Bloodbound
#1
Bloodbound - Nosferatu (2005)
[Obrazek: 103497.jpg]

Tracklista:

1. Behind the Moon 06:27
2. Into the Dark 04:31
3. Nosferatu 06:23
4. Metal Monster 04:24
5. Crucified 03:50
6. Desdemonamelia 04:14
7. Fallen from Grace 04:45
8. Screams in the Night 04:40
9. For the King 03:49
10. Midnight Sun 03:51
11. On the Battlefield 05:57

Rok wydania: 2005 (Japonia) /2006
Gatunek: Melodic Heavy/Power Metal
Kraj: Szwecja

Skład zespołu:
Urban Breed - śpiew
Tomas Olsson - gitara
Fredrik Bergh - bas, instrumenty klawiszowe
Oskar Belin - perkusja

Powstanie zespołu BLOODBOUND odbiło się dosyć szerokim echem przede wszystkim ze względu na obecność w składzie Urbana Breeda, wokalisty TAD MOROSE, który ucichł po nagraniu znakomitej płyty "Modus Vivendi" w 2003 roku. Wiadome było że grupa, założona z inicjatywy Olssona i Bergha będzie grać melodyjny heavy/power metal, a zagadką było tylko na ile obecność Breeda spowoduje uznanie zespołu za pewną kontynuację TAD MOROSE.
Jak się okazało, kopia czy klon TAD MOROSE nie powstał.
"Behind the Moon" to rozpoczęcie utworem z melodią przypominającą IRON MAIDEN z typowym dla Szwecji melodyjnym refrenem przy czym solo i część instrumentalna ponownie jest typowo ironowa. Na szczęście nie ma mowy o klonowaniu słynnych Brytyjczyków, bo "Into the Dark" to już znacznie więcej z TAD MOROSE, tyle że radosny refren nie bardzo tu pasuje do tej heavy powerowej siły zwrotek.
"Nosferatu" intryguje dzwonami i delikatnym wstępem oraz spokojnym, smutnym śpiewem Breeda. Nagłe przyspieszenie i otrzymujemy pełen patosu i epickiej podniosłości wspaniały utwór godny funkcji tytułowego.
"Metal Monster" utrzymany jest w zbliżonym stylu i oba tworzą pewną całość, przy czym przebojowość tego numeru jest zdecydowanie większa. Doskonały po raz kolejny refren i to umiarkowane tempo, które na tym LP dominuje i za każdym razem jest to rozgrywane w mistrzowski sposób.
Szybszy jest "Crucified" i bardzo zaskaukjące jest tu wykorzystanie neoklasycznych elementów tworzących podstawę heavy powerowej całości. Tym razem świetne zwrotki i sola, natomiast w refrenie jednak takim gigantom jak MEDUZA czy MAJESTIC nie dorównali. Za to słychać w jak wysokiej formie wokalnej jest sam Breed.
"Desdemonamelia" mimo specyficznego wejścia klawiszowego to rasowy killer z najlepszych czasów TAD MOROSE, no może odrobinę lżej zagrany. Pewną negatywną niespodzianką jest "Fallen from Grace", denerwująca kopia nagrań HELLOWEEN z Keeperów. Galopujący speed melodic power niechaj lepiej pozostawią Niemcom.
"Screams In The Night" wolniejszy, ale to też powerowa galopada, choć znów gdzieś IRON MAIDEN w tle. W sumie jakby cały ciężar przesunięty jest tu na refren, jeden z najbardziej zapamiętywalnych na tym albumie. Wyjątkowo tym razem dopieszczona melodia - ciepła i podniosła. "The King" bardzo starannie ułożony wokalnie, dużo tu wysokiego śpiewu i rycersko-baśniowy klimat bez uciekania się jednak do kopiowania HAMMERFALL.
"Midnight Sun" to ponownie wspaniały przykład łączenia heavy/power z motywami neoklasycznymi i brzmi to jak wczesny epicki Malmsteen z refrenem w stylu niemieckim. Olsson daje tu popis gitarowego kunsztu, który chyba na tym LP za bardzo ukrywał w większości kompozycji.
"On The Battlefield" rozpoczyna się jak ponura, folkowa opowieść barda a potem... no niech będzie, że IRON MAIDEN się znów kłania, ale czyż wykorzystanie pewnych riffów Brytyjczyków nie jest tu mistrzowskie w budowaniu kompozycji epickiej? Znakomite, pełne niewymuszonego monumentalizmu zwieńczenie tego albumu.
No i to już koniec, a szkoda, ponieważ tej płyty słucha się z prawdziwą przyjemnością. Starannie dobrane brzmienie jest moim zdaniem wzorcowe dla takiej muzyki, łączącej w melodyjnej formie heavy i power metal.
Zastosowane zapożyczenia nie tylko nie rażą, ale wręcz dodają tu specyficznego uroku, zwłaszcza że wcale nie są ukrywane.
Swoboda wykonania i zgranie godne szacunku podobnie jak wokalny występ Urbana Breeda, potwierdzający, że jest on wokalistą elastycznym, uniwersalnym i potrafiącym panować w obrębie kompozycji. Breed tu napędza dodatkowo tą maszynę zbudowaną z dosyć prostej sekcji rytmicznej i bardzo stanowczej gry Olssona.
BLOODBOUND na pierwszym albumie pokazał się jako zespół może niezbyt oryginalny, ale emanujący siłą i czarujący doskonałymi melodiami.
Płyta dla skandynawskiego grania istotna i zdecydowanie godna uwagi.


Ocena: 9/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#2
Bloodbound - Book Of The Dead (2007)
[Obrazek: 148168.jpg]

Tracklista:

1. Sign of the Devil 05:23
2. The Tempter 04:53
3. Book of the Dead 04:04
4. Bless the Unholy 04:12
5. Lord of Battle 05:06
6. Flames of Purgatory 05:09
7. Into Eternity 04:54
8. Black Heart 05:03
9. Black Shadows 05:52
10. Turn to Stone 04:46
11. Seven Angels 07:08

Rok wydania: 2007
Gatunek: Melodic Heavy/Power Metal
Kraj: Szwecja

Skład:
Michael Bormann - śpiew
Tomas Olsson - gitara
Henrik Olsson - gitara
Fredrik Bergh - bas, instrumenty klawiszowe
Pelle Åkerlind - perkusja

To prosty, klasyczny a przy tym melodyjny jak diabli heavy metal. Ba, nawet nie tak bardzo heavy... Zawirowania powstałe po odejściu Urbana Breeda, które w pewnym momencie doprowadziły niemalże do rozpadu grupy zmusiły jej założycieli, Tomasa Olssona i Fredrika Bergha do przeorganizowania składu i przemyślenia dalszej drogi. Pojawił się drugi gitarzysta, Henrik Olsson, brat Tomasa, nowy perkusista Akerlind (Morgana Lefay) i co najważniejsze nowy wokalista, którym został Niemiec Michael Bormann, wcześniej współpracujący między innymi z Blackmorem i JADED HEART

Wspólnie nagrali album zawierający kompozycje przygotowane przez Bergha i T. Olssona jeszcze w połowie ubiegłego roku. Jakie? Fajne. Proste. Miłe dla ucha. Na nic wielkiego niepretendujące. Nie ma w nich wydumanej mocy ani przebiegłej agresji. Dwie gitary grające w średnich na ogół tempach, o miękkim brzmieniu z lekko schowanymi, starannymi acz czytelnymi solówkami. Gdzieniegdzie malutkie klawisze we wstępach, jak w ‘Sign Of The Devil’, przy czym Bergh wcale nie pretenduje do miana wirtuoza i nie wysuwa się z nimi na pierwszy plan. Równa sekcja rytmiczna bez fajerwerków i zagłuszania reszty, ale podkreślona tam, gdzie trzeba dzięki ogólnej starannej produkcji. Bormann jako wokalista sprawdza się znakomicie w ustalonej konwencji. Śpiewa pewnie, chwilami drapieżnie a czasem bardzo melodyjnie, swobodnie operując głosem. Same kompozycje nie są odkrywcze, ale mają dobre 'kołyszące refreny' i zostały elegancko zagrane, zgodnie zresztą ze szwedzką recepturą. Nie są też wcale tak podobne do siebie, jak by się mogło wydawać po pierwszy przesłuchaniu. Mamy tu sympatyczny, wolny ‘Black Heart’, lekko mroczne ‘Book Of The Dead’ i ‘Sign Of The Devil’ oraz trochę power metalowych galopadek z chórkami w swoistym skandynawskim stylu. Znajdziemy też kilka stylistycznych nawiązań do tuzów tego gatunku. Choćby w takim ‘Turn To Stone’ do GAMMA RAY czy w najdłuższym na płycie ‘Seven Angels’ do ‘późniejszego’ IRON MAIDEN. Na zakończenie jeszcze raz podkreślę, że ‘Book Of The Dead’ to album dla wielbicieli takiego grania. Osobiście lubię taką muzykę a tu jest ona zdecydowanie atrakcyjna.


Ocena: 9/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#3
Bloodbound - Unholy Cross (2011)
[Obrazek: 296467.jpg]

Tracklista:

1. Moria 05:40
2. Drop The Bomb 03:56
3. The Ones We Left Behind 05:21
4. Reflections Of Evil 04:21
5. In For The Kill 04:29
6. Together We Fight 05:21
7. The Dark Side Of Life 03:58
8. Brothers Of War 05:06
9. Message From Hell 03:30
10. In The Dead Of Night 04:01
11. Unholy Cross 04:46

Rok wydania: 2011
Gatunek: Heavy Metal/Melodic Power Metal
Kraj: Szwecja

Skład zespołu:
Patrik Johansson - śpiew
Tomas Olsson - gitara
Henrik Olsson - gitara
Anders Broman - bas
Pelle Akerlind - perkusja
Fredrik Bergh - instrumenty klawiszowe

Czwarta płyta BLOODBOUND i po raz kolejny nieco inna niż poprzednie. Urban Breed po raz drugi pożegnał się z tym zespołem i teraz pozostaje kwestia kiedy tam ponownie wróci... Może już nie wróci, bo Johansson, który go zastąpił to solidny wokalista i zapewne zagości na dłużej, mimo że przecież równolegle występuje w innym heavy metalowym zespole, DAWN OF SILENCE, i to z sukcesami.
Dużo pytań, spekulacji, ale to już tak jest przy okazji BLOODBOUND.

Zespół dzielący fanów power i heavy metalu na dwa różne obozy, przy czym linia podziału czasem tworzy podzbiory wspólne dla tych obozów. No taki zespół, grający ni to power metal, ni to heavy metal, nieraz bardzo przebojowy jak z Bormannem, ni to bardziej nowoczesny, ale odległy od pojęcia "modern" metal i nieco zwiększonym ciężarze gatunkowym.
Ta płyta jest prostsza i jakby nastawiona na pogodzenie tych wszystkich obozów w graniu melodyjnym, pełnym zapożyczeń i jednak mniej szwedzkim niż poprzednio. BLOODBOUND zaczął tu grać ogólnie-europejsko, przy czym jednak sporo tu odniesień do power metalu w podgatunku wylansowanym przez Kai Hansena. Na szczęście nie jest to kolejna kopia "Keeperów" czy którejś z płyt GAMMA RAY z lat 90-tych, ale te inspiracje są słyszalne.
Skład obszerny, sześcioosobowy, dwie gitary, klawisze sporo mocy w tych gitarach, co najmniej tyle, ile na albumie poprzednim, jednak granie prostsze, czy też może bardziej mainstreamowe. Riffy niezbyt złożone z nastawieniem na ekspozycję refrenów i ten w "Moria" jest więcej niż bardzo dobry. Już gdzieś bardzo podobny słyszałem, ale to w niczym nie przeszkadza. No i jest tu interesujące solo, niemal neoklasyczne i w tym elemencie na płycie dzieje się ogólnie bardzo dobrze.
Zespół trzyma się niezbyt szybkich temp, zbliżonych do tych, dominujących na debiucie i w pewnym stopniu ta płyta muzycznie najbardziej go przypomina, nie będąc równocześnie jego jakimś powieleniem. Niemniej delikatnie heavy powerowy z chórkami i "łoło" jest rozegrany właśnie w pewnym stopniu jak kompozycje z pierwszego LP. Ładunek metalowej tradycyjnej przebojowości jest tu przeogromny. Granie podobne do wszystkiego, a przecież zrobione znakomicie i to autentyczny hit, przy tym tak swobodnie zagrany. No i swobodnie zaśpiewany przez Johanssona, co do którego jednak mam pewne wątpliwości.

Mimo wszystko to nie jest wokalista klasy Breeda czy Bormanna, a chwilami jakby próbuje śpiewać pod nich. W DAWN OF SILENCE jakoś prezentuje się lepiej.
Mimo to w zagranym w średnim tempie, mocno akcentowanym "The Ones We Left Behind" wypada świetnie w świetnej pod względem melodii kompozycji.
Taki BLOODBOUND właśnie - melodyjnie i ani to power metal, ani klasyczny heavy - prezentuje się okazale.
"Reflection Of Evil" to chyba najlepszy motyw muzyczny BLOODBOUND, jaki ten zespół stworzył w otwarciu, ale potem... No ja nic nie mam przeciw metalowi hansenowskiemu, lubię, ale ten refren zupełnie bezsensownie został tu dany akurat w takim stylu. Powstała po obiecującym początku kolejna niemiecka speed melodic radosna galopadka. Taki BLOODBOUND mi się nie podoba. Natomiast "In For Te Kill" to już zupełnie coś innego i tu kłania styl lat 80-tych i granie rycerskie, true, lekko ponure i mroczne i w tradycyjnym skandynawskim chłodnawym stylu. Nawet po prostu szwedzkim stylu lat 80-tych, tylko że wtedy technika nagraniowa zazwyczaj nie pozwalał uzyskać takiego brzmienia. Ten szwedzki heavy metal ubiegłego stulecia przypomina także "Together We Fight" z takim refrenem, w jakim zazwyczaj się dumnie i podniośle sławi heavy metal.
Druga część albumu jest niestety mniej interesująca. "The Dark Side Of Life", "Message From Hell" i "in The Dead Of Night" to, owszem, dobre kompozycje w power metalowej stylistyce, częściowo niemieckiej, ale w pierwszej z nich poza intrygującym początkiem nic się specjalnie nie dzieje dalej... Jest tu delikatnie zaznaczony motyw neoklasyczny, potem jednak optymistyczny melodic power GAMMA RAY lat 90-tych bierze górę. W dwóch pozostałych jest to samo, a wysokie zaśpiewy wokalisty niestety irytujące. Wydaje mi się, że takie granie BLOODBOUND powinien jednak zostawić zespołom z kraju między Renem a Odrą.
Jest i metalowa ballada, bardzo porządna i dobrze pomyślana "Brothers Of War", może mało oryginalna, ale tego się po prostu bardzo dobrze słucha, zresztą jak zawsze, gdy BLOODBOUND zwalnia i gra romantyczniej, a ten song choć wojenny jest jednak bardzo romantyczny.
Na deser Szwedzi zostawiają numer tytułowy "Unholy Cross" i to dobre posunięcie, bo wytaczają działo ciężkiego kalibru, mimo że ten numer nie jest szczególnie ciężki, choć to klasyczny heavy power. Do tego to klasyczny rasowy melodyjny heavy power szwedzki i warto tu zwrócić uwagę na precyzję, z jaką to zostało zagrane. Minimalnie tu efekt psuje chyba zbyt wysoki wokal Johanssona i tu by pewnie Urban Breed wpasował się lepiej.

Ale jego nie ma. Jest BLOODBOUND melodyjny, metalowo przebojowy, chwytliwy i z utworami, które wchodzą bardzo gładko.
Ten zespół spośród innych wyróżniało zawsze to, że to granie łatwo przyswajalne (poza albumem poprzednim). Tak jest i teraz, tyle że niekoniecznie przyswajalność musi się wiązać z uciekaniem się do kopiowania metalu Kai Hansena.
Jak zwykle jest to wszystko pewnie i sprawnie zagrane, bez wirtuozerii, ale na poziomie bardzo zgranego zespołu, bo to i muzyka wyraźnie zespołowa.
Mocny bas, głośna, ale nie pukająca perkusja, jedynie odrobinę więcej mięsa można było dołożyć gitarom. Moc odpowiednia, ale czasem lekko plastikowo brzmią. Lekko...
BLOODBOUND nowych lądów tu nie odkrył, nagrał melodyjny album środka, a takich pojawia się nie za dużo.
Ten jest bardzo dobry, jednak nie ma tego błysku jaki "Nosferatu" ani tej pewnej swobody niewymuszonej przebojowości "Book Of The Dead".
Do płyty poprzedniej ma się w zasadzie nijak, co przeciwników tego LP zapewne ucieszy, a zwolenników lekko zniesmaczy.


Ocena: 8.1/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#4
Bloodbound - Tabula Rasa (2009)
[Obrazek: 228208.jpg]

Tracklista:

1. Sweet Dreams of Madness 04:34
2. Dominion 5 05:06
3. Take One 04:05
4. Tabula Rasa 03:42
5. Night Touches You 04:18
6. Tabula Rasa, Pt. 2 (Nothing At All) 03:33
7. Plague Doctor 03:45
8. Master of My Dreams 03:34
9. Twisted Kind of Fate 03:45
10. All Rights Reserved 04:32

Rok wydania: 2009
Gatunek: Heavy/Power Metal
Kraj: Szwecja

Skład zespołu:
Urban Breed - śpiew
Tomas Olsson - gitara, bas
Henrik Olsson - gitara
Johan Sohlberg - bas
Pelle Åkerlind - perkusja
Fredrik Bergh - instrumenty klawiszowe

No i wrócił Urban Breed... Występ Michaela Bormanna okazał się jednorazowym, miłym dla ucha wydarzeniem, ale przecież w końcu wrócił sam Urban Breed!

Nie wróciła jednak muzyka z "Nosferatu", co mogłaby w pewnym stopniu sugerować podobna stylistycznie okładka.
BLOODBOUND probuje być nowoczesny od pierwszych sekund i niezły melodyjny refren został w wpleciony w ciężkie modern heavy/power metalowe gitary bardziej w stylu TAD MOROSE niż BLOODBOUND. Breed momentami niemal ni to recytuje, ni to rapuje, solo progresywne, a perkusja wali jak oszalała. Ostre thrashowe granie surowych gitar w Dominion łamie się nagle słodkim refrenem w stylu AOR i jest mieszanka dosyć nieznośna. Kolejne nieczytelne solo, na granicy kakofonii, a zaraz po nim nastrojowe pościelowe solo.
Trochę to wszystko bez ładu i składu, z barkowym przepychem, ale to wnętrze urządzone jest bez smaku.Pustka muzyczna w nieokreślonych i płaskich mimo udziwnień Take One iPlague Doctor.
Dobry początek, ciekawy riff mamy w Master of My Dreams, tu jednak czar pryska przy boysbandowym refrenie i solówce beznadziejnej i chyba z zupełnie innej płyty.Modern rockowy balladowy song Night Touches You jest przesłodzony, schodzi na pozycje emo love/hate grania słabych grup gothic rockowych i realnie z metalem ma mało wspólnego.
Trochę to lepiej wygląda w bardziej lajtowym potraktowaniu stylu TAD MOROSE w Twisted Kind of Fate, tyle, że ten zamaszysty refren na dwóch poprzednich płytach zająłby w kategorii zamaszystości jedno z ostatnich miejsc.
Jest tu także kolejne, jedne z wielu, bezsensowne solo gitarowe.
Naprawdę udany na tym albumie jest tylko numer tytułowy Tabula Rasa i chyba tylko dlatego, że to ten stary BLOODBOUND, gdzie heavy/power służy przekazaniu konkretnej melodii w potoczystym i soczystym stylu. Niestety Tabula Rasa, Pt. 2 (Nothing At All) to już tylko zbiór agresywnych, nerwowo zagranych riffów w pseudoprogresywnej oprawie i tylko refren jest tu całkiem niezły, jeśli ktoś lubi wzniosłą, płaczliwą pompatyczność.Na koniec All Rights Reserved. Nowocześnie, modern gitarowo niby potoczyście, z następnym słabym romantycznym refrenem.

Breed w formie niezłej, ale daleki od ideału Urban Breeda. Pozostali na swoim zwykły wysokim poziomie, przy czy umiejętności nie zawsze wykorzystują we właściwy sposób. Najlepiej wypadł w tym wszystkim Pelle Åkerlind, który nie przyczynił się do amelodycznych tortur jakie BLOODBOUND tu miejscami serwował.
Znakomite brzmienie, do którego BLOODBOUND już zdążył przyzwyczaić i tu nie mogło być inaczej. Kapitalna klarowność, piękne ustawienie perkusji i mruczącego basu. Kilka planów, w tym oddzielny dla Breeda i eterycznych klawiszy Bergha, których tu prawie nie ma.
Nie bardzo wiadomo, dla kogo przeznaczona jest płyta. Na pewno nie dla fanów BLLODBOUND z dwóch pierwszych płyt, ani dla zwolenników modern rock/metalu, ani też dla tych, którzy cenią progresywne mocne uderzenie.
Dla kogo więc?
All Rights Reserved. Niech tak pozostanie dla tego LP i niech tej zasady nie łamie żaden zespół, który chciałby pójść drogą muzyczną wyznaczoną na "tabula rasa"...

ocena 5/10

new 12.08.2018
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#5
Bloodbound - In the Name of Metal (2012)
[Obrazek: 352429.jpg?0813]

Tracklista:

1. In the Name of Metal 04:16
2. When Demons Collide 04:11
3. Bonebreaker 03:05
4. Metalheads Unite 05:00
5. Son of Babylon 03:19
6. Mr. Darkness 03:15
7. I'm Evil 03:55
8. Monstermind 03:34
9. King of Fallen Grace 03:19
10. Black Devil 03:47
11. Bounded by Blood 04:07
12.Book of the Dead 2012 03:54 (bonus track)

Rok wydania: 2011
Gatunek: Heavy Metal/Melodic Power Metal
Kraj: Szwecja

Skład zespołu:
Patrik Johansson - śpiew
Tomas Olsson - gitara
Henrik Olsson - gitara
Anders Broman - bas
Pelle Akerlind - perkusja
Fredrik Bergh - instrumenty klawiszowe

A oto i piąta płyta BLOODBOUND, którą AFM Records wydała w listopadzie 2012, a premiera światowa miała miejsce miesiąc wcześniej w Japonii.

"In the Name of Metal". Bardzo ładna deklaracja oczywiście, ale...
Są refreny świetne, są refreny słabe i jest refren z In the Name of Metal. Ja oczywiście rozumiem, że pewne rzeczy można potraktować bez śmiertelnej powagi, ale gdy robi to POWERWOLF, to jest to OK, ale to, co zrobił tu BLOODBOUND, jest po prostu okropne. Te słowa, to solo, te chórki... To jest po prostu poniżej krytyki.
Wiara w ten zespół wraca w pięknym true metalowym graniu w When Demons Collide z kapitalnymi melodiami (wszystkimi!), chóralnymi refrenami, werblami i mocą przekazu z "Nosferatu".
Dużo ze stylu "Nosferatu" jest w  Mr. Darkness z autentyczną nutką mroku w melodyjnej classic heavy metalowej oprawie, a jeszcze więcej w niemal podręcznikowym dla BLOODBOUND z debiutu Monstermind, w otoczce melodyjnego horroru. No i to solo gitarowe jest tu kapitalne, zdecydowanie najlepsze na całej płycie.
Jest tu więcej takiego grania prawdziwie heavy metalowego z mocą idących do przodu gitar i potoczystymi solówkami jak w Bonebreaker, czy w wolniejszym Son of Babylon z pełnym rozmachu refrenem gdzie reszta ekipy wspiera Patrika Johanssona. Do tej kategorii zalicza się także King of Fallen Grace zrobiony pod HAMMERFALL i zrobiony fantastycznie!
Bardziej powermetalowy jest zdecydowanie zagrany I'm Evil, trochę chłodniejszy w gitarach i wyraźnie szwedzki w stylu przekazu. Refren znakomity choć solo trochę przypomina wydziwianie z "Tabula Rasa" i można nawet wychwycić nutki neoklasyczne.
Jest także metalowy hymn w stylu MAJESTY czy METALFORCE Metalheads Unite, całkiem przyzwoity i można nawet wybaczyć doprawdy grafomański tekst refrenu
“Metalheads unite,
C'mon join the fight
Metalheads unite,
We bring them down
Metalheads unite,
March into the night
Metalheads unite,
Sing...
M. E. T. A. L. for metal”
Black Devil ciężki w gitarach, nie jest ciężki w melodii i tak to trochę pachnie US glamem i heavy metalem stadionowym w refrenie. Natomiast Bounded by Blood to taki ukłon w stronę kiczowatego heavy metalu LECHERY lub KATANA. Prosty refren, prościutki rytm i kapitalne neoklasyczne właściwie solo...


Ten album należy potraktować szczególnie i odnieść do tego co gra lub grał MAJESTY, METALFORCE czy, i tu najbliżej ,- DREAM EVIL na "The Book Of Heavy Metal". Proste teksty, na granicy kiczu czasem, proste rozwiązania w konstrukcji utworów, odniesienia do najbardziej archetypowych motywów true grania. zabieg świadomy i celowy i teraz sprawa otwarcia w postaci In the Name of Metal jest w pełni jasna.
Wszystko to zostało zrealizowane w perfekcyjny sposób. BLOODBOUND uniknął błędów niektórych innych zespołów, które nagrywały podobne albumy i nie ustawił brzmienia na  garażowo-piwniczne lub starodawne i produkcja to najlepszy BLOODBOUND z możliwych. Zachwyca zwłaszcza bas i perkusja w ciężkich bębnach.
Wykonanie niezwykle staranne w prostych i najprostszych elementach, które czasem wychodzą najgorzej. Robota gitarzystów wyborna, sola świetne, a Patrik Johansson niszczy bezustannie w wyższych i niższych rejestrach i wcale tu Urban Breed nie jest potrzebny,
Podstawowy problem tak skonstruowanych albumów jest to, że nigdy nie będą więcej niż bardzo dobre.
Syndrom "The Book Of Heavy Metal". Nie można zrobić przekrojowej wycieczki po melodyjnym metalu i zadowolić wszystkich wszystkim. Dla mnie są tu mielizny, a otwieracza nie wybaczę, bo jestem ponurym true metalowcem.
Niemniej ogólnie bardzo dobrze i wystarczy.

ocena 8/10

new 12.08.2018
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości