Vell'z Fire
#1
Vell'z Fire - Time to Revive (2015)

[Obrazek: 541323.jpg?3157]

Tracklista:
1. Time to Revive 06:56     
2. Wasted Time 03:49     
3. Let'em Down 04:53     
4. Strangers in the Night 06:04     
5. The Paratrooper 04:37     
6. Sad Slumber 04:46     
7. Dr. Steeler 03:19     
8. Comrade Got the Gun 08:22     
9. Sword of Heart 05:05     
10. The Dinosaurs 04:11

Rok: 2015
Gatunek: Heavy Metal
Kraj: Japonia

Skład:
Taro - śpiew
Bodo - gitara
Goga - bas
Mikey - perkusja

Vell’z Fire założone zostało w Tokio w 2008 i nie ma tutaj zbyt wielkiej historii, o której warto opowiadać, bo to kolejny zespół lokalnego zaplecza. Pełny skład udało się skompletować w 2010, wydali dwa EP, jedno w 2011, drugie w 2013, nakładem dwóch różnych wytwórni i w 2015 świat ujrzał debiut, wydany nakładem małej wytwórni Supersessions.
 
Judas Pries, Iron Maiden, Anthem, Black Sabbath, nawet gdzieś tam przemknie Dio. Inspiracje nie są złe, problem się zaczyna, kiedy mało jest wkładu własnego, przez co wartość muzyczna albumu spada.
Time to Revive to dobry przykład grania rzemieślniczego, przeciętnego, nie wybijającego się ponad normę i ramy i jest coś z Anthem, coś z Iron Maiden wita w Wasted Time, próby wolniejszego grania spod szyldu Rainbow w Let’em Down, ale refren jest bardzo słaby i wokaliście brakuje mocy.
Tej muzyce nie pozwala się wybić zupełny i absolutny brak oryginalności i wokalista, który głosu nie ma na tyle plastycznego, aby taka mieszanina działała dobrze.
Słychać, że lepiej się czują w prostym i szybszym graniu w The Paratrooper, ale jak taki motyw wykorzystać, odświeżyć i zniszczyć kompletnie pokazało Hibria. Sad Slumber słyszało się już wielokrotnie z wielu bandów z UK czy Szwecji. Niby miało być podniośle, ale w refrenie wszystko pada z przesłodzenia. Dr. Steeler może ma i przeciętny refren i melodię, ale prawdopodobnie najlepsze solo na płycie. Kolos Comrade Got the Gun jest dość specyficzny jak na tę płytę, bo wchodzą w rejony niemal doom metalowe, i o ile fundament jest Black Sabbath, tak sam posępny klimat przypomina raczej Candlemass. Tak jak wokalista w poprzednich kompozycjach brzmiał raczej poprawnie i przeciętnie, tak o dziwo tutaj naprawdę daje radę i zaskakująco dobrze się wpasowuje w ten klimat. Problem to 8 minut – może i to jest dobrze zagrane, ale nie na tyle dobrze, aby przykuć uwagę na tyle czasu, bo jednak za mało się tutaj dzieje.
Zakończenie albumu w postaci The Dinosaurs tylko utwierdza w przekonaniu, że płyta to hołd nieco powyżej poziomu coverbandu i cytat z Dio nie mógł być bardziej oczywisty.
 
Produkcja jest zaskakująco dobra i przestrzenna i bębny brzmią bardzo dobrze, a bas słychać perfekcyjnie i jest to coś więcej niż pogrywanie motywu głównego. Miało być klasycznie, pod Anthem, i takie brzmienie też osiągnęli.
Ogólnie jest po poprawne i strasznie odtwórcze granie, które ani nie jest specjalnie porywające, ani też irytujące.
Kilka dobrych solówek, dobra praca sekcji rytmicznej, ale nic poza tym.
Po wydaniu debiutu zespół koncertował do listopada 2018 roku, po czym odszedł od nich wokalista Taro z przyczyn osobistych.
Były myśli nad zawieszeniem działalności zespołu od tamtej pory, ostatecznie jednak się nie poddali i grają nadal i wokalistą na występach na scenie jest Bodo, czasami goście.
Heavy Metal Krainy Poprawności, który ma chęci, ale to za mało do otwarcia wrót kariery.
 
Ocena: 6/10
 
SteelHammer
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości