The Claymore
#1
The Claymore - Damnation Reigns (2010)

[Obrazek: R-3236622-1321748296.jpeg.jpg]

Tracklista:
1. Ashes of the Wicked 05:05
2. Oceans 04:20
3. Behind Enemy Lines 04:25
4. Damnation Reigns 04:06
5. Frozen Voices 00:57
6. Return to Zero 04:20
7. Silent Scorn 03:42
8. Children of the Nile 04:51
9. Oblivion 03:44
10. (e)scapegoat 04:38
11. As Twilight Falls 04:02
12. Chainsaw Charlie (bonus track) 07:35

Rok wydania: 2010
Gatunek: Power Metal
Kraj: Niemcy

Skład zespołu:
Andreas Grundmann - śpiew
Sebastian Busacker - gitara
Kai Schwittek - gitara
Christian Köhle - bas
Hardy Kölzer - perkusja


Trzecia płyta tego zespołu, który jakoś nie może odnaleźć swojej tożsamości, proponując co rusz inne, nieco power metalowe, granie. Dziesięć lat istnienia, trzy płyty, liczne dema... i jakoś bez odzewu.
Tym razem jest mniej nowocześnie, a bardziej rycersko i tradycyjnie.

Wstęp do "Ashes of the Wicked" nieco mylący, ale dalej to już typowe granie melodyjnego power metalu z epiką w tle. Marszowo, bojowo, ale to jest tylko tysięczny podobny kawałek, jaki zespoły niemieckie nagrały.
Miotanie się w obrębie prób melodyjnego podania absolutnie wyeksploatowanych motywów skutkuje takimi utworami, jak "Oceans", mdłymi i bez historii, a gdy uderzają nieco ciężej i ostrzej, jak w "Behind Enemy Lines", to zamiast już trzymać się agresywniejszego, całkiem dobrego riffowania, zaczynają bawić się w rozwlekłe refreny, niby epickie, niby melodic metalowe i zgrania, jakie można by odnieść do niedanych prób progresywnego łamania kompozycji.
Płyta toczy się bez emocji i historii przez kolejne utwory, gdzie ostrzejsze zagrania gitarowe przeplatają się z mało dopasowanymi, zazwyczaj pretendującymi na melodic metalową chwytliwość, refrenami, ale tylko pretendującymi. Rozwlekłość dominuje, niezdecydowanie i bezbarwność jak w "romantycznym" "Return to Zero".
Poprawne instrumentalnie granie, bez odrobiny oryginalności, poprawny, bezbarwny wokalista i nudne kompozycje. Cały czas i bez przerwy. Przelatują kolejno "Silent Scorn", całkiem bez historii, podobnie jak zapewne mający nawiązywać do ancient stylu "Children of the Nile", ale ten motyw starożytny to może słychać tu słabiutko w refrenie i solo gitarowym. Poza tym nic się nie dzieje, jak i w "Oblivion". To wszystko nie ma ani mocy powerowej, ani melodyjności, przykuwającej uwagę. Najlepszy jest na tym LP "e)scapegoat", co nie znaczy, że bardzo dobry. Znów i tu dynamiczne i ciekawe rozgrywanie zwrotek jest rozwodnione rozmemłanym refrenem.
O rozmazanym songu przy pianinie "As Twilight Falls" lepiej wcale nie wspominać. Bezbarwne aż przezroczyste i szkoda tych kilku udanych, mocnych zagrywek, jakie się tu pojawiają.

To jest po prostu słaby zespół i dobre tym razem brzmienie niczego nie ratuje, raczej uwypukla kompletny brak pomysłu na zainteresowanie słuchacza. Męczący i dłużący się album, gdzie zaledwie kilka pomysłów zasługuje na pewną uwagę, ale to zdecydowanie za mało.
Ani to granie dla fanów power metalu, ani melodyjnego heavy. Epickość na poziomie niemal żenującym. Trzecie podejście nieudane.



Ocena: 4.4/10
NIE JESTEM ATEISTĄ - WIERZĘ W HEAVY METAL

"Only The Strong Survive!"

Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości