i na poprzednich dwóch albumach jako niezobowiązujący mocniejszy hard rock. Specyficznie tu należy traktować "Streets of Fire", gdzie klasyczny heavy metal w niemal speed metalowej manierze łączy się z atrakcyjna melodią i pirotechniką gitarową Pella. Ta kompozycja chyba nieprzypadkowo otwiera ten LP. Dynamit!

Po raz kolejny wspaniałe zgranie zespołu i sekcja rytmiczna tu momentami daje popis godny złotego medalu. Raglewskiego trochę mało, inna sprawa, że większość numerów jest zdecydowanie gitarowa i klawisze specjalnie tu by nie pasowały. Tam jednak, gdzie gra, warto go uważnie posłuchać. A Soto? Soto pokazał się z jeszcze lepszej strony niż u Malmsteena i ci, którzy znają jego występy w innych zespołach muszą przyznać, że w ARP wypada wyśmienicie i wprowadził się do grupy bez żadnych kompleksów i obciążeń.
Ten album jest też pierwszym z jasno ustalonym, pellowym brzmieniem. Głośna perkusja, demolujący, nisko strojony bas i specjalne ustawienie gitary, absolutnie charakterystyczne dla Pella i tylko dla niego. Pell ma ciężką gitarę. Pell gra metal, nie hard rocka.
Produkcja tej płyty jest bez zarzutu i uwypukla wszystko co najważniejsze, a przede wszystkim sola Pella i śpiew Soto.
Mimo wszystko nie jest to jeszcze ten pell metal, jaki Mistrz zaserwował już na następnej płycie.
Tu jest jeszcze trochę za mało Pella w Pellu.


Ocena: 8.1/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#4
Axel Rudi Pell - Between the Walls (1994)
[Obrazek: 5674.jpg?1510]

Tracklista:

1. The Curse 01:16
2. Talk of the Guns 04:52
3. Warrior 05:12
4. Cry of the Gypsy 05:01
5. Casbah 10:01
6. Outlaw 03:59
7. Wishing Well (Free cover) 04:01
8. Innocent Child 06:26
9. Between the Walls 04:05
10. Desert Fire 03:08

Rok wydania: 1994
Gatunek: Melodic Heavy Metal
Kraj: Niemcy

Skład zespołu:
Jeff Scott Soto - śpiew
Axel Rudi Pell - gitara
Volker Krawczak - bas
Jörg Michael - perkusja
Julie Greaux - instrumenty klawiszowe

Jest to czwarty album zespołu Axell Rudi Pella, znakomitego, niemieckiego gitarzysty i kompozytora melodyjnych heavy metalowych kompozycji w niepowtarzalnym stylu. Czwarty album, drugi z cenionym wokalistą Soto i pierwszy z nowym klawiszowcem, Greaux.
Jest to też pierwsza płyta, którą można nazwać niemal 100% wyrażeniem idei pell metalu, niemal kompletnym ucieleśnieniem tego, co stało się wizytówką Pella i jego zespołu.
Melodyjne, spokojne kompozycje o specyficznym, ciepłym klimacie, kolos o epickim rozmachu i ballada, no i instrumentalny popis Mistrza - jest tu wszystko, a wszystko piękne i wysublimowane.

Tradycyjnie na początku jednak jest szybki, heavy metalowy "Talk of the Guns" z klasyczną dla Pella melodią i agresywnymi riffami oraz ciekawym wspieraniem Soto gitarą w refrenach.
"Warrior" obudowany jest ciężkim basem, ciętymi, gitarowymi zagrywkami, ma w sobie odrobinę rycerskiej epickości, traci jednak nieco z powodu zbyt rockowego refrenu. Jest to jednak bardzo dobra kompozycja, podobnie jak i "Cry of the Gypsy' w średnim tempie i tu można zarzucić jedynie to, że sama gra Pella jest trochę zachowawcza, bo te ozdobniki, jak na jego możliwości, są bardzo przeciętne. Wszystkie drobne niedostatki tych dwóch utworów wynagradza epicki kolos "Casbah". Długi, delikatny wstęp akustyczny, w którym można odnaleźć odniesienia do brytyjskiego rocka czy nawet LED ZEPPELIN, a potem bardzo ciężkie wejście gitary i ten kawałek rozwija się w oparciu i orientalny motyw z echami i "Kashmir" LED ZEPPELIN, i "Stargazer "RAINBOW. Jest to jednak kompozycja surowa w swym starożytnym klimacie, wspierana klawiszami, dobranymi wybornie, i jedynie w refrenie są elementy typowe dla przebojowej melodyki Pella. Budowanie tej opowieści i dawkowanie napięcia jest niesamowite. Gdy kończy Soto, zaczyna opowiadać gitarą Pell i to jest kolejna zajmująca opowieść."Outlaw" znów szybszy, prostszy, niemal galopujący i tu dużo miejsca pozostawiono dla Soto oraz refrenów z chórkami.
No i ballada... musi być. Jest tu "Innocent Child" i jeśli ballady Pella są piękne i wzruszające, to ta jak dla mnie jest jedną z naj, naj. Ogromne uczucie włożył Soto w zaśpiewanie tutaj, z pianinem i gitarą w tle. Melodia z refrenu jest po prostu niesamowita i niezapomniana, a sam Pell jeszcze tu dokłada coś od siebie, co jest delikatniejsze od najdelikatniejszych jego zagrywek na tym albumie.
Maestria i kwintesencja pell metalu. Także i tym razem kompozycja tytułowa albumu jest godna zdobić okładkę. "Between the Walls" to heavy metal najwyższej próby w klasycznym dla Axela tempie i konsekwentnym dążeniu do ekspozycji refrenu, na który tu się czeka w ogromnym napięciu. Ostatecznie niby nic totalnie niszczącego w nim nie ma, ale z jakim wysmakowaniem to jest zrobione, no i jak Pell tu rozgrywa solo. Mistrz, tym bardziej, że niezauważalnie przemyca tu elementy stylu gitarowego Blackmore'a. No i coś na koniec instrumentalnie. "Desert Fire". Niesamowity popis Pella i Greaux. Dialog, przekomarzanie się, granie unisono. Szkoda, że to tylko trzy minuty. bo mogli by tak grać nawet dziesięć. Luz, z jakim to jest zrobione porywający, a liczba motywów tak duża, że można by nimi obdzielić całą płytę.
Płyta zawiera również bardzo dobre wykonanie klasyka "Wishing Well".

Wykonanie tego wszystkiego przez zespół AXELL RUDI PELL jest na niepodważalnie wysokim poziomie. Stopień zgrania tego zespołu jest zdumiewający, a wokal Soto wyborny i może nawet jeszcze lepszy niż na "Eternal Prisoner". Sola Pella mordercze w swej melodyjnej ekspresji.
Brzmienie także idealnie dobrane, ze specyficznym soundem gitary Pella, głośną perkusją i ciężkim basem. Jest to pierwszy LP Pella, gdzie ten element jest doprowadzony do perfekcji i pełnej rozpoznawalności.
Tym albumem Axell Rudi Pell zasiadł na tronie melodic heavy metalu i już go nie oddał do dnia dzisiejszego.


Ocena: 9.5/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#5
Axel Rudi Pell - Black Moon Pyramid (1996)
[Obrazek: 5676.jpg?2244] 

Tracklista:

1. Return of the Pharaoh (Intro) 01:47
2. Gettin' Dangerous 04:27
3. Fool Fool 05:19
4. Hole in the Sky 04:54
5. Touch the Rainbow 06:29
6. Sphinx' Revenge 03:36
7. You and I 04:20
8. Silent Angel 05:16
9. Black Moon Pyramid 09:54
10. Serenade of Darkness (Opus #1 Adagio con Agresso) 04:13
11. Visions in the Night 04:01
12. Aqua Solution 00:57
13. Aquarius Dance 04:17
14. Silent Angel (instrumental version) 04:09

Rok wydania: 1996
Gatunek: Melodic Metal
Kraj: Niemcy

Skład:
Jeff Scott Soto - śpiew
Axel Rudi Pell - gitara
Volker Krawczak - bas
Jörg Michael - perkusja
Julie Greaux - instrumenty klawiszowe

W roku 1996 Axel Rudi Pell ze swoim zespołem przedstawił piąty album "Black Moon Pyramid".
Skład grupy nie zmienił się, z tym że w "Gettin' Dangerous" gościnnie na basie zagrał "Peavy"Wagner z RAGE.
Mamy tu pell melodic metal jaki już znamy... tyle że część kompozycji niestety jest słabsza niż poprzednio. Dotyczy to szczególnie nielubianego przeze mnie „Aquarius Dance”.
Również „Silent Angel” jakoś mnie nie przekonuje. Niemniej pozostałe kompozycje w większości co najmniej bardzo dobre - trzy natomiast znakomite: „Gettin' Dangerous”, „Fool Fool” oraz „Touch the Rainbow”. Wokale Soto wyborne i niekiedy to one decydują o wartości utworu, jak chociażby w „Black Moon Pyramid”, który, jako ten długi sztandarowy numer na tym LP, nie ma jednak takiej siły przebicia jak np. poprzednio „Casbah”.
Sam ”Black Moon Pyramid” brzmi jak słabsza wersja „Stargazer” RAINBOW, nawet w konstrukcji jest podobny, zwłaszcza w końcówce i także solo Pella takie zrobione pod styl gitarowy Blackmore'a. „Hole in the Sky”, „You and I”, czy spokojniejszy „Visions in the Night”, to bardzo dobre melodyjne heavy metalowe numery, ale z pewnością nie stanowią szczytu możliwości Pella. „Silent Angel” to mocne wychylenie wskazówki w kierunku AOR i melodyjnego rocka i ta kompozycja, mimo że słucha się jej miło, na mnie większego wrażenia nie robi. Balladowy styl Pella wyraża się jednak korzystniej w innych formach.
Natomiast „Fool Fool” bywa często niedoceniany, a przez znakomicie budowany refren to jedna z oryginalniejszych kompozycji ARP.
Fajnie słucha się też „Gettin' Dangerous” z udziałem Wagnera, ale największą radochę to musiał tu mieć Michael, bo przecież riffy główne to czysty RUNNING WILD.
Za najlepszy numer na tym LP mogę uznać często niedoceniany „Touch the Rainbow”. Zeppelinowskie podejście do tematu w zwrotkach, "kashmirowy" riff przed refrenem i sam refren na poziomie najwyższego geniuszu kompozytorskiego Pella.
Co do pozostałych utworów na tym LP to już rzeczy częściowo tylko dobre, przy czym mam wrażenie, że Pell celowo lekko poeksperymentował na tej płycie. Jednym to pasuje, innym - jak mnie - nie bardzo.
Instrumentalne kompozycje Pella także tym razem bardziej skomplikowane niż przebojowe.
Wykonanie po raz kolejny na najwyższym poziomie i można zaryzykować stwierdzenie, że niekiedy tym elementem zespół nadrabia słabszy poziom niektórych kompozycji.
Klawisze jak zwykle dosyć skromne i dyskretne, wciąż w tle gitary i obecności Greauxa się zbytnio nie wyczuwa.
Pewna zniżka formy na tym albumie się ujawnia, wciąż to jednak muzyka na wysokim poziomie.


Ocena: 8/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#6
Axel Rudi Pell - Magic (1997)
[Obrazek: 5677.jpg?0401] 

Tracklista:

1. Swamp Castle Overture (Intro) 02:15
2. Nightmare 05:18
3. Playing With Fire 04:23
4. Magic 09:23
5. Turned to Stone 05:13
6. The Clown Is Dead 12:10
7. Prisoner of the Sea 05:13
8. Light in the Sky 04:56
9. The Eyes of the Lost 07:03

Rok wydania: 1997
Gatunek: Melodic Metal
Kraj: Niemcy

Skład:
Jeff Scott Soto - śpiew
Axel Rudi Pell - gitara
Volker Krawczak - bas
Jörg Michael - perkusja
Christian Wolff - instrumenty klawiszowe

To szósty i najcięższy jak do tej pory album Pella, ocierający się w wielu miejscach o heavy power w bardzo melodyjnej odmianie. Do takich można zaliczyć kompozycje „Nightmare”, „Playing With Fire”, „Turned to Stone”, „Prisoner of the Sea” i „Light in the Sky”, czyli ponad połowa czasu trwania płyty. Melodia jest tu idealnie połączona z umiejętnie dawkowaną energią, a na refreny czeka się za każdym razem z zapartym tchem.
Tu nie ma miejsca na eksperymenty, jak na albumie poprzednim. Jest to jasne, czytelne i ukierunkowane i wykonane z ogromną pewnością siebie i perfekcją.
Co więcej, na tym LP Pell pokazuje miejsce w szeregu innym niemieckim gitarzystom z głównego nurtu klasycznych odmian metalu. Pell jest tu nieprzewidywalny, piorunujący i powalający finezją i precyzją. Po prostu Pell tu niszczy i tyle.
Pell potwierdza też swój niebywały talent kompozycyjny, ujawniający się w tych jego kolosach.
Tym razem dał nieśmiertelny „The Clown Is Dead” o którego wzruszającym i poruszającym serca wydźwięku napisano już bardzo wiele. Wypada jednak także wyróżnić Soto za wykonanie wokalne, które zwykłem nazywać aktorskim. Jest to najdłuższy utwór jaki się znalazł na jego płytach, a od pierwszej do ostatniej sekundy dostarcza niezapomnianych wrażeń. „Magic” jako drugi kolos równie wyśmienity, przy czym wsłuchując się można doszukać się nietypowego nawiązania do nagrań BLACK SABBATH Martin Era. Wsłuchiwania nie wymaga zaś kunsztowny popis gitarowy Pella w tym utworze, podnoszący kompozycję do rangi najznamienitszych dokonań artysty.
Jeden mały błąd nie pozwala wywindować oceny do 666/10. W przecudownej urody praktycznie akustycznej balladzie „The Eyes of the Lost Pell” powinien dołożyć do tych 7 minut jeszcze 3 i dać solo gitarowe tworząc prawdziwe monstrum Krainy Łagodności.
Czemu tak się nie stało trudno powiedzieć. Nieco szkoda. Po raz kolejny wyrazy uznania dla Soto, który odnalazł się wspaniale nie tylko w tej kompozycji, ale i w pozostałych, także tych szybszych i cięższych.
Złoty medal także dla Michaela. Partie perkusyjne na tym albumie fantastyczne i jakże odległe od nieco topornego pukania w RUNNING WILD.
Brawa dla Wolffa za pianino i inne klawisze w Klownie. Takie to niby proste, a jak rozrywające serce.
Warto zauważyć, że wszystkie kompozycje są wyłącznie autorstwa Pella, a gitarzysta zrezygnował tym razem (poza intro) z utworów instrumentalnych.
Brzmienie jeszcze bardziej wysmakowane i wystudiowane niż na poprzednich albumach, z ostrzejszą gitarą Pella na czele.
AXEL RUDI PELL kompletny i perfekcyjny na szczycie szczytów kompozycji i wykonania.


Ocena: 10/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#7
Axel Rudi Pell - Oceans of Time (1998)
[Obrazek: 5678.jpg?0815] 

Tracklista:

1. Slaves of the Twilight (Intro) 01:50
2. Pay the Price 06:17
3. Carousel 08:01
4. Ashes From the Oath 09:36
5. Ride the Rainbow 04:55
6. The Gates of the Seven Seals 10:37
7. Oceans of Time 07:47
8. Prelude to the Moon (Opus #3 Menuetto Prelugio) 05:04
9. Living on the Wildside 04:53
10. Holy Creatures 06:34

Rok wydania: 1998
Gatunek: Melodic Metal
Kraj: Niemcy

Skład:
Johnny Gioeli - śpiew
Axel Rudi Pell - gitara
Volker Krawczak - bas
Jörg Michael - perkusja
Ferdy Doernberg - instrumenty klawiszowe

Ten album jest siódmym studyjnym w dorobku Pella i pierwszym, na którym nastąpiła zmiana wokalisty.
Gdy Gioeli zastąpił Soto to za bardzo tego wokalisty nie kojarzyłem.
Pierwszy kontakt z "Oceans of Time" i od razu bardzo pozytywne zaskoczenie, bo pod pewnymi względami Gioeli poprzednika przewyższa, co najbardziej to słyszalne jest właśnie na tej płycie.
Jeśli album poprzedni jest szybki i raczej dynamiczny, to ten jest wolny. Jest wolny w przeważającej części, co więcej dla nieprzygotowanego słuchacza nawet lekko usypiający.
Tylko lekko jednak, bo właśnie Gioeli tu robi sporo ruchu swoim głosem, jest bardziej wykrzyczany niż Soto. Ostrzejszy i nawet lekko kontrastuje z bardzo miękką tym razem gitarą Pella. Z drugiej strony potrafi w znakomity sposób wyrazić głosem emocje i wyraża je w poszczególnych utworach w różny sposób także liryczny i refleksyjny.
Co można zarzucić kolejne znakomitej płycie ARP?
Można zarzucić niewiele, ale największym błędem jest tu czasowe rozplanowanie utworów.
Pell zachęcony sukcesem kolosów z albumu poprzedniego (i nie tylko) chyba nieco tu przesadził z tym wydłużaniem i to najbardziej słychać w „Carousel”. To co tam ma do powiedzenia można zamknąć w 4-5 minutach, utwór nic by na tym nie stracił, wręcz przeciwnie - stałby się idealnym melodic metalowym hitem. W pewnym stopniu to samo dotyczy „Oceans of Time”, z tym że jako balladowy numer jest on w tych prawie 8 minutach bardzo odprężający w odsłuchu, no i solo Pella bardzo go ubarwia.
Dwa kolosy główne też tym razem wolne, bardziej liryczne, romantyczne i nostalgiczne niż epickie. Zdecydowanie nastawione na wirtuozerię Pella, przy czym „Ashes From the Oath” w drugiej części jest także kapitalnym, choć niestety skromnym popisem Doernberga w dialogu z Pellem i szkoda, że to tylko ten jeden raz. Jego klawisze aż się tu proszą o większe wyeksponowanie jednak ten instrument zawsze w muzyce tego zespołu pozostawał w cieniu.
Jak wspomniałem płyta jest wolna i tych szybszych klasycznych melodic metalowych kawałków Pella jest tylko trzy.
Najlepszy to „Pay the Price”. Po prostu wzorcowy i tyle. „Ride the Rainbow” w zamyśle ma rozruszać słuchacza pomiędzy dwoma kolosami, buja, ale w tym towarzystwie nigdy nie osiągnie oceny powyżej bardzo dobrej. Najsłabszy, o ile tak można powiedzieć, jest jednak trochę tuzinkowy „Living on the Wildside”. Nietuzinkowy jest zaś „Holy Creatures” i to niektórych, przyzwyczajonych do absolutnie uporządkowanego ARP razi.
Pell zagrał tu inaczej także technicznie, pokazując, że jest wszechstronny i w innej metalowej stylistyce też ma coś ciekawego do powiedzenia podobnie jak w „Prelude To The Moon”. Oczywiście ogólnie kolejny kapitalny pokaz kunsztu gitarowego Axela Rudi Pella i kolejna porcja zapadających w pamięć zagrywek i solówek.
Warto posłuchać tego LP pod kątem ostatniego występu w składzie perkusisty Michaela.
Jest trochę pukania to prawda, ale z jakim wyczuciem wie kiedy nie grać wcale...
Po raz kolejny Pell i jego zespół dostarcza niezapomnianych muzycznych wrażeń.


Ocena: 9/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#8
Axel Rudi Pell - Shadow Zone (2002)
[Obrazek: 6337.jpg?1358] 

Tracklista:

1. The Curse of the Chains (Intro) 01:26
2. Edge of the World 05:18
3. Coming Home 07:03
4. Live for the King 08:15
5. All the Rest of My Life 08:04
6. Follow the Sign 04:29
7. Time of the Truth 08:20
8. Heartbreaker 06:42
9. Saint of Fools 04:59
10. Under the Gun 06:48

Rok wydania: 2002
Gatunek: Melodic Metal
Kraj: Niemcy

Skład zespołu:
Johnny Gioeli - śpiew
Axel Rudi Pell - gitara
Volker Krawczak - bas
Mike Terrana - perkusja
Ferdy Doernberg - instrumenty klawiszowe

Po raz kolejny Axel Rudi Pell zachwyca. Zachwyca nie grając nic nowego i bardzo dobrze.
Można nawet powiedzieć że to jeden z najspokojniejszych albumów AXEL RUDI PELL.
Krótkie gitarowe intro i kolejny utwór to prosty, typowy dla Pella rocker w średnim tempie, gdzie obok znakomitej melodii słychać bardzo udane zagrywki gitarowe w tle. "Coming Home" wolniejszy z popisową partią Pella, niemal transowy i te siedem minut mija szybko i może nawet za szybko. Ogólnie to album długich kompozycji i taką jest "Live for the King". Balladowy początek, potem nieco rozmarzonej epiki podanej w bardzo stonowany sposób i dużo, dużo gitary Axela. Utwór może w samej melodii mało oryginalny, niezwykle dla Pella pod tym względem tradycyjny, ale za takie numery właśnie kochają go tłumy fanów.
W tym momencie gdy ta kompozycja się kończy może chciało by się coś szybszego, ale teraz kolej na balladę "All the Rest of My Life". Bardzo smutny to utwór, gdzie klawisze i Gioeli grają pierwsze skrzypce wprowadzając Pella z rzadka i głównie z gitarą akustyczną. Dopiero gdzieś w połowie opowieść rozpoczyna gitara Pella. Ta gitara śpiewa. Śpiewa pięknie i mało który gitarzysta tak pięknie śpiewa przy pomocy gitary.
Ten czas na krótszy szybszy numer przychodzi w "Follow the Sign", utrzymany w stylu otwieracza. Dynamicznie, rytmicznie i bardzo prosto, ale jakim trzeba być mistrzem, aby z tak prostej melodii tyle wyciągnąć. No w tym momencie trzeba wreszcie powiedzieć też, że Gioeli we wspaniałej formie. Ten wokalista jest po prostu stworzony dla muzyki Pella.
Wspólny początek obu gigantów w "Time of the Truth", kompozycji najdłuższej, ale też w pewnym stopniu za długiej, bo tu ten trans do końca nie wychodzi. Sam refren także nie jest aż tak atrakcyjny jak we wcześniejszych kompozycjach. Z tych kolosów Pella stanowiących o sile jego albumów ten do ścisłej czołówki zaliczyć nie można. Od połowy słychać tu takie nieco nietypowe dla ARP zagrywki z użyciem klawiszy w stylu lat 70tych i ta stylizacja wyszła tylko dobrze.
"Heartbreaker" za to daje pełnię szczęścia jako pełny emocji spokojny song z mocnym klawiszowym podkładem i wspaniałym wokalem Gioeli. Pell tylko podgrywa, chwilami wchodzi z gitarą i te momenty są przepiękne. Potem klasyczne rozwinięcie i znów Pell czaruje. Czarodziej po prostu.
Nie wiem czy do końca przemyślane było umieszczenie na tym albumie "Saint of Fools". Ten utwór choć udany trochę za bardzo przypomina dwa wcześniejsze rockery i owszem, łyka się to bez problemu, ale uczucie deja vu jest silne.Oczywiście solo Pella po raz kolejny ratuje tu ocenę bardzo dobrą.
Mocniej ponownie w "Under the Gun". Ładny utwór na koniec, tyle, że jakby nieco zabrakło tu tej mistycznej otoczki, rozwiewanej przez co najwyżej dobre i mało rozwinięte fragmenty instrumentalne. Za to Gioeli daje godny szacunku popis wokalny.
Godny szacunku jest popis wszystkich instrumentalistów. Taki jest ten zespół i inaczej trudno sobie wyobrazić ich pracę na albumie studyjnym. Album ma wystudiowane i wycyzelowane brzmienie z wyeksponowaną perkusją i jest zrealizowany z rozmachem i wielką umiejętnością zagospodarowania przestrzeni.
Kolejna uczta muzyczna jaką Axel Rudi Pell sprawił swoim fanom.


Ocena: 9.5/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#9
Axel Rudi Pell - Kings and Queens (2004)
[Obrazek: 36743.jpg]

Tracklista:

1. The Gate (intro) 01:01
2. Flyin' High 04:01
3. Cold Heaven 05:18
4. Strong as a Rock 04:52
5. Forever Angel 06:00
6. Legions of Hell 08:40
7. Only the Strong Will Survive 05:32
8. Sailing Away 05:50
9. Take the Crown 06:48
10. Sea of Evil 08:25

Rok wydania: 2004
Gatunek: Melodic Metal
Kraj: Niemcy

Skład zespołu:
Johnny Gioeli - śpiew
Axel Rudi Pell - gitara
Volker Krawzcak - bas
Mike Terrana - perkusja
Ferdy Doernberg - instrumenty klawiszowe

Znowu Pell? Znowu to samo grają? Ano tak I bardzo dobrze.
Następca "Shadow Zone" to kolejny album z taką muzyka jaką sobie upodobali fani tego zespołu i tego gitarzysty.
Tradycyjnie dynamiczny otwieracz w postaci "Flyin' High", jak zwykle prosty i bardzo rytmiczny.
Co jednak słychać - gitara Pella ostrzejsza i cięższa, a wokal Gioeli bardziej dynamiczny.
Jak się okazuje, mamy tu coś trochę innego na tym LP, bo "Cold Heaven" i "Strong as a Rock" owszem dobre, ale gdzieś ta spokojna melancholia i wyciszenie z poprzedniego albumu ustąpiło graniu bardziej radiowemu. Wciąż Pell, ale bardziej hard rockowy, bo "Strong as a Rock" z tymi chórkami i sposobem prowadzenia melodii w refrenie to klasyczny hard rockowy kanon. No że to jednak Pell słychać w części instrumentalnej z solem gitarowym. Trochę za dużo tu rockowego hałasu. Jednak tylko do chwili gdy rozbrzmiewa "Forever Angel". Kolejny piękny, wolny, rozmarzony song ARP, tyle, że w refrenach można by go przypisać SKID ROW lub MOTLEY CRUE. No coś z tej Ameryki na tym albumie jest niewątpliwie. Może ta lekka chrypka i szorstkość w głosie Gioeli? Może też solo Axela w tym kawałku...
Tym razem role muzycznego kolosa i centrum płyty spełnia "Legions of Hell", oparty o potężny bas, który ogólnie na tym LP jest mocno wyeksponowany. Średnie tempo, epickie podejście w zwrotkach i pełen rozmachu refren. W to wszystko wpleciony motyw wschodni i popis Pella od połowy, jakże wpasowany w całość. Akustyczne zakończenie w folkowym stylu nieco zaskakujące oczekujących monumentalnego zwieńczenia.
Nie wiem czemu, ale "Only the Strong Will Survive" mógłby z powodzeniem się znaleźć w repertuarze SCORPIONS. Może nie melodia główna, ale refren bardzo ładnie zaśpiewałby Klaus Meine. Dobry kawałek, ale znów Pell skręca w kierunku standardowego hard rocka.
Pell jednak nie może pozostawić słuchacza bez niezwykłych wzruszeń. "Sailing Away" ma riff wyjęty żywcem z lat 70tych i ogólnie w warstwie muzycznej to kapitalna stylizacja na... może purpurowo-tęczowe granie. No i te bajeczne klawisze w tle, szkoda że tak daleko w tle. Nawet w solo Pella są gdzieś pierwiastki stylu Blackmore'a. Piękny utwór, ciepły i przywodzący tęsknotę za autentyzmem grania dawnych czasów.
"Take the Crown" to znów dużo basu i dużo klawiszy i wspaniały wokal Gioeli. Może nie do końca chwyta ten refren, który wydaje się taki nieco zbyt rockowy, ale to już taki styl tego LP. Ogólnie wciąż Pell, ale jednak tego dynamizmu to przynajmniej na poprzedzającej płycie nie było. Dynamizm dynamizmem, ale jak zwalniają w części z solem to jest dopiero poezja. Trochę brak tego uspokojenia na tej płycie.
Daje je kończący "Sea of Evil", klasyczny prowadzony w wolnym tempie utwór i kolejny przykład na to, że w takich numerach ten zespół jest absolutnym światowym dominatorem.
Przy okazji albumów AXEL RUDI PELL w składzie z Gioeli o wykonaniu mówić jest nietaktem. Warto jednak odnotować tym razem znakomitą robotę Krawczaka, którego gra ma duże znaczenie jako uzupełnienie w czasie gdy Pell gra sola i w kilku wstępach. Natomiast nieco skromniej niż poprzednio poczyna sobie Terrana. Doernberg bardzo swobodny i robi różne rzeczy w tle koniecznie godne odnotowania.
Mocne brzmienie całości, nawet chyba najmocniejszy brzmieniowo album Pella. Wszystko jest głośne, soczyste i pełne ekspresji, a brzmienie samej gitary zmiata pod stół większość zespołów pretendujących do miana heavy metal tradycyjny.
Pell nie zawiódł po raz kolejny, tyle, że jak na mój gust odrobinkę za dużo klasycznych hard rockowych zagrywek.


Ocena: 9/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#10
Axel Rudi Pell - Mystica (2006)
[Obrazek: 113158.jpg]

Tracklista:

1. The Mysterious Return (Intro) 01:18
2. Fly to the Moon 05:34
3. Rock the Nation 05:29
4. Valley of Sin 07:10
5. Living a Lie 05:27
6. No Chance to Live 06:18
7. Mystica 08:26
8. Haunted Castle Serenade (Opus # 4 Grazioso e Agresso) 03:53
9. Losing the Game 04:35
10. The Curse of the Damned 09:57

Rok wydania: 2006
Gatunek: Melodic Metal
Kraj: Niemcy

Skład zespołu:
John Gioeli - śpiew
Axel Rudi Pell - gitara
Volker Krawczak - bas
Mike Terrana - perkusja
Ferdy Doernberg - instrumenty klawiszowe

Ponieważ Pell wydaje płyty regularnie co dwa lata, więc i w 2006 pojawił się album kolejny.
Ten sam skład od wielu lat i te same patenty. Pell przyzwyczaił do tego, że gra od lat to samo i że tego samego można od niego oczekiwać. Nawet konstrukcja tracklisty podobna - intro, a potem dynamiczny rockowy otwieracz "Fly to the Moon". Tu od razu nutka niepokoju, bo dosyć dobry to utwór, ale tak słabego otwarcia od lat nie było. Taki zwyczajny, jak zwykle prosty, ale nie chwyta niestety. Pell próbuje jeszcze raz w "Rock the Nation" z ostrą gitarą i hard rockowymi riffami, ale to wciąż nie to. Ładne, gładkie rozpoczęcie, ale potem to radiowa dyskoteka rockowa. Coś tu jest nie tak. Nie tak też jest w znacznie poważniejszym "Valley of Sin", który ma te cechy monumentalnych kolosów Pella w epicko melancholijnym stylu, ale nie ma tej aury, jaką roztaczają najlepsze utwory tego typu skomponowane przez Pella.
Nieco szybciej i znów bardziej przebojowo w "Living a Lie", ale to już wszystko było i niemal dokładnie to. Przy okazji tego utworu dwie uwagi. Pierwsza to nie najlepsze chórki, a druga ogólniejsza - Terrana jest na tym Lp mało kreatywny i jego gra tym razem to czasami takie roztargnione rytmiczne pukanie. Na szczęście tylko czasem. Kompozycję jak zwykle ratuje solo Pella. Czarodziej robienia magicznych rzeczy z prostych motywów po prostu.
Druga część albumu jest lepsza o ile się lubi Pella spokojnego i stonowanego, bo takim jest wspaniały song "No Chance to Live". Tu bas i perkusja znakomite i klasyczne zagrywki Pella pomiędzy refrenami także. Gioeli zaś pokazuje mistrzowską formę na całej płycie i zresztą na każdej płycie AXEL RUDI PELL. To po prostu zjawiskowy wokalista i tyle.
Zjawiskowe jest także otwarcie tytułowego "Mystica". Potem mamy bardzo dużo klasycznych heavy metalowych riffów. Jasny, melodyjny heavy metal i Gioeli śpiewa tu cały czas nadspodziewanie wysoko. Trochę te oczekiwania po mrocznym początku rozpływają się w graniu bardzo dobrym, ale niestety bez tej magii. Oczywiście solo Pella jak zwykle magiczne druga część tej kompozycji to popis jednego aktora.
Po raz pierwszy od jakiegoś czasu Pell zdecydował się dać na płytę utwór instrumentalny.
Jest nim "Haunted Castle Serenade". Miły, spokojny kawałek, smutny i starannie zagrany. Element neoklasyczny to nowość w muzyce Pella, a solo pełne emocji i żaru w wykonaniu.
"Losing the Game" jest mięsisty i konkretny w gitarze i stanowczy w warstwie wokalnej. Jakoś mało pellowy w większości, ale słucha się znakomicie, zwłaszcza w zwrotkach. Fajna rycząca gitara Pella i bardzo mocny punkt tej płyty. Dynamit, ale w starannie odmierzonych proporcjach. Rytmiczny melodic metal pełną gębą.
Na ostatni utwór czeka się z napięciem. To prawie 10 minut, a w takich kompozycjach Pell zazwyczaj stawia "kropkę nad i". Trochę chrapliwy wokal Gioeli, głos lekko drżący, gitara Pella bardzo smutna, pianino w tle. Kompozycja nabiera siły w trzeciej minucie, potem znów przygasa i rozkwita w części instrumentalnej, gdzie najpierw Pell jest smutny, a potem nawiązuje niesamowity dialog z hammondami Doernberga na tle wspaniałego popisu Terrany. Takiego fenomenalnego fragmentu instrumentalnego AXEL RUDI PELL nie zaprezentował od lat.
Jest to jednak podsumowując płyta słabsza od poprzednich. Brzmieniowo złagodzona w stosunku do "King And Queens", za to z wbijającymi w ziemię bębnami, które wyeksponowane są aż za bardzo. Trochę mało klawiszy, a wyczyny Doernberga z końcówki płyty wskazują, że mógł to być mocny punkt albumu. Nieco zawiodły same kompozycje, jak na Pella mało magiczne i z nie zawsze najwyższych lotów refrenami.
Wciąż jednak AXEL RUDI PELL twardo trzyma się na tronie melodic metal.
Nieco słabiej, ale czasem nie wszystko wychodzi idealnie.


Ocena: 8.5/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#11
Axel Rudi Pell - Tales of the Crown (2008)
[Obrazek: 205731.jpg]

Tracklista:

1. Higher 07:18
2. Ain't Gonna Win 04:51
3. Angel Eyes 04:57
4. Crossfire 05:22
5. Touching My Soul 06:32
6. Emotional Echoes (Instrumental) 05:07
7. Riding On An Arrow 05:55
8. Tales Of The Crown 08:21
9. Buried Alive 05:42
10. Northern Lights 06:21

Rok wydania: 2008
Gatunek: Melodic Heavy Metal
Kraj: Niemcy

Skład zespołu:
John Gioeli - śpiew
Axel Rudi Pell - gitara
Volker Krawczak - bas
Mike Terrana - perkusja
Ferdy Doernberg - instrumenty klawiszowe

Gdy w roku 2006 Axel Rudi Pell zaprezentował album "Mystica", znów odezwały się liczne głosy "ileż to można grać w kółko to samo". Trudno powiedzieć, na ile Pell wziął sobie do serca takie stwierdzenia, bo dwakroć więcej fanów było bardzo zadowolonych, że znów mają swój ulubiony melodic pell metal i płyta "Tales Of the Crown" jest jednak kontynuacją poprzednich.
Ten sam wspaniały skład, ta sama magiczna siła oddziaływania muzyki i nowe, niezapomniane kompozycje.

Wstęp do "Higher" rozpoczynający album jak zwykle nieco tajemniczy, a potem Pell z zespołem czaruje w tym swoim średnim tempie z mocną gitarą w spokojnej kompozycji, typowej, znakomitej i takiej, jaka tego gitarzystę uczyniła Królem melodic heavy metalu. Tu może jeszcze rycerskiego ducha nie słychać, ale jest on na pewno obecny w nieco szybszym i ostrzejszym "Ain't Gonna Win".
"Angel Eyes" to taki melodyjny potoczysty killer, jaki na każdym albumie AXEL RUDI PELL się pojawia i jest to niby nic nowego, ale tych riffów, układających się w bujającą, elegancką melodię słucha się z ogromną przyjemnością. Gioeli jest jak zwykle w znakomitej formie i w takich kompozycjach wypada zawsze wybornie. "Crossfire" to morderczy rocker z genialnym w swej prostocie motywem przewodnim i ten utwór gdzieś dalekimi echami przypomina nagrania DEEP PURPLE z dawnych lat. Nie mogło się obyć bez tej hipnotyzującej gitarą i wolnymi tempami ballady pellowskiej i taką jest tu przepiękna "Touching My Soul" z delikatnym drugim planem. Jedna z najpiękniejszych ballad ARP od lat, z ciekawie wzmocnionym refrenem.
Pell to gitarzysta wyśmienity, ale czasem zarzuca się mu pewne ograniczenie stylistyczne w solach. Kto uwielbia jego muzykę, uwielbia i te sola, niby podobne do siebie, ale Pell na tej płycie zaprezentował, kto wie, czy nie najlepszą w dorobku instrumentalną kompozycję "Emotional Echoes". Zadziwiająca metamorfoza w tym, z pewnością od duszy, zagranym utworze, przywodzącym na myśl, przynajmniej mnie, kompozycje Carlosa Santany. Feeling w tym numerze jest oszałamiający, a to też zasługa sekcji rytmicznej z Terrana na czele.
Jak wiele można powiedzieć gitarą...
"Ridding On the Arrow" z prostym refrenem, także nie za szybki, jest bardzo dobry, ale wciąż jeszcze w głowie brzmi numer poprzedni.
Kompozycja tytułowa jest najdłuższa i ma charakter rycerskiej opowieści. Tempem i stylem nie odbiega od wcześniejszych kolosów zespołu, jest jednak nieco krótszy, ponadto tym razem więcej niż zazwyczaj pojawia się tu w tle klawiszowych brzmień. Tradycyjnie jest część wolniejsza i długie solo Pella, dopowiadającego historię gitarą. Po dawce melodyjnej melancholii pora na kolejny szybki, porywający w melodii killer w postaci "Buried Alive". To jedna z tych kompozycji, gdzie z napięciem czeka się na solo Pella i warto czekać, bo to solo pełne ekspresji i wirtuozerii.
Na koniec znów balladowy, rozmarzony i zamyślony numer z gitarą akustyczną "Northern Light". Jakież to typowe dla Pella granie, tyle razy to już można było usłyszeć, a za każdym razem urzeka.

W sferze produkcyjnej zmian nie ma. To klasyczny, rozpoznawalny sound ARP z mocnym basem, wyrazistą perkusją, cofniętymi klawiszami i jedynym w swoim rodzaju ustawieniem brzmienia gitary Pella. Może jest to nawet jeszcze lepszy sound niż na albumie poprzednim.
O wykonaniu tego wszystkiego przez instrumentalistów po raz kolejny pisać chyba nie ma sensu. To wspaniała, zgrana ekipa od lat, która w tym zestawieniu występuje od roku 2000. Wtedy był to album "The Masquerade Ball", niezapomniany i wspaniały, a na tej płycie, po ośmiu latach, ARP powtórzył ten sukces, nagrywając płytę bez momentów słabszych, wyważoną, z dobrze rozłożonymi akcentami i bardzo atrakcyjną pod względem melodii.
Ktoś znów powie - "to samo gra, co zawsze, ehh...".
Tak, to samo, i bardzo dobrze. Imperator melodic heavy metalu.


Ocena: 9.7/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#12
Axel Rudi Pell - The Crest (2010)
[Obrazek: 265048.jpg]

Tracklista:

1. Prelude Of Doom (Intro) 01:32
2. Too Late 05:58
3. Devil Zone 06:08
4. Prisoner Of Love 05:56
5. Dreaming Dead 07:39
6. Glory Night 05:45
7. Dark Waves Of The Sea (Oceans Of Time Pt. II: The Dark Side) 08:00
8. Burning Rain 05:44
9. Noblesse Oblige (Opus #5 Adagio Contabile) 04:08
10. The End Of Our Time 06:15

Rok wydania: 2010
Gatunek: Melodic Heavy Metal
Kraj: Niemcy

Skład zespołu:
John Gioeli - śpiew
Axel Rudi Pell - gitara
Volker Krawczak - bas
Mike Terrana - perkusja
Ferdy Doernberg - instrumenty klawiszowe

Kolejny album ARP. Kolejne święto melodic heavy metalu. Kolejny przewidywalny atak Mistrza.
Coś nowego byłoby szokiem i rzeczą nie do przyjęcia.
"Too Late" na zmiany. Bardzo dobrze, bo i ten numer jest bardzo dobry. Taki axelowy, dynamiczny, prosty, melodyjny otwieracz ze skromnym, ale gustownym solem. Melodia była już wykorzystywana wiele razy, ale przecież to akurat tu niczemu nie przeszkadza.
"Devil Zone" jest ciężki, ciężki w gitarze, ciężki ogólnie jak na ARP. Tu się pojawia pewien problem. ARP to nie BLACK SABBATH z Martinem. Gioeli to nie Martin, a Pell to nie Iommi. Taki refren pozostawmy jako wspomnienie po BS z lat 87-90.
"Prisoner Of Love" i jakoś do tego rockowego początku ta rycząca gitara nie bardzo pasuje, ale Gioeli sprowadza wszystko na właściwe tory melodic metalowego grania.
Fajny numer, ale już w tym miejscu wychodzi pewna niespotykana wcześniej od lat aranżacyjna toporność. "Dreaming Dead" to próba tradycyjnego kolosa z czasów Gioeli.
Nie za szybko, epicko i z rozdzierająco melodyjnym i chwytliwym eleganckim refrenem.
Gdzieś w pewnym momencie odpływamy wraz Pellem i jego gitarą w te rozmarzone strefy jakie tylko on odkrywa dla słuchaczy. Przy tej okazji jednak nasuwa się uwaga, że tym razem jest to dosyć twarde. Bas bezlitośnie wali w żołądek, perkusja, zresztą jak na całej płycie, potężna i taka, jakby Terrana odbijał sobie skromniejsze pukanie na płycie poprzedniej.
Klawisze i Doernberg... no mało tego i dopiero wstęp do "Glory Night" przypomina, że Ferdy żyje. A sama kompozycja to jeden z najlepszych balladowych songów Pella od dawna i takiego na "Tales Of The Crown" nie było. 1000% Pella w Pellu.
Płyta powrotów i reminiscencji. Podoba mi się, że Pell tego nie ukrywa i "Dark Waves Of The Sea" to "Oceans Of Time Pt. II: The Dark Side". Kontynuacja godna, ale czy czasem z lekka nie wymęczona. Może to wina ostrzejszego brzmienia, no i coś tu siada w refrenie.
Jest kolos, ale czy by się załapał do pierwszej 10 kolosów? Pewnie tak, ale nie w czołówce.
Solo Axela typowe i technicznie nienaganne jak zwykle, ale czy jutro będzie na pewno w "duszy grać'? Taka przeszywająca ta gitara...
"Burning Rain" to więcej klawiszy i więcej czegoś z Ameryki i jakieś motywy takie jak z RAINBOW z lat 80tych i ten refren dobry, dobry i niestety tylko dobry. Jakiś taki biedny ten utwór, taki zwyczajny melodic heavy metal. Instrumentalny "Noblesse Oblige" przelatuje gdzieś bez większego echa i to rozczarowanie po tym genialnym "Emotional Echoes" z 2008 roku. Tu nie ma żadnych emocji. Emocjonalny ładunek nuklearny niesie za to na koniec "The End Of Our Time". Szkoda, że to nie ten numer został ustawiony jako pellowski kolos w punkcie centralnym albumu. Jest tu świeżość pomysłu przy zachowaniu sztywnych kanonów muzyki ARP. Od dawna z taką niecierpliwością i napięciem nie oczekiwałem na solo Pella.
Warto było, bo to co zrobił kasuje wszelką konkurencję, ale za krótko, no za krótko po prostu.
Ta mija godzina z nowymi nagraniami Pella. Godzina wspomnień i sentymentalnych wycieczek w przeszłość. Nie ma tu tego rycersko epickiego klimatu z Tales of the Crown, Pell powraca na swoje podbite już wcześniej terytorium na którym włada dumnie i niepodzielnie.
Mocne brzmienie, aż za mocne miejscami i perfekcyjne wykonanie.
Czegoś jednak zabrakło, czegoś co jest nieuchwytne, ale zawsze Pellowi towarzyszy. Zabrakło w paru utworach i w paru fragmentach i to już stawia ten LP w pozycji jego płyt nieco słabszych, jeśli coś co jest bardzo dobre można tak określić.


Ocena: 8.5/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#13
Axel Rudi Pell - Circle of the Oath (2012)
[Obrazek: 327354.jpg?0949]


Tracklista:
1. The Guillotine Suite (Intro) 01:51
2. Ghost in the Black 04:37
3. Run With the Wind 04:43
4. Before I Die 04:30
5. Circle of the Oath 09:20
6. Fortunes of War 05:19
7. Bridges to Nowhere 07:11
8. Lived Our Lives Before 06:31
9. Hold On to Your Dreams 05:48
10. World of Confusion (The Masquerade Ball Part II) 09:22

Rok wydania: 2012
Gatunek: Melodic Heavy Metal
Kraj: Niemcy

Skład zespołu:
John Gioeli - śpiew
Axel Rudi Pell - gitara
Volker Krawczak - bas
Mike Terrana - perkusja
Ferdy Doernberg - instrumenty klawiszowe

No tak...
Co tu można nowego napisać. Czarodzieje melodic heavy metal.
Może tylko nowego tyle, że więcej jest "starego" ARP z przed "Tales Of The Crown".
Bardzo klasyczne otwarcie w średnio szybkim tempie typowe dla albumów z lat 90tych po intro czyli "Ghost in the Black" z bardzo udanym dialogiem Pell- Doernberg i to też taka mała nowinka. Potem aksamitny, potoczysty i soczysty gitarowo rasowy melodic heavy metalowy "Run With the Wind" z zaskakująco prostym a genialnym w pellowskiej melodii refrenem.
Niespodzianki? Niespecjalnie ciekawy wyjątkowo sztampowy jak na ten zespół "Before I Die" i to co najwyżej dobry kawałek, z lekka zalatujący riffami amerykańskich stadionów.
Są także kolosy, tym razem dwa i pierwszy "Circle of the Oath" zastanawia, bo początek to akustyczny southern rock a potem coś nieco dziwnego się tu dzieje w motywach orientalnych i znów wracamy na melodyjne słoneczne amerykańskie południe... Trzeba to lubić aby polubić w wykonaniu AXEL RUDI PELL. Prawie 10 minut, niedobrze.
Za to "Fortunes of War" ładnie płynie w refrenie klasycznym dla Pella i w klasycznym umiarkowanym tempie. "Brides To Nowhere" to dostojny niszczyciel z tych monumentalnych pellowskich heavy metalowych numerów, które zawsze na jego płytach się znajdują i tu piękne riffy Pell wymyślił z tym wyrazistym dumnym motywem przewodnim na czele. Doskonały utwór. Przy solo odpływamy do kolorowych krain i tak gra tylko jeden gitarzysta na świecie - Axel Rudi Pell.
Czeka się na balladę. Zawsze. Tym razem cudowna po prostu "Lived Our Lives Before" z jakże wdzięcznymi dyskretnymi nawiązaniami gitarowymi na początku do "The Temple Of The King" RAINBOW i wspaniałym tłem Doernberga. Tak tu sobie Pell gra i na akustycznej i na elektrycznej gitarze ... cały Pell.
Dobry przecież, łagodny ale zdecydowanie zagrany "Hold On to Your Dreams" aż tak po poprzednim numerze się nie wyróżnia, ale to już los tych kawałków na płytach ARP umieszczonych po "tych" balladach.
No i wreszcie drugi kolos "World of Confusion (The Masquerade Ball Part II)". Ta część w nawiasie bardzo zobowiązująca.... Tak, to godna część druga, mocniejsza , pełna siły heavy metalowej, epicka, wykuta z ze starannie dobranych typowych dla Pella riffów z tą odrobina nostalgicznego smutku jaki barwi zawsze tego rodzaju kompozycje ARP. Znów oczekiwanie na solo Pella, który zaczyna grac w połowie czwartej minuty. Trochę krótkie to solo ale musi być kolejne, bo to widowisko musi mieć kulminację i ma. Pell wchodzi ponownie i jest fantastyczny i potem znów. Dwaj Mistrzowie czarują na przemian- Gioeli i Pell. Ciekawe rycerskie akustyczne zakończenie przypomina rok 2008.
Przy "Ghost in the Black" można było odnieść wrażenie że Gioeli jest jakby w słabszej formie. Przelotne wrażenie. Śpiewa fantastycznie potem aż do końca albumu.Moc głosu powalająca.
Jakie mogą być uwagi do wykonania instrumentalnego? No przecież wiadomo, że żadnych.

Jednak jakoś trudno jest darować Pellowi "Circle of the Oath" i dwóch powiedzmy nieco odstających poziomem kompozycyjnym melodic metalowych kawałków.Dlatego też, choć to płyta bardzo dobra, ale jednak co najwyżej na poziomie "Mystica" z 2006 roku.


Ocena 8,5/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości