Ozzy Osbourne
#1
Ozzy Osbourne - Blizzard of Ozz (1980)
[Obrazek: 810.jpg]

Tracklista:

1. I Don''t Know 05:16
2. Crazy Train 04:56
3. Goodbye to Romance 05:36
4. Dee (Instrumental) 00:50
5. Suicide Solution 04:21
6. Mr. Crowley 05:03
7. No Bone Movies 03:53
8. Revelation (Mother Earth) 06:09
9. Steal Away (The Night) 03:29

Rok wydania: 1980
Gatunek: Heavy Metal
Kraj: Wielka Brytania

Skład zespołu:
Ozzy Osbourne - śpiew
Randy Rhoads - gitara
Bob Daisley - bas
Lee Kerslake - perkusja
Don Airey - instrumenty klawiszowe

Gdy Ozzy opuścił ostatecznie BLACK SABBATH nadal jego losy śledzone były z uwagą.
Bez większego problemu zdołał on pozyskać do współpracy znanych i cenionych muzyków, którzy występowali chociażby w RAINBOW czy URIAH HEEP oraz młodego, niezwykle uzdolnionego gitarzystę amerykańskiego Randy Rhoadsa. Wbrew obiegowym opiniom to co znalazło się na tej pierwszej jego płycie nie było swojego rodzaju odrzutami z sesji BLACK SABBATH, bowiem utwory napisane zostały wspólnie z Dailsleyem oraz Rhoadsem i jeśli się im przysłuchać uważniej to można zauważyć, że są raczej próbą zerwania z tym, co wiązało Osbourne'a z macierzystą formacją.
Ozzy poszedł po linii Rokendrolowego Doktora i zaprezentował muzykę prostszą, łatwiejszą w odbiorze i przeznaczoną dla szerszego kręgu odbiorców rocka, równocześnie bardziej uniwersalną poprzez stylową amerykanizację.
Płyty jako kontynuacji tego co BLACK SABBATH grał w drugiej połowie lat 70tych uznać nie można, niestety ten pierwszy solowy Lp to krok w bok, a nie do przodu.
Przede wszystkim same utwory są mało atrakcyjne, zarówno pod względem melodii jak i wykonania. Owszem Rhoads pokazał kilka wybornych i nieszablonowych zagrań, kilka świetnych solówek, ale w zasadzie jest skromny, gdzieś tylko akompaniujący słynnemu wokaliście, układny, poprawny i mało widoczny. Na tym albumie panuje wykonawczy marazm. Sekcja rytmiczna, mimo, że złożona z kompetentnych muzyków, jest ospała, brzdąka, puka i stuka, nawet nie bardzo udając zaangażowanie w to co robi. Airey bardziej świeci tu nazwiskiem niż realnym wkładem w muzykę, słychać go niewiele i to co gra to tylko nieciekawe ogony i tła. Osbourne śpiewać nie potrafi i to jasno ta płyta pokazała.
Jeśli jeszcze w BLACK SABBATH jego zawodzenie w połączeniu z riffami Iommi tworzyły lekko zakręconą psychodeliczno-mistyczną całość, to tu mamy w zasadzie tylko wokalną bezradność.
Ta płyta jest w dużej mierze takim klasycznym przykładem bezradności, a sam autobiograficzny "Goodbye to Romance" najlepszym tego przykładem. Smutne pojękiwanie to również "Revelation (Mother Earth)", tu jednak gdzieś się przebijają sabbathowskie echa mimo skromnej muzycznej oprawy tej kompozycji. Zasadniczą treść albumu stanowią
jednak proste, żeby nie powiedzieć prostackie rock-metalowe numery w rodzaju "Crazy Train", "No Bone Movies", czy "Steal Away", w których pobrzmiewają motywy zaczerpnięte z twórczości KISS i grup glam rockowych z USA, ale przedstawione są one bez ognia, energii i luzackiej zadziorności, jaka cechowała nagrania czołowej stawki takiego grania, nawet w owym czasie. Na chwilę obecną przegrywają one całkowicie z tym co teraz i na przestrzeni tych 30 lat powstało w podobnej muzyce. Owiany złą sławą "Suicide Solution" też można uznać za historycznie istotny tylko z powodów pozamuzycznych.
Jedna perła w postaci znakomitego "Mr. Crowley" niczego tu nie zmienia. Pewna ospałość i płaczliwość cechująca część tego LP tu akurat wyszła na dobre i powstał utwór wystarczająco smutny, wystarczająco spokojnie zagrany i wystarczająco przyzwoicie zaśpiewany.
Uzyskane brzmienie można uznać co najwyżej za zadowalające. Jest płasko, miejscami głucho, a Ozzy na tym tle ustawiony zbyt głośno. Pewnych instrumentów momentami wcale nie słychać. Kompletny remastering tego albumu w roku 2002 z inna sekcją rytmiczną to z pewnością nie jest przypadek.
W tym samym roku BLACK SABBATH z Dio zaprezentował jeden z najlepszych heavy metalowych albumów w historii.
Ozzy Osbourne pozostał w tym momencie daleko w tyle.


Ocena: 4.5/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#2
Ozzy Osbourne - Diary of a Madman (1981)
[Obrazek: 815.jpg]

Tracklista:

1. Over the Mountain 04:31
2. Flying High Again 04:44
3. You Can''t Kill Rock & Roll 06:59
4. Believer 05:18
5. Little Dolls 05:39
6. Tonight 05:50
7. S.A.T.O. 04:07
8. Diary of a Madman 06:15

Rok wydania: 1981
Gatunek: Heavy Metal
Kraj: Wielka Brytania

Skład zespołu:
Ozzy Osbourne: śpiew
Randy Rhoads: gitara
Bob Daisley: bas
Lee Kerslake: perkusja
Don Airey: instrumenty klawiszowe

Niezależnie od faktycznej wartości muzycznej, debiut Osbourne'a jako solisty z własnym zespołem był finansowym sukcesem. Czas to pieniądz, a i w samym muzycznym biznesie nie można długo pozostawać w cieniu. Już w następnym roku po wydaniu pierwszego krążka pojawił się kolejny, nagrany w tym samym składzie co poprzednio.

Trzeba przyznać jedno. W ciągu bardzo krótkiego czasu zarówno lider jak i jego ekipa przeszli zdumiewającą metamorfozę, co radykalnie zmieniło obraz wykonania nowych utworów, które się tu znalazły. Osbourne okazał się muzykiem poszukującym, choć zapewne kolejny album wypełniony metal-rockową sieczką o glamowym zabarwieniu także został by przyjęty z otwartymi ramionami.
Tym razem Ozzy zaprezentował jednak muzykę znacznie dojrzalszą, bardziej osadzoną w heavy metalowych realiach i bardziej odnoszącą się do tego co można było usłyszeć w BLACK SABBATH, ale nowocześniejszą i z uwzględnieniem pierwiastka komercyjnego.
Album ma znakomite otwarcie w postaci „Over the Mountain”, gdzie mocne cięte riffy tworzą osnowę na której wokal Ozzy'ego prezentuje się dobrze. Jest melodia i metalowy dynamizm, którego na poprzedniej płycie zabrakło. Najwartościowszym jednak utworem jest tytułowy „Diary of a Madman”, umiejscowiony na końcu płyty. W prostej linii nawiązuje on od początków twórczości Osbourne'a i przesiąknięty jest tym specyficznym klimatem psychodelii, zagubienia i odrobiny szaleństwa, jaka te początki cechowała. Równocześnie kompozycja ta brzmi bardzo nowocześnie i jest zbudowana z zegarmistrzowską precyzją, połączoną z bardzo umiejętnym dawkowaniem napięcia i dramatyzmu. Złożony i wieloplanowy jest także mimo masywnej zwartości "S.A.T.O.". W tym utworze ujawnia się chyba najbardziej gitarowy kunszt Rhoadsa i to nie tylko w wyeksponowanych partiach solowych. Łagodniejsze oblicze Ozzy pokazuje w bardzo melodyjnym, łagodnym i piosenkowym wręcz „Tonight”, który należy do najbardziej udanych tego typu utworów artysty.
Szkoda, że pozostała część albumu jest na dużo niższym poziomie. „Flying High Again” i „Believer” to niezbyt udane próby poruszania się w obszarach openera, podobnie jak zdecydowanie za długi i irytujący powtórzeniami "You Can''t Kill Rock & Roll". Najsłabszy „Little Dolls” brzmi jak odrzut z poprzedniej sesji nagraniowej i na tej płycie jest całkowicie zbędny.

Tak czy inaczej dużo więcej energii i zaangażowania niż za pierwszym podejściem. Poparte jest to znacznie lepszym brzmieniem, co w efekcie daje album niezły, momentami bardzo interesujący, ale nierówny.


Ocena: 7/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#3
Ozzy Osbourne - Bark at the Moon (1983)
[Obrazek: ozzyf.jpg]

Tracklista: (oryginalna pierwsza wersja brytyjska)

1. Rock & Roll Rebel 05:26
2. Bark at the Moon 04:16
3. You''re No Different 05:00
4. Now You See It, Now You Don''t 05:04
5. Forever 04:17
6. So Tired 03:57
7. Waiting For Darkness 05:14
8. Spiders 04:22

Rok wydania: 1983
Gatunek: Heavy Metal
Kraj: Wielka Brytania

Skład zespołu:
Ozzy Osbourne - śpiew
Jake "E" Lee - gitara
Bob Daisley - bas
Tommy Aldridge - perkusja
Don Airey - instrumenty klawiszowe

Trzeci album Ozzy Osbourne’a poprzedziła tragiczna śmierć w wypadku lotniczym jego niezmiernie uzdolnionego gitarzysty i przyjaciela Randy Rhoadsa. Zobowiązania koncertowe wymusiły na Ozzym szybkie poszukanie następcy, choć odejście Randy'ego było dla niego wielkim ciosem osobistym.
W samym zespole też działo się nie najlepiej. Odejścia i powroty, szukanie optymalnego składu to rok 1982, poprzedzający wydanie tej płyty. Choć wydawało się, że zagra na niej Brad Gillis, który towarzyszył Osbourne'owi na trasach koncertowych, ostatecznie jego miejsce zajął znany z RATT Jake Lee. Gitarzysta o wysokich umiejętnościach, lecz równocześnie ograniczonej inwencji. Cennym nabytkiem był bez wątpienia Tommy Aldridge, znakomity perkusista, który wcześniej i potem grywał z najlepszymi i zawsze spisywał się bardzo dobrze. Tym razem jednak złożony z gwiazd zespół nie był w stanie nic wykrzesać z anemicznych i powielających utarte schematy kompozycji autorstwa samego Osbourne'a.
Wokalista pokazał jakich płyt nagrywać nie należy. Przede wszystkim takich gdzie się nie ma nic do powiedzenia, a na tym LP miał do powiedzenia bardzo mało.
Pozorna żwawość i przebojowość „Rock & Roll Rebel” czy „Bark at the Moon” wydaje się nieszczera, wymuszona i bardzo kontrastuje z autentycznie brzmiącym „So Tired”, który fatalnie zaaranżowany niemal na symfoniczną nutę jest i tak najsłabszym punktem tego albumu. Tym razem Ozzy przedstawił utwory bardzo proste i w tej prostocie zbliżone do nagrań z debiutu. O ile jednak na krążku z 1980 roku znalazły się i takie perły jak „Mr. Crowley”, to tu ich zwyczajnie nie ma. Trudno solidny i poprawny „Now You See It, Now You Don't” uznać za taką perłę, trudno też uznać za taką „Spiders”. „Spiders” jednak w porównaniu z resztą wypada bardzo dobrze i tu ta prostota rytmu i melodii oraz sympatyczny refren wyszły Ozzy'emu jak na ten LP nadspodziewanie dobrze. Blade i mało efektowne są natomiast „Forever” (znany także jako „Centre of Eternity”) oraz „Waiting For Darkness”, gdzie znów Ozzy popełnia grzech przeciągania wszystkiego na siłę.
Słabe kompozycje nie pozwoliły rozwinąć skrzydeł ani Lee ani Aldridge.
Pierwszy gra bardzo dobrze, ale tylko tyle ile pozwala mu Ozzy w monotonnych utworach. Nawet bardzo porządne przecież sola giną gdzieś w natłoku zawodzenia pana O.O.
O Aldridge w zasadzie nie można nic powiedzieć, bo sekcja rytmiczna nabija tu tylko rytm i w zasadzie nic poza tym.
Brzmienie na tym LP jest lekko zamulone, rozmyte miejscami i daleko mu do selektywnej produkcji poprzedniej.
Nudna, wtórna płyta oparta na najprostszych z możliwych schematach, gdzie Ozzy jest rozdarty pomiędzy heavy metalowym soundem, a hard rockową treścią.


Ocena: 3.5/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#4
Ozzy Osbourne - The Ultimate Sin (1986)
[Obrazek: 2674761963_d37748cdbb_o.jpg]

Tracklista:

1. The Ultimate Sin 03:44
2. Secret Loser 04:09
3. Never Know Why 04:28
4. Thank God for the Bomb 03:54
5. Never 04:20
6. Lightning Strikes 05:14
7. Killer of Giants 05:42
8. Fool Like You 05:20
9. Shot in the Dark 04:28

Rok wydania: 1986
Gatunek: Heavy Metal
Kraj: Wielka Brytania

Skład zespołu:
Ozzy Osbourne - śpiew
Jake "E" Lee - gitara
Philip Soussan - bas
Randy Castillo - perkusja
Mike Moran - instrumenty klawiszowe

Po trzyletniej przerwie w działalności nagraniowej wymuszonej różnymi czynnikami, Ozzy Osbourne powrócił czwartym studyjnym albumem i ponownie z gitarzystą Jake Lee. Pozostały skład to nowe twarze w ekipie, ale już nie tak znani i uznani jak ich poprzednicy.
Album ten jest w dużym stopniu amerykański, ale Ameryki Ozzy nie odkrywa.
Podąża utartymi szlakami wyznaczonymi wcześniej na "Bark At The Moon" tyle że tym razem jest nieco więcej energii i radości grania. Radość ta jednak objawia się ponownie w prostej łupaninie, tym bardziej, że prostota gry sekcji rytmicznej jest wręcz rozbrajająca.
Zero finezji i pomysłu, tak jak zresztą ogólnie na większej części tej płyty. Na uznanie zasługuje tu gra Lee, może nie wirtuozerska, ale przynajmniej będąca próbą zatuszowania zarówno mechanicznej roboty duetu Soussan-Castillo, jak i śpiewu Osbourne'a, który tu wypada raczej poniżej nawet swoich skromnych możliwości.
”Killer of Giants” czy „The Ultimate Sin” to typowe dla O.O. kompozycje, nie za szybkie, proste i miałkie, podobnie jak „Fool Like You” - całkowicie bezbarwny w tym nawet towarzystwie. Ozzy bezskutecznie próbował też włączyć w swoje utwory pewne nowe tendencje w metalowej muzyce i tu najlepszym przykładem porażki jest „Thank God for the Bomb”. W zasadzie nie brzmi on wcale jak utwór Osbourne'a, a samo przesłanie jakie ten numer niesie nie wygląda tu autentycznie. „Lightning Strikes” na tym tle wypada przyzwoicie i jest bardziej przypisany do tego stylu jaki Ozzy wypracował w głównym nurcie swojej twórczości. W tym głównym nurcie mieszczą się też dwie znakomite kompozycje jakie tym razem udało się mu stworzyć. Pierwsza to dynamiczny „Secret Loser”, a druga „Shot in the Dark”. Dwa razy mamy do czynienia z prostotą rozwiązań chwytliwej melodii, atrakcyjnej, wzbogaconej znakomicie dopasowanymi refrenami i solami Lee. Są to dwa utwory gdzie ten prosty rockowy styl w metalowej oprawie wypalił najlepiej... może nawet w całej twórczości Ozzy'ego w latach 80tych.
Album ma dobre brzmienie, gitara brzmi ciepło i ma głębokie sound, sam Ozzy nie jest zbyt wysunięty do przodu w przeciwieństwie do sekcji rytmicznej, głośnej i może nawet chwilami za głośnej. Płyta gitarowa i w związku z tym obecność klawiszowca i jego instrumentów raczej symboliczna.
Podsumowując - dwa strzały w dziesiątkę i zestaw niewypałów w postaci reszty utworów.


Ocena: 5/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#5
Ozzy Osbourne - No Rest For The Wicked (1988)
[Obrazek: 849.jpg]

Tracklista:

1. Miracle Man 03:44
2. Devil's Daughter 05:15
3. Crazy Babies 04:15
4. Breaking All the Rules 05:13
5. Bloodbath in Paradise 05:03
6. Fire in the Sky 06:25
7. Tattooed Dancer 03:54
8. Demon Alcohol 04:28
9. Hero 04:50

Rok wydania: 1988
Gatunek: Heavy Metal
Kraj: Wielka Brytania

Skład zespołu:
Ozzy Osbourne- śpiew
Zakk Wylde - gitara
Bob Daisley - bas
Randy Castillo - perkusja
John Sinclair - instrumenty klawiszowe

Ten album to przykład prawdziwej "metal-morfozy" i kolejny z przykładów, że nikogo nie można skreślać przed czasem. Piąty studyjny album pana Osbourne'a w otoczeniu starych postaci... poza jedną i tu najważniejszą. Gitarzysta Jefferey Philip Wielandt to postać nowa, nieznana, a jednocześnie absolutnie wielkie odkrycie O.O. Zaryzykuję stwierdzenie, że najważniejsza rzecz jaką zrobił ten wokalista dla metalu w ciągu swojej kariery.
Zakk okazał się tu turbodoładowaniem w sennej ekipie OZZY OSBOURNE i ta przemiana jest zdumiewająca. Niezwykły, pełen energii, zadziorności, chuligański, a jednocześnie technicznie wyrafinowany styl gitarzysty totalnie odmienił sztampowe i przewidywalne granie prezentowane na dwóch poprzednich albumach.
Jeśli Ozzy chciał być postrzegany jako wesołkowaty szaleniec to po raz pierwszy mu się to udało, bo do tej radosnej zabawy jaką stworzył na tym LP Wylde dołączył się ze znakomitym skutkiem. Szalone riffy gitarowe i szalony wokal, a wszystko takie niewymuszone... Statyczna, mroczna i wieloznaczna okładka ma się nijak do pełnej entuzjazmu i radości z grania zawartości, bo jak inaczej nazwać te dynamiczne, niezmiernie melodyjne kompozycje okraszone refrenami, których się nie zapomina nawet po wielu latach? Słuchając „Miracle Man”, „Tattooed Dancer”, „Bloodbath in Paradise” czy niepozbawionego rozrachunku z własnym życiem wokalisty, sarkastycznego „Demon Alcohol” mam wrażenie obcowania z muzyką świeżą i bardzo wyważoną w proporcjach pomiędzy heavy metalową ostrością i ciężarem, a rockową przebojowością. Tym razem nie jest to jednak miałka przebojowość dla stacji radiowych i list mydełkowatych przebojów, bo to wszystko jest po prostu atrakcyjnym heavy metalem. Takim jest też „Devil's Daughter” czy wolniejszy i cięższy od pozostałych „Fire in the Sky” z piękną melodią i wysmakowanym włączeniem to pewnej melancholii. Nawet „Hero”, który w dużym stopniu nawiązuje do wolniejszych nagrań z wcześniejszych płyt brzmi bardzo dobrze, ma klimat i dostojną elegancję bez puszenia się i nudzenia słuchacza. „Breaking All the Rules” mniej atrakcyjny pod względem melodii, choć zbudowany w podobny sposób jak pozostałe utwory odstaje niewiele i jedynie „Crazy Babies” to pewne przegięcie i przerysowanie tego co stanowi o sile płyty. Numer bardzo infantylny, być może celowo, ale bardzo rzutuje na odbiór całości i obniża ogólną ocenę. Na oryginalnej wersji winylowej gdzie nie było „Hero”, z powodzeniem mógł być przez „Hero” zastąpiony.
Do poziomu wokalisty i gitarzysty dopasowali się i pozostali członkowie zespołu i doprawdy nie można nikomu nic zarzucić. Sekcja rytmiczna podgrywa energicznie. Trochę nowoczesnych klawiszy bez robienia festiwalu organowego i słychać świetne zgranie całej ekipy, co w przeszłości nie zawsze było mocnym atutem.
Album ma też bardzo dobre brzmienie jest zarazem masywny i przejrzysty, pełen przestrzeni, a wszelkie smaczki i niuanse słyszalne niemal od razu.
Najlepsza pod tym względem płyta pana O. od początku kariery i ten sound do dziś uważam za nowoczesny i trudny do podrobienia.
Po raz pierwszy pod szyldem OZZY OSBOURNE ukazał się materiał bardzo równy na wysokim poziomie, spójny i dopracowany w szczegółach.
To jedna z takich płyt, które się nie starzeją.


Ocena: 8.5/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości