Supreme Majesty
#1
Supreme Majesty - Tales of a Tragic Kingdom (2001)

[Obrazek: R-3447384-1489659280-2542.jpeg.jpg]

Tracklista:
1. Strike Like Thunder 05:16
2. Not of this World 04:15
3. Towards the Northern Star 05:00
4. Forever I'll Be 05:11
5. Let It Go 06:07
6. Tales of a Tragic Kingdom 01:04
7. Queen of Egypt 04:44
8. The Keeper of the Dead 04:23
9. Supreme Majesty 04:59
10. Eye of the Storm 04:20

Rok wydania: 2001
Gatunek: Melodic Power Metal
Kraj: Szwecja

Skład zespołu:
Joakim Olsson - śpiew
Rille Svensson - gitara
Chrille Andersson - gitara, instrumenty klawiszowe
Daniel Andersson - bas
Jocke Unger - perkusja

SUPREME MAJESTY powstał w w roku 1999 w mieście Kristianstad, przy czym muzycy wcześniej grali death metal w dwóch rozwiązanych uprzednio zespołach. Debiut udało się wydać szybko, w maju 2001 i to nakładem uznanej wytwórni Massacre Records.

"Tales of a Tragic Kingdom", mimo klasycznego power epic tytułu, takim LP w zasadzie muzycznie nie jest. Zawsze są rozbieżności w klasyfikowaniu tego zespołu. Nie jest to ani klasyczny power metal, ani melodic metal, ani heavy metal - wszystkiego jest tu po trochę i, co ciekawe, nie w sensie różnorodności utworów na płycie, ale raczej wymieszania tego w obrębie każdej kompozycji. Melodic metalowe kompozycje zbudowane są na masywnych, ale cofniętych klawiszach i dosyć nisko i mocno brzmiących gitarach oraz naprawdę potężnej, jak na ten gatunek, sekcji rytmicznej. Bas jest mocarny, metaliczny i głęboki, sieje zniszczenie to w tle, to na pierwszym planie... no i ta perkusja. Unger, jak już pisałem nie raz, to fantastyczny perkusista, który mimo że bardziej zapatrzony w ekstremalne odmiany grania, tu czyni cuda grając z kapitalnym wyczuciem, energią, pasją i precyzją.

Gitarzyści może nie są jakimiś nadzwyczajnymi i niespotykanymi specami od swoich instrumentów, ale ich granie doskonale się wpisuje w całość, jednocześnie nie stanowiąc siły przewodniej. Proporcje wyważenia znaczenia poszczególnych instrumentów są tu bardzo dobrze przemyślane. Samo brzmienie jest soczyste jak mało w którym zespole z tego kręgu.
Wystarczy je porównać z pastelowym i anemicznym brzmieniem wielu grup szwedzkich i fińskich, nawet starszych ALTARIA czy AXENSTAR, o stratovariusowych zespołach nie wspominając. Mocny sound, melodia, ciężkie doły i dobry wokalista Olsson. Też postać ciekawa, bo ma momenty kapitalne i tylko takie przyzwoite. Czasem sprawia wrażenie, że nie daje z siebie wszystkiego.
Na tym albumie sa dwa punkty, jak dla mnie, słabsze. "Forever I'll Be" to numer balladowy, przyjemny i w "radiowym" stylu, ale pozostaje na poziomie raczej odległych lokat na ewentualnych listach przebojów. Drugi to "Queen of Egypt", któremu może jest trudno coś zarzucić, poza tym, że motywy egipskie jakoś mnie nie ruszają, a ten też niczego osobliwie intrygującego nie oferuje.
Jeśli chodzi o kompozycje wolne i spokojne to, poza wymienioną, mamy tu jeszcze "Eye of the Storm" i to piękny utwór, z wieloma ozdobnikami gitarowymi i klawiszowymi, mocnym refrenem i wybornie zaśpiewany przez Olssona. Nawiasem mówiąc, to jedyna, samodzielna kompozycja jego autorstwa, umieszczona na płytach SUPREME MAJESTY.
"Strike Like Thunder" to przykład, jak zagrać na wysokim poziomie melodyjny power metal, a "Not of This World" wyróżnia się chwytliwym refrenem."Towards the Northern Star", chłodniejszy i, co się u nich rzadko zdarza, z lepszymi melodiami w zwrotkach niż refrenie i bardzo ładnym, prostym solem gitarowym, zaś "Let It Go" to majstersztyk. Lekki, zamaszysty, zadziornie wykonany, z jednym z najbardziej rozpoznawalnych refrenów tego zespołu i niszczącym basem, do tego rozbudowany o odmienną część instrumentalną z akcentami folkowymi. Niemal dorównuje mu pod względem atrakcyjności "The Keeper of the Dead", dynamiczny, ale chłodniejszy, z wysoko zaśpiewanym refrenem i ciężkimi riffami, przy czym gitary robią sporo zamieszania przy okazji niespodziewanych zwolnień i przyspieszeń.
Sam Supreme Majesty jako wizytówka zespołu bardzo dobry, z rozległymi klawiszami, typowymi dla Szwecji, jednak brak tu tej przysłowiowej kropki nad i, czegoś zdecydowanie chwytliwego i zapadającego w pamięć.

Mastering wykonał utalentowany Göran Finnberg i po raz kolejny pokaza , że ma doskonałe pojęcie o tym jak powinien rozbrzmiewać szwedzki odradzający się metal klasyczny.
Album zebrał dużą ilość pochlebnych i nawet wręcz entuzjastycznych recenzji, co nie dziwi, gdyż grupa się po prostu wyróżniała swoją muzyką.
Też się do nich dołączam.


Ocena: 8.5/10

17.06.2008
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#2
Supreme Majesty - Danger (2003)

[Obrazek: R-9534605-1496149532-2227.jpeg.jpg]

Tracklista:
1. Fallen Star 04:52
2. Heroes of our Lands 04:53
3. Danger 03:53
4. Until the End of Time 05:15
5. Save Me 04:11
6. Cruel Circle 06:21
7. Two Against Many 04:24
8. After Midnight 03:41
9. By Your Side 06:13

Rok wydania: 2003
Gatunek: Melodic Metal
Kraj: Szwecja

Skład zespołu:
Joakim Olsson - śpiew
Rille Svensson - gitara
Chrille Andersson - gitara, instrumenty klawiszowe
Daniel Andersson - bas
Jocke Unger - perkusja

Druga płyta SUPREME MAJESTY została wydana przez Massacre Records we wrześniu 2003 roku.

Na tej płycie zespół zagrał inaczej niż na swym debiucie, odchodząc w znacznej mierze od powerowej stylistyki. "Danger" to faktycznie niebezpieczna kopalnia przebojów.
Co więcej - jest to kapitalnie wyprodukowany przez Fredrika Nordströma album. Ponownie mastering zrobił Göran Finnberg, tym razem tworząc sound nieco delikatniejszy, mocno nawiązujący do rock/metalowej sceny szwedzkiej lat 80tych. Brzmienie gitar mocne i miękkie zarazem, głębokie i metalowe, a nie hard rockowe, klawisze zrobione ma modłę lat 80-tych, bardzo skandynawskie. Bas dobrany z wielkim smakiem i nieraz można go usłyszeć na pierwszym planie, co pozwala się nim dodatkowo delektować. O perkusji nie wspominam - Unger po prostu po raz kolejny zabija i czasem słucham także i tej płyty dla samej perkusji, świetnie przy tym wyeksponowanej. No po prostu najlepsza perkusja na melodic metalowych albumach. Powtarzam po raz kolejny - mistrz.
Wokalnie, Olsson wypada tu jeszcze lepiej niż poprzednio - czysty głos bez cienia fałszu czy wysiłku, ogromna swoboda i idealna barwa do takiej muzyki. Sprawni gitarzyści wiedzą ,o co w tym wszystkim chodzi. Bez nadmiaru kombinacji, bez zbędnych ozdobników, ale z gracją i elegancją robią swoje, od czasu do czasu wtrącając jakiś godny uwagi szczególik.
Melodic metal, jaki proponują, jest bardzo wysmakowany, bez uproszczeń, bez spłyceń, wciąż z echem neoklasyki, jak w "Save Me" i epickości, ale już tylko delikatnie zaznaczonymi.
Dwa bardzo dobre utwory, "Fallen Star" i "Heroes of Our Lands", chwytliwe z elementami powerowymi to przedsmak tego, co jest dalej. W łagodnych, melodyjnych, balladowych numerach, jak romantyczny "Until the End of Time" są wspaniali. "Cruel Circle" to utwór wzorcowy dla gatunku melodic metal z chłodnymi zwrotkami i ciepłym, bujającym refrenem. Prawdziwy killer z rozbudowaną częścią instrumentalną. Lekko chuligański i zadziorny przez krzyczane chórki "Two Against Many" to kolejna ozdoba tej płyty. Dynamiczny i płynnie zagrany z basem jako osią rytmu - czołówka na tym albumie. Ponieważ nagrać LP równy w tym gatunku jest bardzo trudno, więc i tu mamy coś słabszego. No, chyba że ktoś lubi proste, hard rockowe granie celujące w listy przebojów. Takie są sympatyczne, ale niewiele wnoszące "Danger" i "After Midnight" z trochę tym razem dyskotekowymi klawiszami i prościutkimi refrenami.
Na deser mamy jednak "By Your Side" z częściowo symfonicznym podkładem i takim refrenem, jaki można postawić obok Platynowych Hitów z debiutu SKID ROW.
 
Jak by na to nie patrzeć, płyta w swoim gatunku na bardzo wysokim poziomie.


Ocena: 8.5/10

17.06.2008
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz
#3
Supreme Majesty - Elements of Creation (2005)

[Obrazek: R-3447410-1502562448-3138.jpeg.jpg]

Tracklista:
1. Soulseeker 05:04
2. Spellbound 05:12
3. Dance of the Elements 04:15
4. King of Warriors 04:28
5. My Revenge 04:12
6. One More Promise 04:55
7. The Quest Part 1 (Instrumental) 03:03
8. Dawn of the Dead 05:05
9. Die In A Dream 04:11
10. The Bitter End 03:21

Rok wydania: 2005
Gatunek: Melodic/Neoclassical Power Metal
Kraj: Szwecja

Skład:
Joakim Olsson - śpiew
Rille Svensson - gitara
Tobias Wernersson - gitara
Chrille Andersson - instrumenty klawiszowe
Daniel Andersson - bas
Johan Rydberg - perkusja

Okres pomiędzy nagraniem albumu "Danger", a "Elements of Creation" upłynął dla zespołu pod znakiem zmian. Ze składu odszedł perkusista Jocke Unger, co osłabiło siłę sekcji rytmicznej, natomiast Chrille Andersson postanowił skupić się na instrumentach klawiszowych. Skład został jednak poszerzony o drugiego gitarzystę Tobiasa Wernerssona i to uzupełnienie bardzo zaważyło na muzycznym pejzażu tej nowej płyty. Wernersson okazał się nie tylko znakomitym gitarzystą o wybornej technice, ale i uzdolnionym kompozytorem, który poprzez swoje zainteresowania muzyką klasyczną wniósł silny akcent neoklasyczny do repertuaru przedstawionego na tym krążku.
W ostatecznym kształcie powstała płyta z jednej strony oparta na doświadczeniach melodic metalowej "Danger”, z drugiej zaś bardziej złożona i rozbudowana formalnie z pewnymi odniesieniami do debiutu tej formacji. Wydana została przez Massacre Records w marcu 2005.

Dominacja Wernerssona na tym albumie jest niepodważalna. Nie słychać tego może w otwierającym „Soulseeker”, który jest utworem stylowo typowym dla "Danger", a więc melodyjnym metalem w tradycji szwedzkiej lat 80tych, z tym że nie tak nośnym jak podobne kompozycje z wymienionej płyty. Popis Wernerssona zaczyna się jednak już w kolejnym „Spellbound” gdzie słyszymy neoclassical melodic power najwyższej klasy zaakcentowany doskonałym solem tego gitarzysty. „Dance of the Elements” bardziej typowy dla grania jakie zespół prezentował wcześniej i poza świetną melodią mamy tu i interesująco wplecione chórki w refrenach. „King of Warriors”, przy komponowaniu którego Wernersson nie miał udziału, to klasyczny rycerski euro power metal, surowszy niż inne numery z bojowymi chórkami w tle i zagrany w średnim tempie. Zwracają uwagę fajne rozpędzania się gitar z klawiszami w tle, ale z kolei refren nieco rozczarowuje brakiem epickiego rozmachu. „My Revenge” to powtórka z "Danger " numer przebojowy, chwytliwy i prosty zagrany jednak ostrzej i zaśpiewany z dużą ekspresją. Wokalnie Olsson na całym LP poradził sobie bez zarzutu, śpiewa swoje, w swój charakterystyczny sposób rasowego rockmana i na szczęście nie sili się na neoklasyczne górki i ekwilibrystykę. Zdecydowanie wyróżnia się w „One More Promise”. Tym razem zabójcza, jak to SUPREME MAJESTY, ballada jest autorstwa Wernerssona. Mamy rozbudowany, przestrzenny utwór najwyższej klasy i o przepięknej melodii. Instrumentalny „The Quest Part 1” to chwila wytchnienia dla wokalisty, ale nie dla Wernerssona. Daje on tu kunsztowny neoklasyczny popis w części pierwszej, po czym kompozycja zwalnia i łagodnieje wśród elegancko brzmiących klawiszy. Jeśli chodzi o instrumenty klawiszowe to ich użycie jest stosunkowo skromne jak na ten rodzaj muzyki i pod tym względem jest to pewne zaskoczenie. Zazwyczaj w tle, ale zawsze na właściwym miejscu – można by powiedzieć o grze Chrille Anderssona. ”Dawn of the Dead” jest bliski klasycznemu heavy metalowi w melodyjnej odmianie lat 80tych. Tu też lekko szwankuje refren, a wokalizy w tle nie za bardzo pasują do tych ostrych w gruncie rzeczy riffów. Kompozycja zyskuje w nastrojowej i wolniejszej części instrumentalnej z przyjemnym swobodnie wykonanym solem gitarowym. ”Die In A Dream” rozpoczyna się power metalową galopadą ostatecznie jednak przekształca w utwór wolniejszy i pojawiają się epickie wokale i mocno zarysowane klawiszowe wstawki. Tu szkoda, że ten prosty i ograny motyw początkowy nie stał się głównym i najważniejszym motywem, bo wyszedłby z tego oklepany może, ale ekscytujący i energetycznie napakowany speed powerowy killer. Album zamyka znakomity, a formie po prostu podręcznikowy melodic power neoklasyczny „The Bitter End” z fantastycznymi partiami gitarowymi Wernerssona.

Ten gitarzysta okazał się tu gwiazdą pierwszej wielkości i z pewnością przyćmił pozostałych członków grupy. Do nikogo nie można jednak mieć większych uwag... No może tylko perkusista Rydberg to nie jest klasa Ungerna i sekcja rytmiczna na tym LP nie wnosi tyle ożywienia co poprzednio.
Brzmienie albumu bardzo dobre, chociaż to uzyskane na "Danger" nie zostało powtórzone. Ostrzej, surowej i ciężej. Tym razem mastering wykonał inny szwedzki Mistrz - Peter In de Betou.
Ten Lp jest jak na razie ostatnim jaki ta grupa zaprezentowała. Także odmiennym nieco od poprzednich i podlega nieco innej ocenie. Jako płyta z neoklasycznie podanym melodyjnym metalem wypada znakomicie, na łowcach przebojów już może takiego wrażenia nie zrobić.


Ocena: 9/10

19.06.2008
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości